2014-08-23

Tatry 2014 - ciąg dalszy relacji. Rysy, deszcz i więcej kapuśniaku.



Druga część relacji z wypadu na Słowację - część pierwszą można przeczytać tutaj.

Nazajutrz po wycieczce na Bystrą Ławkę, chociaż jeszcze czuliśmy w nogach skutki wspinaczki na ponad 2000 m, stwierdziliśmy, że będziemy twardzi - ponieważ prognozy zapowiadały ładny dzień (jedyny bezdeszczowy dzień w ciągu całego naszego pobytu), postanowiliśmy, że idziemy na Rysy. I tak też uczyniliśmy.

Ja wchodziłam wcześniej dwa razy na Rysy od polskiej strony, Jerzy nigdy. Szlak polski lubię - od Czarnego Stawu podchodzi się długo i mozolnie, na ostatnim odcinku pod szczytem jest dużo łańcuchów, w tym dwa mocno eksponowane miejsca pod samym wierzchołkiem, ale widoki to wynagradzają. Miałam zakodowane w głowie, że szlak słowacki jest znacznie łatwiejszy, co okazało się nie całkiem zgodne z prawdą, ale o tym za chwilę.

Trasa na Rysy od słowackiej strony jest rzeczywiście łagodniejsza niż od polskiej. Idzie się najpierw niebieskim szlakiem od Popradzkiego Stawu, potem - od rozgałęzienia szlaków przy Żabim Potoku - czerwonym. Po drodze mija się całkiem ładne Żabie Stawy. Jeszcze przed dotarciem do schroniska pod Rysami, zwanego również schroniskiem pod Wagą (słow. Chata pod Rysmi lub Chata pod Váhou), trzeba pokonać skalisty fragment ścieżki zabezpieczony łańcuchami i klamrami. Poziom trudności - nieduży.

Schronisko umiejscowione na imponującej wysokości 2250 m jest małe, z daleka błyszczy srebrną blachą, którą pokryte są ściany. W przeszłości było wielokrotnie niszczone przez lawiny i później odbudowywane. Nie prowadzi tam żadna droga jezdna ani wyciąg, całe zaopatrzenie targają na górę tragarze oraz turyści, którzy za wniesienie ładunku (drewno, żywność, kanistry z naftą itp.) o wadze 5-10 kg otrzymują darmową herbatę. Zabawnym szczególikiem jest drewniana toaleta typu "sławojka" znajdująca się minutę drogi od schroniska, zawieszona wprost nad przepaścią. Wygląda tak:




Zdjęcie: Wikipedia


Do schroniska nie wchodziliśmy, posiedzieliśmy chwilę na zewnątrz, zjedliśmy coś i ruszyliśmy dalej. Na przełęczy Waga (2337 m n.p.m.) wiało naprawdę solidnie, co przy tej wysokości jest raczej normalnym zjawiskiem. Widoczność dopisała, panorama robiła wrażenie. Natomiast kawałek za przełęczą czekała nas niespodzianka - erozja, lawiny oraz intensywny ruch turystyczny zaskutkowały tym, że ostatniego odcinka słowackiego szlaku na Rysy... po prostu NIE MA. Są rozwalone pozostałości ścieżki w postaci osuniętych głazów, nie bardzo można wypatrzeć, którędy szlak powinien prowadzić (znaki nadal widać, ale nie wszędzie da się iść zgodnie z nimi, bo ścieżkę diabli wzięli), ludzie lezą w górę po zboczu, jak komu pasuje, czepiając się załomów skały. Nie przeszłam wszystkich najtrudniejszych szlaków tatrzańskich (nie miałam okazji zaliczyć Orlej Perci, czego żałuję), ale lata temu byłam dwa czy trzy razy na Świnicy, dwa razy na Kościelcu, wchodziłam na Zawrat od strony Hali Gąsienicowej z zejściem tą samą drogą - i na żadnej z tych tras nie odczuwałam niepokoju, a tutaj i owszem (nie w kategoriach "spadnę w przepaść", bo przepaści nie było, ale "zaraz zwichnę nogę albo ktoś się potknie i na mnie zleci"). Brak wytyczonej ścieżki, osuwające się kamienie i przede wszystkim mrowie ludzi włażących bez ładu i składu to naprawdę nic fajnego. Dobrze jeszcze, że nie było mgły ani deszczu.

Zniechęceni warunkami wspięliśmy się do grani tuż poniżej szczytu i nie pchaliśmy się już tych kilka metrów wyżej na sam wierzchołek Rysów (2503 m od słowackiej strony), gdzie tłoczyło się ze trzydzieści osób. Parę szybkich zdjęć (przynajmniej widoczność była piękna) i ewakuowaliśmy się na dół, bo zimny wiatr przewiewał kurtki i bluzy na wylot.

Na zejściu czekała nas jeszcze jedna niemiła niespodzianka w postaci duuużego zatoru przy wspomnianych wcześniej łańcuchach poniżej schroniska. Kiedy tam doszliśmy, w kolejce stało już - na oko - kilkadziesiąt osób (tak bliżej osiemdziesięciu). W długim szeregu turystów wypatrzyłam różne ciekawe postaci. Był tam np. siedmioletni na oko chłopczyk w kasku i uprzęży, uwiązany do tatusia liną alpinistyczną; był drugi tatuś, dźwigający na plecach niemowlę w nosidełku i prowadzący za rękę kilkuletnią córeczkę - bez liny, uprzęży i kasku; zakonnica w habicie, a także tragarz schodzący ze schroniska, dźwigający na plecach dużą butlę gazową (?) umocowaną do drewnianego stelaża, i dzielni młodzi ludzie niosący do tegoż schroniska wielkie kawały drewna. Z góry schodziły kolejne osoby, kolejka wydłużała się z każdą chwilą. My czekaliśmy grzecznie, żeby zejść przepisowo szlakiem, ale dla czekających w górze wszystko trwało zbyt długo - machnęli ręką na łańcuchy i zaczęli schodzić na skróty po zboczu, po skalnych płytach, nie przejmując się tym, że mogą się osunąć i zlecieć komuś na głowę. Powtórzyła się sytuacja z ostatniego odcinka trasy na szczyt, czyli totalna wolna amerykanka i ludzkie rojowisko, włażące i złażące gdzie popadnie. Jerzy, który jest znacznie bardziej doświadczonym turystą górskim ode mnie (wyprawy namiotowe do Rumunii, na Ukrainę, wyjazdy zimowe z biwakowaniem w śniegu itp.), podsumował później to zejście mówiąc: naprawdę rzadko się zdarza, żebym nie czuł się bezpiecznie w górach, ale tu się bałem - PRZEZ TYCH CHOLERNYCH LUDZI.

Niemniej - doszliśmy i wróciliśmy bezpiecznie, a na dole, nad Popradzkim Stawem, w nagrodę zafundowaliśmy sobie ciepły posiłek. W moim przypadku był to ponownie kapuśniak, znowu gorący, wściekle słony i z taką ilością kapusty, że przypominał raczej bigos.

W ciągu następnych dwóch dni musieliśmy się zadowolić krótszymi trasami, bo prognozy nie zapowiadały sprzyjającej pogody. Nazajutrz po wyprawie na Rysy podjechaliśmy rano pociągiem do miejscowości Wyżnie Hagi (w Wikipedii piszą, że kiedyś był to największy ośrodek leczenia gruźlicy w Europie Środkowej) i stamtąd wspięliśmy się żółtym szlakiem (dosyć długie i męczące podejście przez las) do magistrali tatrzańskiej (szlak czerwony). Poszliśmy nad Batyżowiecki Staw, umiejscowiony bezpośrednio pod masywem Gerlachu, najwyższego szczytu w Tatrach. Niestety Gerlach niknął w chmurach i nie dało się mu zrobić zdjęcia. Później magistralą tatrzańską powędrowaliśmy na przełęcz, której nazwy nie pamiętam, a stamtąd - nadal czerwonym szlakiem - zeszliśmy stromymi zakosami nad Popradzki Staw. Gdy jedliśmy kanapki przy schronisku, zaczął padać deszcz, który później się nasilił. W pelerynach i pod parasolami wróciliśmy do Szczyrbskiego Jeziora. Kiedy już byliśmy na dole, umiarkowany deszcz zmienił się w taką ulewę, że chociaż do przejścia został nam tylko krótki odcinek asfaltowej szosy, na dworzec dotarłam w kompletnie mokrych butach, a nogawki spodni zamokły mi powyżej kolan. W ciepłej poczekalni dworcowej czekało mnóstwo turystów przemoczonych tak jak my albo jeszcze bardziej (oczywiście byli i tacy pechowcy, którzy przemokli do nitki). Prawie godzina do odjazdu kolejki, krótka jazda do Szczyrby... i już tylko kwadrans marszu na kwaterę. Nazajutrz rano okazało się, że moje buty nie zdołały wyschnąć przez noc...

Ponieważ prognoza pogody na kolejny dzień również zapowiadała deszcz, nie mieliśmy ochoty na żadne dalekie wędrówki. Tym razem podjechaliśmy do Starego Smokowca, stamtąd powędrowaliśmy do Doliny Wielickiej nad Wielickim Stawem, gdzie znajduje się hotel górski "Śląski Dom", i zrobiliśmy pętlę, schodząc ponownie do Starego Smokowca. Po południu rzeczywiście zaczęło padać i wycieczkę zakończyliśmy w pelerynach.

Ostatniego dnia pobytu deszcz padał non stop od rana do godziny 15, więc o wyjściu na szlak nie było mowy. Po południu, kiedy przestało padać, pojechaliśmy do Szczyrbskiego Jeziora, żeby pospacerować nad jeziorem w gęstej mgle i zrobić ostatnie zakupy. Nazajutrz czekał nas już tylko powrót do Polski - 3 przesiadki, 12 godzin podróży (wliczając czekanie na dworcach). Pociągiem ekspresowym o szumnej nazwie "Excelsior" ze Szczyrby bezpośrednio do Popradu, potem autobusem do Zakopanego (tam przywitał nas koszmarny korek - autobus dłużej przebijał się przez zablokowane samochodami uliczki, niż wcześniej jechał ze Słowacji), innym autobusem do Krakowa, i z Krakowa pociągiem do Lublina. (W odwrotną stronę jechaliśmy z czterema przesiadkami: pociągiem z Lublina do Krakowa, innym pociągiem z Krakowa do Zakopanego, autobusem z Zakopanego do Starego Smokowca, pociągiem osobowym ze Starego Smokowca do Szczyrbskiego Jeziora, a potem kolejką zębatą do Szczyrby).

Moje wrażenia z pierwszego w życiu turystycznego wyjazdu na Słowację można podsumować tak:

- Szlaki ładne, zarówno te biegnące dolinami, jak i te wysokogórskie, choć w porównaniu z Polską jest ich znacznie mniej, a są dłuższe - trudniej skomponować wycieczkę kilkuetapową z możliwością awaryjnego wycofania się np. w razie załamania pogody. Widokowa, a stosunkowo mało forsowna jest magistrala tatrzańska (szlak czerwony).

- Bardzo podoba mi się ekologiczne rozwiązanie komunikacyjne w postaci pociągów osobowych, które wprawdzie jeżdżą wolno, ale można nimi dotrzeć do każdej ważniejszej miejscowości. Mając w planach dłuższy pobyt, warto kupić bilet tygodniowy na trasy długości 25-34 km (normalny kosztuje 14 euro), ważny przez 7 dni na dowolną liczbę przejazdów w strefie od Szczyrbskiego Jeziora aż do Popradu.

- Jedzenie w tych knajpach, gdzie jadaliśmy (głównie Jerzy), było dobre, natomiast trzeba uważać na nabiał w sklepach: raz nacięliśmy się na bryndzę, która (tak to określmy eufemistycznie) nie spełniała norm unijnych, drugi raz trafił nam się podpleśniały ser żółty z datą ważności do 29.10.2014, więc teoretycznie świeżutki...

- Kwatera w Szczyrbie trafiła nam się fajna i za umiarkowaną cenę (9 euro od osoby za noc). Łóżka z czystą pościelą, ręczniki, mydełko, łazienka, dostęp do kuchni z pełnym wyposażeniem, wi-fi i telewizor (z wi-fi korzystaliśmy intensywnie, z telewizora wcale). Sklep spożywczy kilkaset metrów dalej, stacja kolejowa w odległości ok. 15 minut marszu. Zainteresowanym mogę polecić: Csorba To, Štefánikova 19, Tatranská Štrba.

Z wrażeń to tyle - zdjęcia wrzucę, kiedy je zgram i przejrzę.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz