2015-09-04

Tatry 2015: globalne ocieplenie pozdrawia


Wczoraj wróciliśmy z mężem ze Słowacji, a skąd wziął się tytuł niniejszego wpisu, łatwo zgadnąć. Aura w Tatrach była... no może nie jak na Hawajach, ale prawie (i co prawda nie widziałam tancerek w spódniczkach z trawy, ale ładne skąpo odziane kobiety jak najbardziej - patrz niżej). W końcówce sierpnia w górach potrafi zrobić się już naprawdę zimno i - pomna doświadczeń zeszłorocznych - wzięłam to pod uwagę pakując ciuchy, po czym pogoda oczywiście spłatała mi figla. Tym razem na przełomie sierpnia i września w Tatrach panowały temperatury rzędu 26-28 stopni w cieniu. Na dłuższe wycieczki wychodziliśmy o 7 rano, a i tak już godzinę później, kiedy szliśmy w słońcu, pot lał się z nas strumieniami. Przez osiem dni ani razu nie założyłam polara ani cienkiej bluzy polarowej - wystarczyła mi flanelowa koszula - a wiatrówkę miałam na sobie dosłownie dwa razy: w dniu przyjazdu, gdy poszliśmy wieczorem rozejrzeć się po miejscowości, i w dniu wyjazdu. Ani razu nie wykorzystałam szalika ani rękawiczek, które zapobiegliwie spakowałam do plecaka, bo bardzo mi ich brakowało rok temu, zwłaszcza na Rysach. Ani razu nie potrzebowałam peleryny przeciwdeszczowej ani nie korzystałam z parasola, nie mówiąc o przemoczeniu butów. Za to krem przeciwsłoneczny z filtrem SPF50, który w zeszłym roku nie został w ogóle napoczęty, tym razem był w użyciu codziennie i do spółki z Jerzym zużyliśmy prawie całą tubkę. (Inna sprawa, że ludzie trochę nie doceniają działania promieni UV w górach, albo się nie przejmują; na szlakach widziałam wiele osób, które beztrosko wystawiały na słońce skórę barwy ugotowanego raka i pewnie nazajutrz doczekały się pęcherzy.)

W górach dawało się zauważyć liczne skutki ponadprzeciętnie gorącego, suchego lata: łożyska wyschniętych potoków, wyschnięte do cna stawki, niemal zupełny brak płatów śniegu. Upał oczywiście męczył, ale za to widoczność była piękna i do spółki nastrzelaliśmy fafzylion zdjęć.

Ze spostrzeżeń różnych, niekoniecznie ważkich:

- fetyszyści zgrabnych kobiecych nóg niech ruszają w Tatry podczas słonecznej pogody, kiedy turystki niebojące się słońca chodzą w króciutkich szortach (niżej podpisana słońca nie lubi, co widać na zdjęciu poniżej);

- rozumiem, że można zabrać na szlak psa husky, ale po co wlec tam mopsa albo inną małą bidę na krzywych łapach? Widziałam potężnego gościa o wyglądzie sportowca, za którym kamienistą ścieżką dyrdał kulejący piesek rozmiarów kieszonkowych i ilekroć przystanął, żeby coś powąchać albo obsikać kępę trawy, musiał lecieć dalej na trzech łapkach, z czwartą bolącą w powietrzu, bo pan go wołał. Dobrze jeszcze, że był to mopsowaty kundelek, a nie chihuahua...

- Słowacy mają swój rodzimy, zdrowszy odpowiednik coca-coli o nazwie kofola. Występuje toto w kilku smakach, jest gazowane, mniej słodkie od coli, ma więcej kofeiny, zamiast kwasu fosforowego zawiera sok cytrynowy i podobno (zdaniem Jerzego) jest smaczne, ja nie próbowałam;

- zasypka Alantan skutecznie zapobiega śmierdzącemu przepoceniu butów. Mam kilkuletnie buty wycieczkowe, w których mogę łazić w upale przez cały dzień nie wywołując katastrofy smrodowej po ich zdjęciu, tylko skarpety są później zacementowane talkiem na biało i trzeba je przed praniem odpłukać w kilku wodach. (Testowane wyłącznie na wyjazdach, gdzie nocuje się pod dachem i ma się dostęp do łazienki.)

Mimo skwaru chodziliśmy w góry niestrudzenie dzień po dniu - osiem dni, osiem wycieczek. Plan wypełniony w 100%. Z trudniejszych tras zaliczyliśmy Sławkowski Szczyt, Rohatkę (wejście i zejście od tej łatwiejszej strony bez łańcuchów), Lodową Przełęcz oraz Polski Grzebień i Małą Wysoką. Moje kontuzjowane ścięgno w kolanie (zastarzałe tzw. "kolano skoczka" ze zwapnieniami), rehabilitowane na początku tego roku, jakoś wytrzymało bez strajków, więc jestem wdzięczna ortopedzie, który mnie wysłał na zabiegi rehabilitacyjne.

Tak jak w zeszłym roku, spróbuję opisać wszystkie kolejne wycieczki. Tymczasem oto dwa zdjęcia szczęśliwych kapeluszowców w Tatrach prawie-hawajskich:


Ignit na magistrali tatrzańskiej, kawałek poniżej Łomnickiego Stawu.


Jerzy w Dolinie Małej Zimnej Wody, przed schroniskiem Teryego. (Taki obłędny błękit bezchmurnego nieba towarzyszył nam na co najmniej dwóch wycieczkach przez cały dzień.)


I jeszcze Rysy widziane z Polskiego Grzebienia:



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz