2020-10-17

Kawałek czegoś (2)


Zrecenzowałam ostatnio na łamach Esensji "Przyjaciela" Sigrid Nunez, a ponieważ nie mam chwilowo głowy do kombinowania nad wpisem blogowym, podrzucam po prostu drugi fragmencik tekstu o Marku i zaginionej Aldonie (pierwszy znajduje się tutaj). Z zewnątrz może to wyglądać tak, jakbym grawitowała w stronę prozy niefantastycznej (tym bardziej że czytam teraz "Żmijowisko" Wojciecha Chmielarza i "Dziewczyny z Portofino" Grażyny Plebanek), więc uspokajam, że nie - to tylko taka przejściowa faza dla urozmaicenia diety, że tak powiem. Serce ciągnie w stronę fantastyki i notatki wspomniane w ostatnim wpisie kuszą, więc zobaczymy jeszcze, jakie finalnie będą literackie owoce tego pandemicznego sezonu (oby nie skończyło się na pamiętniku z leczenia szpitalnego, ale przy moim samotniczym trybie życia nie powinnam złapać korony, jeśli miauż jej nie przywlecze do domu...).

Ach, skoro o recenzowaniu mowa - na blogu Głodna wyobraźnia ukazała się entuzjastyczna recenzja antologii "Tarnowskie Góry Fantastycznie 2" omawiająca wszystkie opowiadania ze zbioru, w tym moje Artiwnotz. Zachęcam do lektury:

O Szarleju, smoku i podciepanym - antologia "Tarnowskie Góry Fantastycznie 2".


* * *

 Dagmara zaparkowała ciemnozieloną yariskę przed domem profesora Tułaja i jego drugiej żony. Gdy wysiadła, biegające po posesji psy – mastif tybetański Azja i czarna suka Kuki, mieszaniec w typie cocker spaniela –  przystanęły przy ogrodzeniu, obserwując ją czujnie.

Dom wyglądał jak nowoczesna wariacja na temat dworku szlacheckiego w miniaturze. Został wybudowany osiem lat wcześniej, krótko po ślubie (cywilnym, bo zarówno profesor, jak i Jolanta byli rozwodnikami). Projektował go znany architekt, były pacjent Tułaja.

Zadzwoniła domofonem, z którego po chwili wydobyło się charakterystyczne buczenie, i otworzyła furtkę. Psy natychmiast dopadły gościa, merdając ogonami, ale były grzeczne, nie próbowały skakać. Nie było obawy, że pobrudzą łapami elegancki jasny płaszcz Dagmary. Dzień był ciepły jak na listopad, stanowczo zbyt ciepły na puchówkę.

Drzwi wejściowe się uchyliły, wyjrzała rozczochrana głowa w okularach – Patrycja, córka profesora z pierwszego małżeństwa, studentka medycyny. Nic nie powiedziała, tylko zniknęła z powrotem. Zanim Dagmara zdążyła pokonać obramowany bukszpanami chodniczek biegnący od furtki do schodków na ganek, w progu pojawiła się Jolanta. W kremowym kostiumie, z ułożoną fryzurą, umalowana.

– Za dwadzieścia minut jadę do miasta, jestem umówiona – oznajmiła.

Dagmara w duchu zgrzytnęła zębami. Wciąż te same gierki, odkąd obie córki Jolanty wkroczyły w dorosłe życie. „Przyjedź natychmiast”, a potem „mam dla ciebie kwadrans”. Albo dziesięć minut. Albo pięć. A one zawsze przybiegały na każde skinienie, grzecznie kiwały głowami i tańczyły tak, jak im grała. Po półtora roku terapii Daga już rozpoznawała schematy, ale jeszcze nie potrafiła się z nich wyłamać.

Weszła do domu, gdzie pachniało płynem do czyszczenia drewna. Pomoc domowa, pani Olena, myła mopem podłogę w salonie. Jolanta wskazała córce otwarte drzwi do wypucowanej już kuchni. Dagmara przysiadła przy stole, nie zdejmując płaszcza.

– Widziałaś się z Aldoną? Coś ci powiedziała? – Nie potrafiła ukryć zdenerwowania. – Mówiła, dokąd się wybiera?

– Nie.

– No dobrze, to o co chodzi?

Jolanta sięgnęła po leżącą na blacie paczkę papierosów, wyjęła jednego i zapaliła. Przez blisko czterdzieści lat nie udało jej się rzucić nałogu, choć próbowała kilka razy. (Profesor Tułaj też kopcił jak lokomotywa, dobrali się pod tym względem.)

– Daguś, kiedy ostatni raz rozmawiałaś z Donią?

– No, widziałyśmy się na cmentarzu…

– Cmentarz się nie liczy! Kiedy ostatnio rozmawiałyście tak szczerze, od serca?

– Byłam u niej pod koniec października. – Daga postanowiła przemilczeć fakt, że wizyta zakończyła się kłótnią. – Ale gadałyśmy głównie o jej pracy.

Matka zaciągnęła się, wydmuchnęła dym. Mimo solidnych, regularnie dostarczanych dawek nikotyny przytyła po menopauzie, kremowy żakiet brzydko opinał się na brzuchu. Obejrzała się na drzwi od kuchni, przymknęła je.

 – Donia była nieszczęśliwa – oznajmiła półszeptem, gestykulując szlugiem niczym gwiazda kina z lat sześćdziesiątych. – Zamierzała odejść od męża.

– Aldona planowała rozwód? – Daga aż wyprostowała się na krześle. – Mówiła ci o tym? Kiedy?

– Rozmawiałyśmy w zeszłą sobotę. Przyjechała tu z Lilką. – Jolanta rozejrzała się po kuchni i przestawiła przybrudzoną szklaną popielniczkę z szafki na stół. Daga wiedziała, że w salonie na regale stoi kryształowa, przedwojenna, regularnie czyszczona przez panią Olenę do połysku. – Dlatego umówiłam się na konsultację z mecenas Budzyńską. Chcę się wstępnie zorientować w opcjach.

– Czekaj, bo nie nadążam. Aldona powiedziała ci, że rozważa rozwód, a ty idziesz rozmawiać z prawnikiem?

– Muszę się dowiedzieć, na czym stoimy – odrzekła Jolanta takim tonem, jakby była to najbardziej oczywista rzecz pod słońcem. – To pierwsza rzecz, którą chciałam ci powiedzieć.

– A druga?

– Marek ma kochankę.

Daga zamrugała.

– Skąd wiesz? Od Aldony?

– Nie. Od wspólnych znajomych. I wiesz, co to znaczy?

– Tak?

Jolanta jeszcze bardziej zniżyła głos.

– Marek miał motyw, żeby pozbyć się żony i upozorować zaginięcie.

– Daj spokój.

– Dziecko, przecież to logiczne. Znasz Donię, nie zgodziłaby się na szybki rozwód bez orzekania o winie. Pewnie chciałaby, żeby to Marek się wyniósł z mieszkania. Sąd przyznałby jej opiekę nad Lilką i alimenty. Mam wymieniać dalej?

– Mamo, co roku grube dziesiątki tysięcy małżeństw się rozwodzą, dzielą majątek i żadna ze stron nie kończy jako zwłoki utopione gdzieś w stawie czy zabetonowane w podłodze garażu. Chyba że mąż jest patologicznie kontrolujący i odbija mu szajba, kiedy żona chce odejść, ale to przecież nie ten przypadek.

– No, żebyś się nie zdziwiła!

– Marek nie jest przemocowcem – powiedziała z westchnieniem Daga. – Rozumiem, że go nie lubisz, ale trzymajmy się faktów, co?

Matka tylko prychnęła, wydmuchując dym.

Dagmara w duchu musiała przyznać, że jeśli Aldona faktycznie myślała o rozwodzie, to miała w ręku dobre karty, a nagłe zniknięcie, o ile nie padła ofiarą przestępstwa lub wypadku, mogłoby jej tylko zaszkodzić – na wszystkich frontach. Uciekanie od rodziny nie leżało w jej interesie. Chyba że nastąpił przełom psychiczny, niewidzialne trzęsienie ziemi, które z dnia na dzień zmienia priorytety o sto osiemdziesiąt stopni. Czy Aldona, wzorowa uczennica, wzorowa studentka, menedżerka i kochająca matka, mogłaby chcieć nagle zerwać wszystkie więzi, prysnąć za granicę, żeby zacząć życie od nowa?

– Kilka lat temu jeden warszawski lekarz, kardiolog, zabił swoją żonę – podjęła Jolanta. – Wstrzyknął jej coś, co spowodowało zaburzenia pracy serca. Oficjalnie to była śmierć z przyczyn naturalnych, ale środowisko wie. Musiał przejść na wcześniejszą emeryturę. Wierz mi, takich historii jest więcej, tylko zamiata się je pod dywan.

Dagmara nie wiedziała, co odpowiedzieć. Gapiła się na pokryte wątrobianymi plamami dłonie matki i jej długie paznokcie pokryte perłowym lakierem. Na żarzącym się końcu papierosa rósł wałeczek popiołu. Jolanta strzepnęła go do popielniczki i popatrzyła na zegarek.

– Muszę jechać – oznajmiła. Po raz ostatni głęboko zaciągnęła się dymem i zgasiła papierosa w popielniczce. – Pani Oleno! – zawołała, uchylając drzwi. – Ja zaraz wychodzę! Niech pani pamięta, żeby o dwunastej nakarmić psy!

 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz