Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjazdy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjazdy. Pokaż wszystkie posty

2022-11-10

Imladris/Polcon 2022 - rozkład jazdy


Kompensując sobie przymusowy, ponad półtoraroczny "odwyk" od konwentów spowodowany pandemią, w roku 2022 jeździłam i udzielałam się bardzo intensywnie: Warszawskie Targi Fantastyki, Eurocon/Luxcon w Luksemburgu, Warszawskie Targi Książki, Fantasmagoria w Gnieźnie, Kapitularz w Łodzi, Bachanalia Fantastyczne w Zielonej Górze, jubileusz z okazji 40-lecia Nowej Fantastyki, Krakowskie Targi Książki, lubelski StarFest... i, jeśli dobrze pójdzie, na deser czeka mnie jeszcze Imladris/Polcon w Krakowie.

Czas: 11-13 listopada
Miejsce: XLII Liceum Ogólnokształcące, ul. Studencka 13, oraz Arteteka WBP, ul. Rajska 12

Oficjalna strona konwentu:
https://www.imladris.in

Tym razem będę się udzielać głównie w panelach dyskusyjnych:

PIĄTEK 11.XI

15:55 - 16:50 Panel "Moja pierwsza powieść fantastyczna" (panel wspomnieniowy o fantastyce dla dzieci) - sala 7

SOBOTA 12.XI
10:00 - 11:50 Panel "Mit i folklor w służbie fantastyki" - sala 247

15:00 - 16:50 Panel "Fantasy niejedno ma imię" - sala 10


Niewykluczone, że prelekcja "CV bohatera literackiego" pojawi się któregoś dnia z zaskoczenia jako rezerwowy punkt programu na miejsce czegoś odwołanego (byłam roztargniona i nie zgłosiłam prelekcji na czas).

Mam nadzieję, że do jutra już nie zdąży mnie rozłożyć żaden wirus przywleczony ze StarFestu i że zobaczymy się w Krakowie!




2021-12-07

Grudniowe wieści z kanapy




Straszne rzeczy dzieją się na tym świecie, moi drodzy - nie wiadomo kiedy śmignął za oknem nie tylko listopad, ale też pierwszy tydzień grudnia... Powracam na blog po przerwie z kilkoma dobrymi wiadomościami i jedną złą.

Na początek dobra wiadomość - SKOŃCZYŁAM!!!!!! Co prawda z kompromitującym poślizgiem, ale SKOŃCZYŁAM zbiór opowiadań "Świerszcze w soli" - ostatnie, tytułowe opowiadanie wczoraj pofrunęło do wydawcy, a ja mogę z czystym sumieniem zająć się innymi zaległymi sprawami!

Druga dobra wiadomość jest taka, że już w najbliższy weekend, 11-12 grudnia, w Warszawie odbędzie się zimowa edycja Warszawskich Targów Fantastyki. Zgodnie z planem w niedzielę 12 grudnia o 13:00 miałam mieć na nich spotkanie autorskie, które poprowadziłby Bartek "Godai" Biedrzycki... Bardzo się cieszyłam i już zdążyłam się poumawiać z różnymi ludźmi, z którymi planowałam się spotkać na Targach, podpisać im książki i tak dalej. Niestety - i to jest wspomniana wyżej informacja zła, a nawet kijowa - okazało się, że guzik, nic z tego wyjazdu nie wyjdzie. W połowie listopada brzydko skręciłam kostkę i chociaż zgodnie z zaleceniem ortopedy bardzo ograniczyłam obciążanie tej nogi, żeby mogła się szybciej wygoić (trzy tygodnie bez spacerów, w areszcie domowym - kto mnie zna, ten wie, że było to duże wyzwanie dla mojej cierpliwości), dziś na wizycie kontrolnej lekarz absolutnie nie poparł planu jechania do Warszawy za cztery dni. Bardzo mi smutno, ale co zrobić, moja noga rzeczywiście nie kwalifikuje się do tego, żeby z nią wsiadać do pociągów, łazić po schodach i śliskich chodnikach...  Pozostaje mi jedynie polecić Waszej uwadze niedzielne spotkania z dwiema innymi autorkami Hordy - Anią Siemomysłą Hrycyszyn (o 11:00) i Anią Kańtoch (o 15:00).




Warszawskie Targi Fantastyki jak zwykle odbędą się w ścisłym centrum stolicy, w Domu Towarowym Bracia Jabłkowscy (ul. Bracka 25), który znajduje się o rzut mokrym beretem od Pałacu Kultury. Na imprezie obowiązuje nakaz noszenia maseczek i parę innych ograniczeń sanitarnych wynikających ze specyfiki miejsca (m.in. zakaz siadania na schodach oraz wprowadzania zwierząt - wszystko jedno, fantastycznych czy nie), o szczegółach przeczytacie na fanpage'u Targi Fantastyki.

(Nawiasem mówiąc, przed momentem w trakcie pisania niniejszego posta udało mi się popełnić uroczą pandemiczną mózgówkę: NAKAZ MASZENIA NOSECZEK...)

Trzecia dobra wiadomość to że wydawnictwo Mag zapowiedziało za niecałe dwa miesiące premierę książki, którą tłumaczyłam, a będzie to, uwaga, "W Kalabrii" Petera S. Beagle'a!!!! Jeżeli nic Wam nie mówią tytuły takich książek tego autora jak "Ostatni jednorożec" i "Pieśń karczmarza" (wydana w Polsce również w innym tłumaczeniu, jako "Pieśń oberżysty"), to macie srogie luki w wykształceniu!
"W Kalabrii" to króciutka powieść o niemłodym kalabryjskim rolniku, na którego posesję pewnej wiosny przybyła jednorogini, żeby się tam oźrebić na łączce. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, polskie wydanie ukaże się 28 stycznia 2022 r. z taką oto uroczą okładką (nie do końca adekwatną do treści, bo jako się rzekło - akcja książki dzieje się w gospodarstwie wiejskim, a bohater jest ponurym wąsatym Włochem w wieku pod pięćdziesiątkę):




I ostatnie ogłoszenie na dziś - na fanpage'u Harda Horda Literacka od wczoraj aż do 14 grudnia trwa świąteczna harda akcja specjalna, #HardaAukcja: seria charytatywnych licytacji książek na rzecz Fundacji Ocalenie. Na zdjęciu poniżej - mniej więcej jedna trzecia fantów, które planujemy wystawić. Licytacje zakończą się we wtorek 14 grudnia o godz. 20:00. Wszystkich, którzy korzystają z Facebooka, gorąco zachęcam do udziału!







2019-09-07

Jaśliska 2019 - minirelacja i zdjęcia


Niepostrzeżenie i podstępnie znów minął prawie miesiąc bez nowych wpisów, a to dlatego, że wsiąkłam w pisanie książki, które bezlitośnie zżera czas i moce obliczeniowe!

26 sierpnia wróciliśmy z mężem do Lublina po tygodniu wakacjowania w Jaśliskach (Beskid Niski). Był to bardzo przyjemnie i aktywnie spędzony tydzień! Upał, chaszcze, jeżyny, 
zryte koleinami leśne drogi, przydrożne kapliczki, pozostałości łemkowskich cmentarzy i cmentarze wojenne z czasów I wojny światowej, pachnące siano na skoszonych łąkach, kumaki w kałużach, jaszczurki i padalce. Pogoda dopisała: 6 dni, 6 wycieczek, nie musieliśmy pauzować z powodu deszczu i przewędrowaliśmy łącznie nieco ponad 140 km (ani razu nie przeszliśmy mniej niż 20 km, najdłuższa wycieczka miała ponad 26 km). Moje nowe buty górskie firmy Red Rock bardzo dobrze się sprawują, są solidne i wygodne. 

Żadnych przygód zasadniczo nie zaliczyliśmy – no, raz poszliśmy niewłaściwą drogą, w dodatku straszliwie rozjeżdżoną i błotnistą (uroki leśnej zwózki drewna), i trzeba było się wracać spory kawałek. Drugiego dnia w okolicach wsi Szklary w dwóch miejscach widzieliśmy pleniący się barszcz Sosnowskiego, na szczęście już z przekwitłymi kwiatostanami. Byliśmy dwukrotnie na Kamieniu nad Jaśliskami, raz na Szklarskiej Bani, raz na Ostrej, raz na Jałowej Kiczerze oraz przeszliśmy z Rymanowa-Zdroju do Woli Niżnej Beskidzką Trasą Kurierską JAGA-KORA przez Polany Surowiczne. 

Urok szlaków beskidzkich tkwi jak dla mnie w tym, że są odludne i trochę „dzikie”: lasy, zarośla, błoto, koniecznie trzeba mieć mapę i umiejętnie się nią posługiwać (ja się na odnajdywaniu trasy w terenie średnio wyznaję, Jerzy jest ekspertem). W Beskidzie Niskim trasy są dosyć łatwe, bez znacznych różnic wysokości, z rzadka trafia się bardziej strome zbocze. Przy całym zamiłowaniu do takiego relaksującego wędrowania po leśnej gęstwinie zaczynam coraz bardziej tęsknić za Tatrami – mam nadzieję, że uda nam się tam wybrać w przyszłym roku.

Ostatniego dnia czekała nas jeszcze jedna nieoczekiwana atrakcja: przez całe popołudnie i wieczór w Jaśliskach odbywały się ni mniej, ni więcej, tylko dożynki. Gminne. Na scenie ustawionej na rynku pod samymi oknami naszej kwatery występowały kolejne zespoły, których repertuar wahał się od muzyki quasi-ludowej do typowo weselnej. Nagłośnienie było, dodam, solidne (aczkolwiek kilka razy wysiadało – problemy sprzętowe). Impreza zakończyła się długo po północy (tak twierdzi mój mąż, mnie na szczęście udało się usnąć wcześniej). Ale jakoś przeżyliśmy! 


Poniżej garstka zdjęć.




Kapliczka przydrożna w pobliżu Jaślisk.




Skoszona łąka w wieczornym chłodzie.




Pola, łąki, zarośla...



Przełęcz Beskid nad Czeremchą.





Cmentarz łemkowski w nieistniejącej wsi Czeremcha.



Jeden z cmentarzy wojennych na zboczu góry Kamień.



Padalec pozdrawia!



Widoczek z góry Kamarka.



Jaszczurka zwinka, która nie do końca umie w kamuflaż. A może po prostu chciała nam się pochwalić swoimi wzorkami?



Homo turisticus w środowisku naturalnym.



Ignit w Jaśliskach, na tle zabytkowej drewnianej zabudowy małomiasteczkowej.



Ignit na szlaku (kanapki pożarte, za moment trzeba ruszać w dalszą drogę). Plecaczek jest mój, koszula i kapelusz na pniu należą do miauża.







2019-06-17

Wieści czerwcowe


Już jutro (18 czerwca) oficjalna, wyczekana premiera Śpiewu potępionych! Z tej okazji mam parę ogłoszeń.

W dniach 21-23 czerwca planuję uprawiać bezwstydną autopromocję na Seminarium Literackim Śląskiego Klubu Fantastyki w Chorzowie (miejsce: Hotel Skaut przy ul. Harcerskiej, dokładniejsze informacje na temat imprezy znajdują się w linku). W sobotę o 15:00 odbędzie się tam spotkanie premierowe Śpiewu... - szykuję na nie prelekcję zatytułowaną "Świat Zmroczy: zatargi magów, igraszki demonów". Wszystkie cztery tomy cyklu będzie można kupić na miejscu, na stoisku zaprzyjaźnionej Księgarni Strefa Książki. 

Na marginesie: nigdy dotąd nie byłam w Chorzowie, dzięki wyjazdom konwentowo-promocyjnym po raz kolejny zobaczę nieznany mi kawałek kraju.

Z kolei na początku lipca wybieram się na Wrocławskie Dni Fantastyki (5-7 lipca, Centrum Kultury Zamek, Leśnica k. Wrocławia). Moje punkty programu prezentują się tak:

PIĄTEK

18:00-18:55 [PRELEKCJA] Przyczajony gwóźdź, ukryte powrósło: czary i przesądy w hodowli zwierząt 


20:00-20:55 [PRELEKCJA] Nieporadnik młodego autora: pisanie dla początkujących 

SOBOTA

12:00-13:25 [PANEL DYSKUSYJNY] Gdzie ci mężczyźni? Geralt z Rivii i inni bohaterowie fantasy (Marcin Kowalczyk, Wojciech Zembaty, Agnieszka Hałas, Milena Wójtowicz, mod. Michał Cetnarowski)

18:00-18:55 [PANEL DYSKUSYJNY] Fantastyczny fuck-up (Agnieszka Hałas, Grzegorz Wielgus, Elżbieta Żukowska, Dominika Tarczoń, mod. Adrianna Michno)

19:00-19:55 [PANEL DYSKUSYJNY] Dwa lata Hardej Hordy (Aleksandra Janusz, Agnieszka Hałas, Magdalena Kubasiewicz, Milena Wójtowicz)


Dalszych wyjazdów w sezonie letnim raczej nie planuję, ale we wrześniu pojawię się na Coperniconie w Toruniu.

* * *

Wyjazdy wyjazdami, tymczasem na sieci można już przeczytać dwie recenzje przedpremierowe Śpiewu... - zachęcam do zapoznania się:

Agnieszka Chojnowska - Gdzie srebro nie może, tam żmija pośle (blog "Na ostrzu siekiery")

Anna Nieznaj - Groza na rajskich wyspach (Esensja)


I jeszcze jedna informacja na koniec. Padają pytania, do ilu części rozrośnie się cykl o żmiju, bo miał być trylogią, a już nie jest... Otóż zanosi się na to, że Teatr węży zgodnie z pierwotną koncepcją z 2010 r. będzie finalnie miał pięć tomów. Piąty jest w tej chwili na takim etapie, na jakim czwarty był rok temu, czyli ma postać sterty notatek - właśnie skończyłam przerabiać konspekt po raz trzeci... Jeśli okoliczności życiowe nie staną na przeszkodzie, chciałabym skończyć tę książkę w pierwszym kwartale 2020, a potem przejściowo zawiesić swoją przygodę z uniwersum Zmroczy i realizować inne pomysły, ale na pewno będę jeszcze powracać do Krzyczącego i jego świata. Myślę, że w jakimś nieco dalszym terminie powstanie niezależna żmijowa dylogia lub trylogia, którą będzie można czytać bez znajomości Teatru.

2019-06-03

Warszawskie Targi Książki 2019 - niedziela



W niedzielę byłyśmy z Cranberry dzielne, wstałyśmy o nieludzko wczesnej porze i w chłodzie poranka wśród krakania wron poszłyśmy zagłosować w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Stanęłyśmy przed drzwiami lokalu wyborczego za pięć siódma, tuż przed jego otwarciem. Razem z nami czekał jeszcze jakiś starszy pan, chwilę później zjawiło się więcej osób, a także francuska dziennikarka z kamerzystą. Nasze karty do głosowania wylądowały w pustej urnie jako druga i trzecia. 

Kiedy w okolicach dziesiątej zjawiłyśmy się na Stadionie Narodowym, na promenadzie panowały pustki. Przywitałyśmy się z dyżurującą na stoisku zajdlowym Martą Kisiel. Wykorzystałam chwilę spokoju, żeby obejrzeć tudzież obfotografować umieszczoną przy Strefie Fantastyki wystawę okładek Fantastyki i Nowej Fantastyki (słynna okładka pierwszego numeru z 1982 r. jest doprawdy uroczo ohydna i anatomicznie oraz politycznie niepoprawna!) oraz wystawę cudownych ilustracji Rocha Urbaniaka przedstawiających różne surrealistyczne pejzaże: miasto utrzymywane w powietrzu przez balony, steampunkowa latająca wyspa niesiona przez ptaki, wyspa będąca zwiniętym kamiennym smokiem z rosnącymi wzdłuż grzbietu drzewami, słoń dźwigający namioty cyrkowe, klatki z kanarkami i diabelskie koło, arlekin jadący powozem, wokół którego fruwają papierowe żurawie...








Przed jedenastą w Strefie Fantastyki zaczęły się pojawiać i entuzjastycznie witać dziewczyny z Hordy, zaroiło się też od ludzi, którzy prosili o autografy na antologii. Publiczność powoli zaczynała się gromadzić w oczekiwaniu na nasz panel, prowadząca Silaqui nieśmiało nawoływała, że już czas, żebyśmy zajęły miejsca... Kiedy nie było reakcji, mikrofon przejęła Milena Wójtowicz i zwołała niesforną Hordę na podium. Okazało się, że organizatorzy stanęli na wysokości zadania – krzeseł oraz miejsca na wygodnej małej kanapie starczyło dla wszystkich. Po zajęciu miejsc zorientowałyśmy się, że brakuje Ani Kańtoch i Krysi Chodorowskiej. Ponieważ czas naglił, Silaqui zdecydowała, że zaczniemy bez nich, i rozpoczęła panel, prosząc wszystkie panelistki, żeby się kolejno przedstawiły i powiedziały kilka słów o sobie. Zanim mikrofon zdążył przejść przez jedenaście par rąk, przybiegły Ania i Krysia. Ta ostatnia przejęła mikrofon i przedstawiła się z komentarzem: „spóźniłam się, bo głosowałam i wy też powinniście!"



Cała Horda na panelu (fot. Agnieszka Kolano, Dowolnik)


Ponieważ dyskutantek było trzynaście, a do dyspozycji tylko godzina, na panelu padły jedynie dwa pytania: „Opowiedzcie w kilku słowach o swoim opowiadaniu w antologii” i „Co daje wam uczestnictwo w Hordzie”. Mówiłyśmy o tym, że Horda działa jak grupa wsparcia, że można w niej znaleźć pomoc w kryzysach twórczych i nie tylko, ale też dostarcza pozytywnej motywacji do pracy, jest źródłem merytorycznej wiedzy na tematy wydawnicze oraz ma znacznie większy potencjał reklamowo-marketingowy niż każda z nas oddzielnie. Po panelu zrobiłyśmy sobie na podium historyczne selfie całej trzynastki, następnie zaś podążyłyśmy na dyżur autografowy na stoisko SQN.

Na stoisku SQN, kochani, czekała na nas niespodzianka w postaci gigantycznej kolejki. Mega-kolejki!

W pierwszej chwili sądziłyśmy, że to kolejka do Kuby Ćwieka albo Jakuba Małeckiego. A potem dotarło do nas, że wszyscy ci ludzie trzymają egzemplarze antologii Harda Horda...

Radosny chaos zbiorowego składania autografów trwał dobrze ponad godzinę. Podobno ktoś z ochrony Targów wyraził zaniepokojenie, a Aneta Jadowska uspokoiła go, że to nie jej pierwsze rodeo i damy radę... Wieść gminna głosi też, że kiedy my podpisywałyśmy jak szalone (mając do dyspozycji jeden mikroskopijny stoliczek, więc radziłyśmy sobie, jak się dało: jedne podpisywały w powietrzu, inne na kolanie), przez kolejkę przebijali się tatuś z małym synkiem, synek spytał tatę, co tu się dzieje, a tata na to: „Jakiś pan pisarz podpisuje swoją książkę”...

Wreszcie maraton podpisywania dobiegł końca. Sprzedały się wszystkie egzemplarze Hardej Hordy, jakie SQN przywiózł na Targi, co do ostatniej sztuki! Złożyłyśmy jeszcze autografy na dużej tekturze z reprodukcją okładki Hardej Hordy, która ma iść na aukcję na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Marta Kisiel pobiegła truchtem na swój kolejny punkt programu, reszta Hordy udzieliła krótkiego wywiadu przed kamerą, nie wiem nawet dla kogo, kończąc chóralnym okrzykiem „HARDA HORDA!!!” Na koniec na stoliczku pojawił się tort urodzinowy Oli Janusz (dietetyczny: składał się głównie z kremu z truskawek i mascarpone, z erytrytolem zamiast cukru i gorzką czekoladą w biszkopcie). Gdy został z entuzjazmem pożarty, kolejne dziewczyny zaczęły się żegnać i znikać, i dopiero teraz dotarło do mnie, że pierwszy w historii sabat Hordy właśnie dobiegł końca. Pustawe stoisko SQN, wokół pustawa promenada... Poczułam się trochę tak, jakbym się obudziła z niesamowitego snu.

Chwilę później na stoisku SQN zjawiła się Aleksandra Klęczar z bloga Terrae Ignotae. Za jej namowami poszłyśmy z Cran na prelekcję popularnonaukową Agnieszki Fulińskiej o synu Napoleona, Napoleonie II znanym jako Orlątko (fr. Aiglon), który zmarł na gruźlicę w wieku 22 lat. Jakoś po szesnastej szczęśliwe, ale zmęczone nadmiarem wrażeń ruszyłyśmy na dworzec.


I jeszcze zdjęcia:




Publiczność na panelu Hordy.



Historyczne selfie Hordy (fot. Agnieszka Kolano, Dowolnik)



Na stoisku SQN (zdjęcie dzięki uprzejmości Magdaleny Kubasiewicz)



Wywiad na stoisku SQN (zdjęcie dzięki uprzejmości Magdaleny Kubasiewicz)



W kontekście pytania "Co wam daje Harda Horda" ta fotka mówi więcej niż tysiąc słów! (zdjęcie dzięki uprzejmości Magdaleny Kubasiewicz)



2019-06-01

Warszawskie Targi Książki 2019 – sobota


Odkąd w 2015 r. po raz pierwszy pojechałam na Warszawskie Targi Książki, darzę tę imprezę szczególnym sentymentem. Nieodmiennie zachwyca mnie fakt, że odbywa się ona akurat na Stadionie Narodowym i że przyciąga dzikie tłumy (owszem, jestem introwertykiem, ale są okoliczności, kiedy tłum mi nie przeszkadza). Od tamtego wyjazdu nie wiadomo kiedy upłynęły cztery lata, a teraz znowu wybrałyśmy się do Warszawy we dwie z Anią „Cranberry” Nieznaj, podekscytowane jak nastolatki przed wyprawą na Przystanek Woodstock. 

W sobotę przyjechałyśmy do Warszawy tuż przed jedenastą, a niecałą godzinę później miałam już przypięty identyfikator i krążyłam po Stadionie Narodowym w poszukiwaniu Meet Pointu i Strefy Fantastyki, gdzie znajdowało się m.in. stoisko Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla. Po krótkim błądzeniu udało mi się trafić we właściwe miejsce i zostałam uściskana na powitanie przez Elę Gepfert. Obfotografowałam ze wszystkich stron stoisko zajdlowe, gdzie dumnie stały książki tegorocznych nominowanych, a po upewnieniu się, że „można braść”, zgarnęłam darmową broszurę Uroborosa z fragmentami nominowanych powieści i opowiadaniem Marty Kisiel Pierwsze słowo tudzież przypinkę „Wolna Sidheania” reklamującą powieść Triskel. Gwardia Krystyny Chodorowskiej.

W trakcie dyżuru autografowego odwiedzili mnie między innymi Kat (pozdrawiam!) oraz Moreni, Serenity i Ćma książkowa (również pozdrawiam!), dostałam też zaproszenie na Copernicon i przywitałam się z Olą Janusz. Zaraz po dyżurze namówiłam Cranberry i Olę, żeby poszły ze mną do Strefy Popularnonaukowej na prelekcję Pauliny Łopatniuk (autorka słynnego bloga popularnonaukowego Patolodzy na klatce) o raku podstawnokomórkowym skóry zatytułowaną Spokojnie, to tylko baziak, połączoną z promocją książki Patolodzy. Panie doktorze, czy to rak? Zgodnie z moimi przewidywaniami prelekcja była uroczo makabryczna („Słoneczko świeci, wszyscy umrzemy”), merytorycznie fascynująca i okraszona paskudnymi zdjęciami. (Rak podstawnokomórkowy skóry jest niegroźny, jeśli się go wcześnie wytnie, ale biada pacjentowi, który chodzi sobie z takim nowotworem przez trzydzieści lat – Paulina pokazała na zdjęciach m.in. ranę na pół pleców oraz urocze zapadnięte fizjonomie z nadżartymi kośćmi czaszki, bez oczu i nosów... W połowie prelekcji wyjęłam z plecaka kanapki i zaczęłam jeść, ale nie w ramach demonstracji, byłam po prostu głodna.) Po wykładzie czym prędzej ustawiłam się w ogonku, żeby nabyć egzemplarz Patologów, dostałam w prezencie płócienną torbę i otrzymałam od Pauliny autograf z trzema nużeńcami.

Przez następną godzinę kręciłyśmy się z Cranberry po promenadzie, podziwiając asortyment na stoiskach i pozdrawiając mijanych znajomych. Przez dłuższą chwilę podziwiałyśmy stoisko z kopiami różnych zabytkowych ksiąg (mieli m.in. faksymile manuskryptu Wojnicza). Sfotografowałyśmy liczne książki Hordy na stoisku Uroborosa oraz piękną wystawkę Dzikiego dziecka miłości Anety Jadowskiej na stoisku SQN. Skontrolowałyśmy dyskretnie stoisko Rebisu, upewniając się, że stoją tam pierwsze trzy tomy Teatru węży. Stały! Z ciekawych zjawisk - w tłumie krążył wielki pluszowy pingwin, ale nie wiem, które wydawnictwo reklamował. Po szesnastej zwinęłyśmy się ze Stadionu, bo w planach na wieczór było jeszcze spotkanie rodzinne.

Nocowałyśmy w hostelu „Warsaw Downtown Hostel”, który okazał się bardzo fajnym miejscem, polecam! Niestety dopadła mnie bezsenność wyjazdowa i nie zmrużyłam oka przez całą noc – nie pomógł fakt, że za oknem od bladego świtu okropnie krakały wrony.

W niedzielę działo się tyle rzeczy, że zrelacjonuję je w drugim wpisie! Póki co podrzucam garstkę zdjęć z soboty.





Cudności, które chętnie obejrzałabym z bliska, ale mogłam tylko zrobić im zdjęcie.



Faksymile manuskryptu Wojnicza (przysięgam, że ta tajemnicza księga pojawi się kiedyś w jakimś moim tekście!)



Jeden z paneli w Strefie Fantastyki.



Dyżur autografowy p. Jadwigi Zajdel (poniewczasie bardzo żałuję, że nie kupiłam Limes inferior i nie wzięłam autografu!)


Marta i Martyna na stoisku Grupy Wydawniczej Foksal :)




Seria polskich debiutów fantastycznych na stoisku SQN.




Antologia Harda Horda na stoisku SQN.




My z Cran na stoisku SQN.



Książki Hordy na stoisku Grupy Wydawniczej Foksal.


2019-05-18

Buki, mgła, pomrowy i śnieg - Piwniczna 2019



Wróciliśmy z Piwnicznej! Dziewięć dni pobytu, osiem wycieczek (siódmego dnia padał najpierw śnieg, potem deszcz, temperatura oscylowała w okolicach zera i wyszliśmy tylko na krótki spacer). Nowe buty przeszły chrzest górski i w połączeniu z podwójnym zestawem skarpet (cienka bawełniana na spód, a na wierzch gruba sportowa) sprawdzały się dobrze, aczkolwiek wyszło na jaw, że w obliczu takich wyzwań, jak dwugodzinny marsz w deszczu albo brnięcie przez topniejący śnieg, poddają się i zaczynają zamakać, chociaż oczywiście zaimpregnowałam je przed wyjazdem. Pogoda troszkę nie dopisała – mgła, mżawka, zimno i wiatr w różnych konfiguracjach, no i na deser wspomniana już śnieżyca, co prawda oglądana z okna kwatery, a nie w plenerze – ale mogło być znacznie gorzej. 

Nie wszystkie plany wycieczkowe udało się zrealizować ze względu na pogodę, ale byliśmy między innymi na Hali Łabowskiej, na Eliaszówce i przełęczy Obidza, przy Diablim Kamieniu (z punktu widokowego widzieliśmy chmurę burzową nad Nowym Sączem), na Radziejowej i Wielkim Rogaczu oraz w ruinach zamku w Rytrze. Podziwialiśmy cudną wiosenną zieleń młodych liści bukowych, widzieliśmy kilka saren i jedną sowę, jak również stada owiec, niebieskie pomrowy, pszczoły uwijające się wokół kwitnących krzaczków czarnych jagód, sporo rozjechanych salamander i niestety ani jednej żywej... Piliśmy wodę mineralną i jedliśmy drożdżówki zawierające dość niezwykły składnik ;) (patrz ostatnie zdjęcie). Poniżej garść fotek.



Widoczek z grzbietu pomiędzy Piwniczną a Łomnicą-Zdrojem.



Zabudowania na obrzeżach Piwnicznej, za drzewami po lewej widać Poprad.



Łąki przy żółtym szlaku z Łomnicy-Zdroju na Halę Łabowską - podejście na Parchowatkę. W upale jest to dość nieprzyjemny odcinek trasy, przy chłodnej pogodzie można się co najwyżej rozgrzać ;)



Góry porośnięte lasem... Buki na wzniesieniach jeszcze bez liści, pejzaż kojarzy mi się tolkienowsko (Jerzy dopowiada, że tak mogłyby wyglądać okolice Rivendell).



Widoczek ze szlaku narciarskiego powyżej Hali Koniecznej.



Ośnieżone Tatry w oddali. Widać masyw Łomnicy.



Jeszcze jeden widoczek z Tatrami - ze szlaku na Radziejową.



Dolina Popradu widziana z ruin zamku w Rytrze.



Też dolina Popradu widziana z ruin zamku w Rytrze, tylko w kierunku północno-zachodnim. W górnym lewym rogu, daleko na horyzoncie widać Beskid Wyspowy.




Majowa niespodzianka śnieżna.



Drożdżówka z esensją ;) zakupiona w sklepie spożywczym przy rynku w Piwnicznej. Z nadzieniem serowo-budyniowym, bardzo smaczna!


2015-09-04

Tatry 2015: globalne ocieplenie pozdrawia


Wczoraj wróciliśmy z mężem ze Słowacji, a skąd wziął się tytuł niniejszego wpisu, łatwo zgadnąć. Aura w Tatrach była... no może nie jak na Hawajach, ale prawie (i co prawda nie widziałam tancerek w spódniczkach z trawy, ale ładne skąpo odziane kobiety jak najbardziej - patrz niżej). W końcówce sierpnia w górach potrafi zrobić się już naprawdę zimno i - pomna doświadczeń zeszłorocznych - wzięłam to pod uwagę pakując ciuchy, po czym pogoda oczywiście spłatała mi figla. Tym razem na przełomie sierpnia i września w Tatrach panowały temperatury rzędu 26-28 stopni w cieniu. Na dłuższe wycieczki wychodziliśmy o 7 rano, a i tak już godzinę później, kiedy szliśmy w słońcu, pot lał się z nas strumieniami. Przez osiem dni ani razu nie założyłam polara ani cienkiej bluzy polarowej - wystarczyła mi flanelowa koszula - a wiatrówkę miałam na sobie dosłownie dwa razy: w dniu przyjazdu, gdy poszliśmy wieczorem rozejrzeć się po miejscowości, i w dniu wyjazdu. Ani razu nie wykorzystałam szalika ani rękawiczek, które zapobiegliwie spakowałam do plecaka, bo bardzo mi ich brakowało rok temu, zwłaszcza na Rysach. Ani razu nie potrzebowałam peleryny przeciwdeszczowej ani nie korzystałam z parasola, nie mówiąc o przemoczeniu butów. Za to krem przeciwsłoneczny z filtrem SPF50, który w zeszłym roku nie został w ogóle napoczęty, tym razem był w użyciu codziennie i do spółki z Jerzym zużyliśmy prawie całą tubkę. (Inna sprawa, że ludzie trochę nie doceniają działania promieni UV w górach, albo się nie przejmują; na szlakach widziałam wiele osób, które beztrosko wystawiały na słońce skórę barwy ugotowanego raka i pewnie nazajutrz doczekały się pęcherzy.)

W górach dawało się zauważyć liczne skutki ponadprzeciętnie gorącego, suchego lata: łożyska wyschniętych potoków, wyschnięte do cna stawki, niemal zupełny brak płatów śniegu. Upał oczywiście męczył, ale za to widoczność była piękna i do spółki nastrzelaliśmy fafzylion zdjęć.

Ze spostrzeżeń różnych, niekoniecznie ważkich:

- fetyszyści zgrabnych kobiecych nóg niech ruszają w Tatry podczas słonecznej pogody, kiedy turystki niebojące się słońca chodzą w króciutkich szortach (niżej podpisana słońca nie lubi, co widać na zdjęciu poniżej);

- rozumiem, że można zabrać na szlak psa husky, ale po co wlec tam mopsa albo inną małą bidę na krzywych łapach? Widziałam potężnego gościa o wyglądzie sportowca, za którym kamienistą ścieżką dyrdał kulejący piesek rozmiarów kieszonkowych i ilekroć przystanął, żeby coś powąchać albo obsikać kępę trawy, musiał lecieć dalej na trzech łapkach, z czwartą bolącą w powietrzu, bo pan go wołał. Dobrze jeszcze, że był to mopsowaty kundelek, a nie chihuahua...

- Słowacy mają swój rodzimy, zdrowszy odpowiednik coca-coli o nazwie kofola. Występuje toto w kilku smakach, jest gazowane, mniej słodkie od coli, ma więcej kofeiny, zamiast kwasu fosforowego zawiera sok cytrynowy i podobno (zdaniem Jerzego) jest smaczne, ja nie próbowałam;

- zasypka Alantan skutecznie zapobiega śmierdzącemu przepoceniu butów. Mam kilkuletnie buty wycieczkowe, w których mogę łazić w upale przez cały dzień nie wywołując katastrofy smrodowej po ich zdjęciu, tylko skarpety są później zacementowane talkiem na biało i trzeba je przed praniem odpłukać w kilku wodach. (Testowane wyłącznie na wyjazdach, gdzie nocuje się pod dachem i ma się dostęp do łazienki.)

Mimo skwaru chodziliśmy w góry niestrudzenie dzień po dniu - osiem dni, osiem wycieczek. Plan wypełniony w 100%. Z trudniejszych tras zaliczyliśmy Sławkowski Szczyt, Rohatkę (wejście i zejście od tej łatwiejszej strony bez łańcuchów), Lodową Przełęcz oraz Polski Grzebień i Małą Wysoką. Moje kontuzjowane ścięgno w kolanie (zastarzałe tzw. "kolano skoczka" ze zwapnieniami), rehabilitowane na początku tego roku, jakoś wytrzymało bez strajków, więc jestem wdzięczna ortopedzie, który mnie wysłał na zabiegi rehabilitacyjne.

Tak jak w zeszłym roku, spróbuję opisać wszystkie kolejne wycieczki. Tymczasem oto dwa zdjęcia szczęśliwych kapeluszowców w Tatrach prawie-hawajskich:


Ignit na magistrali tatrzańskiej, kawałek poniżej Łomnickiego Stawu.


Jerzy w Dolinie Małej Zimnej Wody, przed schroniskiem Teryego. (Taki obłędny błękit bezchmurnego nieba towarzyszył nam na co najmniej dwóch wycieczkach przez cały dzień.)


I jeszcze Rysy widziane z Polskiego Grzebienia: