2020-08-20

Imperatyw fabularny a logika działań bohaterów


Tytuł niniejszego wpisu to oczywiście materiał na długi elaborat, ja zamierzam tylko niezobowiązująco pomarudzić. TL; DR - jako czytelniczka nienawidzę sytuacji, kiedy bohaterowie literaccy dokonują wyboru, który wydaje się może nawet logiczny, ale sprzeczny z ich konstrukcją psychiczną i/lub emocjami, które według mnie powinni odczuwać w danym momencie. (Oczywiście zawsze można powiedzieć, że autor miał inną wizję reakcji swojego bohatera i liczy się zamysł autorski, a nie to, co czytelnik sobie zwizualizował czy dopowiedział, ale czytelnik ma wówczas zbójeckie prawo czuć frustrację i rozczarowanie.)



Lubię tych państwa (choć Lupina zawsze wyobrażałam sobie inaczej niż został zagrany w filmie - IMO Ralph Fiennes powinien grać Lupina, a nie Voldemorta!), ale nie popieram tego, jak autorka poprowadziła ich wątek.

Dominująca obecnie szkoła konstruowania fabuł uczy, że fabuła powinna się kręcić jak dobrze naoliwiona maszyna, trzymać w napięciu i prowadzić bohaterów od kryzysu do kryzysu, przez coraz większe komplikacje, aż do wielkiego finału. Nie jestem fanką tej hollywoodzkiej szkoły opowiadania historii - uważam, że zniszczyła komercyjne kino, a w literaturze co prawda nie rządzi aż tak niepodzielnie (i całe szczęście), ale potrafi szkodzić fajnym książkom. Irytuje mnie jak diabli zjawisko imperatywu fabularnego: rzeczy dzieją się dlatego, że w innym wypadku fabuła nie mogłaby się potoczyć w określonym kierunku. Nieważne, czy okoliczności czyniły dany rozwój wydarzeń prawdopodobnym i czy postępowanie bohaterów zgrywa się logicznie z ich osobowością tudzież wcześniejszymi doświadczeniami. To niby drobiazg, ale strasznie mnie denerwowało na przykład, że Nimfadora Tonks - AURORKA - zaszła w nieplanowaną ciążę w samym środku wojny z Voldemortem.

Z akcji mających większy wpływ na fabułę danej książki zapadła mi w pamięć sytuacja z powieści "Willa" Magdaleny Zimniak (recenzowałam ją dawno temu w Esensji). Zastraszona adoptowana córka wychowana przez surowych przybranych rodziców dała się namówić chłopakowi na "pierwszy raz" na sofie w salonie rodzinnego domu, kiedy rodzice są na przyjęciu czy zakupach - oczywiście wracają wcześniej, przyłapują córkę in flagranti, jest afera i ogromny wstyd. IMO nie ma ludzkiej mocy, żeby dziewczyna wychowana w gorsecie zakazów i nakazów zgodziła się na taką akcję jak tracenie dziewictwa w salonie rodziców! Gdziekolwiek indziej, na stancji, w hotelu, w parku - spoko, to ten typ dziewczyny, która poddana naciskowi emocjonalnemu nie odmówi (patrz: wychowanie łamiące kręgosłup), ale nie w domu rodzinnym, gdzie może dojść do zawstydzającej demaskacji. Zupełnie mnie nie przekonuje tłumaczenie autorki (wymieniłyśmy na ten temat kilka maili), że pod wpływem hormonów młodzi ludzie przestają myśleć - no kurczę, nie każdy i nie w każdej sytuacji, tak jak strażak zawsze pozostanie wyczulony na zagrożenie pożarowe. Ale co ja tam wiem...

Tłumaczę teraz powieść, w której ważne znaczenie dla fabuły ma dramatyczny wybór jednej z bohaterek, i frustruję się, bo w moim odczuciu postać nie postąpiłaby tak, jak żąda autor. Pisarz zrobił co mógł, żeby uzasadnić podjęty wybór, opisując emocje bohaterki tuż przed podjęciem decyzji i traumę, której doznaje po swoim czynie, a ja nadal nie czuję się przekonana. 

Jest sobie mianowicie dziewczynka, czternastoletnia wychowanka nieżyjącej wróżbitki z lasu, takie trochę dzikie dziecko. Rozmawia z drzewami oraz zwierzętami i ma oswojoną wilczycę, która wszędzie jej towarzyszy. Dziewczynka traktuje tę wilczycę jak siostrę, rozmawia z nią, nazywa ją "najmądrzejszą ze wszystkich wilków". Istotnym elementem kreacji bohaterki, podkreślam, jest fakt, że postrzega ona zwierzęta i rośliny jako inteligentne byty tej samej kategorii co ludzie. I teraz: mamy sytuację wielkiego zagrożenia. Drużyna, w skład której wchodzi nasze dzikie dziecko z lasu ze swoją wilczycą, tkwi uwięziona w podziemiach i zagraża im krwiożerczy demon. Żeby rzucić zaklęcia mogące ich ochronić przed demonem i umożliwić ucieczkę, dziewczynka (która ma dar magii i jako jedyna z drużyny może z tego daru sprawnie korzystać) musi własnoręcznie złożyć w ofierze kogoś, kogo kocha. Może zabić swoją mentorkę, elfkę, z którą według autora ogromnie się zżyła i która przypomina jej nieżyjącą opiekunkę, ALE którą dzikie dziecko zna dopiero od kilku tygodni (dodam, że to elfka wpada na ten pomysł i namawia "Zabij mnie"), lub też może poświęcić swoją ukochaną wilczycę.

Dokonuje wyboru, który jest dla niej straszliwie traumatyzujący, opisy tej traumy ciągną się przez pół rozdziału, a ja jako czytelniczka mam problem, bo nie potrafię sobie wyobrazić, że faktycznie zrobiłaby to, co autor jej kazał. Nawet jeśli ten wybór wydaje się rozumowo uzasadniony (finalnie okazuje się słuszny o tyle, że udaje się uratować drużynę oraz wyprowadzić ich bezpiecznie z podziemi).

Tak, jestem tak zła na autora, że właśnie zaspojlerzyłam wam fragment książki, która jeszcze nie wyszła drukiem po polsku... Na moje usprawiedliwienie - to tylko pojedynczy epizod z długiej, skomplikowanej powieści, która jest częścią cyklu. Jeśli zdecydujecie się czytać ten cykl, zaspojlerzenie jednego rozwiązania fabularnego nie powinno wam popsuć zabawy.

Jeśli macie negatywne doświadczenia czytelnicze związane z imperatywem fabularnym (rzeczy dziejące się, bo autor tak chce/bo bez tego trybiki fabuły nie mogłyby się kręcić), podzielcie się w komentarzach!



2 komentarze:

  1. Oj, negatywne przeżycia przy czytaniu książek, to jest temat rzeka!
    Wiesz, może to nie koniecznie będzie o wyższości imperatywu fabularnego nad osobowością bohatera, ale... Strasznie, ale to strasznie zirytował mnie epilog serii o Harrym Potterze. Miałam wrażenie, że jest na siłę dopisany na kolanie. Zupełnie bez pomysłu, ładu, składu i w imię jakiegoś nieokreślonego "bo wypada, żeby wszyscy żyli długo i szczęśliwie". Brrrrr! Masakra. Jak dla mnie, ten cykl może się kończyć po wygranej bitwie o Hogwart i zdecydowanie na tym zyskuje.
    Drugi strasznie mnie wkurzający przy czytaniu element to chwila, kiedy autor sam się nudzi pisaną historią. Umykają mu wątki, albo usiłuje je wszystkie "związać" na kolanie w sposób strasznie "z dupy" (przepraszam za wyrażenie) i nijak niekompatybilny z fabułą i konstrukcją własnych bohaterów. No koszmar jakiś! Przykład, nie literacki co prawda, tylko serialowy, ale... Policjantka, z epizodem w służbach federalnych. Z wieloletnim stażem, zasłużona itp.. I nagle w szóstym chyba sezonie się okazuje, że ma męża, kryminalistę i drobnego oszusta, o którym NIKT nie wiedział, łącznie z nią samą. Bo jej się wydawało, że przejazd po pijaku przez kaplicę drive-thru w Vegas to nie wzięcie ślubu. No, gdzie tu sens, gdzie logika?! Serio? I ona przeszła pozytywnie weryfikację na agentkę federalną? A wcześniej na detektywa w wydziale zabójstw nowojorskiej policji? Jak, ja się pytam?!
    Także ten, no... Rozumiem i podzielam Twój ból.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam często takie odczucia, gdy czytam amerykańskie powieści dla nastolatek, te z super-ekstra-silna, młodziutka bohaterka. Zwykle narracja mówi czytelnikowi, że to poważna zabójczyni/władczyni/ogólnie ktoś poważny, ale jej zachowanie temu po prostu przeczy i w gruncie rzeczy dostajemy kolejne, nudne i sprzeczne ze soba wewnętrznie dziecko, nie silna kobietę.
    Ech, ale chyba nigdy się nie nauczę i wciaż będę te ksiażki sprawdzać, z nadzieja, że któraś w końcu będzie dobra.

    W sumie świadomie po imperatyw sięgnęłam raz, pisząc tekstowego RPGa. Mam postać, która zaczynała jako delikatna i oderwana od rzeczywistości malarka. I w pewnym momencie musiałam jej trochę na siłę dorzucić odrobinę więcej gwałtownych emocji, by mogła zacząć rzucać bombardy i uczyć się uroków - bo inaczej fabularnie stanęłaby mi w miejscu. Ale jednak to RPG, nie powieść, czasem trzeba poprawić błędy z początkowych faz gry, gdy człowiek nie był świadomy, co w danej rozgrywce będzie faktycznie grywalne. Koniec końców wyszło lepiej, niż gorzej. Gwałtowniejsza emocjonalność to większa kłótliwość, więc aktualnie moja co druga rozgrywka jest pasmem radosnych przypałów.

    * Za brak końcówek przepraszam, "a" mi się zepsuło i je kopiuje, na dodawanie ogonka nie mam już cierpliwości po napisaniu w ten sposób dziś jakiś 10k znaków.

    OdpowiedzUsuń