Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje. Pokaż wszystkie posty

2022-12-22

Chwila refleksji... i prośba





Mariupol - duże portowe miasto nad Morzem Azowskim, nieco większe od mojego rodzinnego Lublina, niegdyś słynące z pięknej zabudowy i atrakcji turystycznych. Pewnie już widzieliście krążącą po internetach fotografię przedstawiającą jego centrum na początku stycznia 2022. Dekoracje bożonarodzeniowe, feeria świateł, obwieszona lampkami choinka na placu przed teatrem... Dwa miesiące później miasto znalazło się w oblężeniu, pod ostrzałem, i dziś jest morzem ruin pod rosyjską okupacją. Teatr zniszczyła w połowie marca raszystowska bomba lotnicza, pod gruzami zginęły setki osób.

Patrząc na to zdjęcie oświetlonego, świętującego miasta w przededniu zagłady, przypominam sobie cytat z opowiadania Wołodymyra Arieniewa "Tam, gdzie będzie ogród" ("NF 12/22):

"Ale orkowie, odzywał się Elrond, mają pamiętać. I bać się do usrania. Żeby od razu się obsrywali, jak tylko pomyślą o napaści. A tu – podnosząc głos, żeby przekrzyczeć śmiech i pochwały – a tu, wybaczcie, chłopcy, ma nie być miasta. Ma być ogród pamięci. I żeby przewodnicy chodzili i opowiadali, co tu kiedyś było: fontanny, promenada, teatr…

Elrond milkł na chwilę, i wszyscy czekali, aż w końcu mówił dalej: przewodnicy mają chodzić i opowiadać tak, żeby to wszystko pojawiało się w wyobraźni. Żeby tak właśnie miasto żyło – w pamięci. Żeby żadne ruiny, żadne krzyże na podwórkach nie przekreśliły nam naszego miasta, bo inaczej orkowie zwyciężą, a orkowie w żadnym wypadku nie powinni zwyciężyć. "


***

Jest druga połowa grudnia 2022, minęło 300 dni od początku rosyjskiej inwazji. Wojna trwa, Ukraina walczy. To będzie dla naszej części Europy najbardziej przejmujący i naznaczony niepewnością przełom roku od czasu II WŚ. Boże Narodzenie to czas głęboko symboliczny, święto, kiedy dzień zwycięża nad nocą, a światło nad ciemnością. W tym roku, patrząc na udekorowane witryny sklepowe, ubierając choinkę, siadając w Wigilię do zastawionego stołu - tu u nas, gdzie w domach jest jasno i bezpiecznie - będziemy mieć w pamięci pozbawione prądu i wody ukraińskie osiedla, ataki rakietowe na cywilną zabudowę, mróz w okopach, krwawe walki pod Bachmutem. I zadawać sobie pytanie, co przyniesie rok 2023.

Święta to czas, kiedy mamy odruch dzielenia się z potrzebującymi, a w tym roku - w obliczu inflacji, wysokich cen żywności, prądu i opału - wszystkie organizacje charytatywne stoją w obliczu dużego wyzwania, na naszym rodzimym gruncie też. Ale jeśli kupiliście już wszystkie prezenty i macie trochę wolnych środków... Stowarzyszenie "Pogoń Ruska" prawie od początku wojny robi wspaniałą robotę, wysyłając na Ukrainę takie rzeczy jak leki, materiały opatrunkowe, stazy dla żołnierzy, ciepłą odzież, generatory i tak dalej. Możecie wesprzeć (kolejną już) zbiórkę na leki dla ukraińskich szpitali:

https://zrzutka.pl/n6ukvf

Lub tu:
Stowarzyszenie "Pogoń Ruska"
Numer konta:
Santander Bank Polska SA
69 1090 0088 0000 0001 5110 1981

Lub tu:
https://www.paypal.com/paypalme/pogonruska

A jeżeli chcecie wesprzeć zakup wyposażenia dla ukraińskiego wojska, to możecie wpłacać tu:
Fundacja AIDUA
BNP Paribas Bank Polska SA
Numer konta:
71 1600 1462 1747 3779 1000 0001




2021-05-06

Internauci, szpak (ale nie Marceli) i więcej tulipanów


Od powrotu z emigracji spędzam w necie mnóstwo czasu – stanowczo za dużo – i co rusz mam ochotę zadać retoryczne pytanie „kto tych ludzi wpuszcza do sieci”, względnie zacytować mem „Halo, policja, proszę przyjechać na Facebooka”… Staram się nie tracić energii na dyskutowanie z inteligentnymi inaczej, ale czasem tracę cierpliwość i mi się ulewa.

Nie ulało mi się ostatnio, choć może powinno, na widok komentarzy pod kolejnym reportażem o depresji, który jak zwykle przywabił chmarę Wzgardliwych Paszczaków powtarzających „jęczenie, kiedyś tego nie było, młode pokolenie jest słabe i rozpieszczone, niech zacisną zęby i idą do pracy”. Pomijając niski poziom wiedzy w kwestii tego, czym jest depresja, jak się objawia i jakie ma konsekwencje, tak się zastanawiam – czy deficyt empatii w naszym społeczeństwie wynika z tego, że w większości mamy chłopskie lub robotnicze korzenie, a kiedy nasi przodkowie egzystowali w fatalnych warunkach, w biedzie, ciasnocie i o głodzie, nie stać ich było na pochylanie się ze zrozumieniem nad słabością bliźniego? I ta obojętność przechodzi z pokolenia na pokolenie? Zdaje się, że ludzie chronicznie nieszczęśliwi, którzy musieli sobie radzić bez żadnej pomocy – bo wstydzili się jej poszukać bądź zwyczajnie nie było takiej możliwości – mają potrzebę fundowania innym swoistej „fali”. „Skoro ja miałem źle, to niech inni też mają”. Widać to jak cholera w dyskusjach o depresji i innych zaburzeniach psychicznych, ale też wtedy, kiedy wypływa temat kar cielesnych wobec dzieci.

Z empatią wobec zwierząt i świadomością ekologiczną też jest słabo. Znajoma opisała niedawno na FB, jak z ojcem uratowali na działce szpaka zaplątanego w wyrzucone przez kogoś nylonowe sznurki:

„Spędziłam bardzo nerwowy kwadrans na ich ostrożnym rozcinaniu i odplątywaniu trzymanego przez tatę awanturującego się szpaka. Historia ma szczęśliwy finał, bo wszystkie sznurki udało się usunąć, łapka okazała się nieuszkodzona, a wyniesiony na taras szpaczek wystartował z prędkością rakiety.”

W komentarzach objawił się uroczy pan, który skrytykował ratowanie szpaka, BO TO SZKODNIKI i zjadają mu czereśnie. (Didaskalia: szpaki są w Polsce objęte ścisłą ochroną gatunkową, nie wolno ich płoszyć ani zabijać, a sadownikom zaleca się osłanianie sadów siatkami...)

Z zupełnie innej beczki, bo literackiej - przed momentem przeczytałam na fanpejdżu pewnego wydawnictwa wielce odkrywczą wypowiedź czytelniczki, która podniosła mi ciśnienie:

"Gdyby podstawą beletrystyki miał być research, większość utworów zwyczajnie nie mogłaby powstać. Beletrystyka to wyobraźnia. Żywa wyobraźnia. Nawet lub może (?) zwłaszcza gdy nie pokrywa się z wyobrażeniami odbiorcy."

Tfu, do stu zgniłych wielorybów! Wiecie co, tłumaczyłam taki jeden bestsellerowy cykl, gdzie autor nie skalał się researchem, stawiając jeno na żywą wyobraźnię. Czego tam nie było? Bohaterowie biegający w lekkich butach sportowych po rozpalonej słońcem pustyni i ani jednego pęcherza na nodze; zapas wody na kilka dni na rzeczonej pustyni noszony w plastikowych workach, w których bohaterom wcześniej dostarczono prowiant (domyślam się, że były to worki typu ziplock, ale dajcie spokój...); bohater trafiony piorunem, na którym ubranie staje w ogniu, koledzy gaszą go piaskiem, po czym poparzony delikwent biega jeszcze przez kilkanaście dni po pustyni w tym samym ubraniu, bez mycia, bez opatrzenia ran, i wszystko goi się na nim jak na psie... Za to ciężka infekcja w ranie postrzałowej (po postrzeleniu "zardzewiałą kulą", cokolwiek miałoby to zdaniem autora oznaczać) rozwinęła się w ciągu kilkunastu godzin. A w zaśnieżonym zimowym lesie latały bzyczące owady. Żałuję, że nie mogłam się ubiegać u wydawcy o rekompensatę za przekładanie treści szkodliwych dla mózgu. Dlatego ilekroć widzę, że ktoś głosi mądrości z gatunku "po co w literaturze research, liczy się ŻYWA WYOBRAŹNIA", mam ochotę miotnąć w taką osobę piorunem i pogonić ją na rozpaloną pustynię w adidasach…

(Słuchajcie, piszę fantasy, niby wysysane w całości z poplamionego atramentem palca, ale nawet w fantasy świat przedstawiony musi, kurka wodna, wyglądać spójnie i sensownie. Może magia nie rządzi się prawami fizyki, ale realia niemagiczne muszą być podbudowane wiedzą i logiką, inaczej tekst skręca w jakąś odjechaną groteskę. Jak to ujęła znajoma osoba pisząca: „Trzeba […] rozróżniać to, co całkowicie zależy od mojej fantazji pisarskiej i może sobie być, jakie ja chcę, a to, czego się nie przeskoczy - np. że człowiek do przeżycia na pustyni potrzebuje x litrów wody dziennie.” W biednej wiejskiej karczmie bohaterowie nie napiją się kakao, a jeśli upolują dzika, to nie będą mogli transportować surowego mięsa przez trzy dni w czasie gorącego lata. Żeby opisać, jak w „Dwóch kartach” Krzyczący leczy dziewczynę chorą na ospę, czytałam artykuły z czasopism medycznych i po 12 latach nadal pamiętam, jaki jest przebieg kliniczny niepowikłanej ospy prawdziwej… Feliks Kres słusznie radził też w Kąciku Złamanych Piór: jeśli zamierzasz pisać o współczesnych realiach, które można zweryfikować – na przykład opisać interwencję pogotowia ratunkowego – to albo dopadnij i wypytaj fachowca, w tym przypadku lekarza z karetki lub ratownika medycznego, albo sobie DARUJ i oszczędź wstydu.*)

Okay. Pomarudziłam, upuściłam trochę pary, już mi lepiej. Żeby zakończyć czymś optymistycznym, oto kolejna porcja tulipanów sfotografowanych podczas spaceru. Nie wiem, czyje są, ale w promieniu kilku ulic nikt nie ma przed domem równie pięknych:




*) Chyba że jesteś pewną autorką o inicjałach K.M., której książki sprzedają się jak ciepłe bułeczki bez względu na to, ile bzdur tam upchnie...



2021-02-20

Żony ze Stepford pół wieku później





Oburzenie internautów wymierzone w zwiastun nowego kanału "TVP Kobieta" (melodyjka z "Pretty Woman", różowe meble kuchenne i uśmiechnięta pani wyjmująca z piekarnika naczynie żaroodporne pełne brokułów) zmotywowało mnie, żeby w końcu przeczytać sławetne "Żony ze Stepford" Iry Levina (nie oglądałam żadnej z ekranizacji), tak często przywoływane w dyskusjach, że hasło "żona ze Stepford" funkcjonuje już praktycznie jako związek frazeologiczny oznaczający ucieleśnienie pewnego typu męskich fantazji: skrzyżowanie turbokury domowej z boginią seksu.

Przeczytałam. I mam Refleksje.

Powieść Levina jest krótka, pisana lekkim piórem, czyta się szybciutko. Internety określają ją mianem "satyrycznej", ale blisko pół wieku po tym, jak ukazała się drukiem po raz pierwszy, pod pewnymi względami pozostaje tak niepokojąco aktualna, że brr (u nas w Polszy należałoby jeszcze dodać warstewkę kontekstu ideologiczno-religijnego).

O czym jest ta książka? Joanna Eberhart i jej mąż Walter, zwolennik równouprawnienia kobiet, przeprowadzają się do Stepford, małego miasteczka w stanie Connecticut zamieszkanego głównie przez przedstawicieli białej klasy średniej. Odkrywają, że na miejscu działa stowarzyszenie mężczyzn - Men's Association - którzy spotykają się codziennie, a kobiety nie mają wstępu na te spotkania. Walter zapisuje się do stowarzyszenia, początkowo w nadziei zawalczenia z konserwatyzmem miejscowych. Joanna, która aktualnie nie pracuje na etacie, tylko zajmuje się dziećmi, ale w wolnych chwilach fotografuje i ma ambicje zostać zawodową fotografką, stara się zapoznać z sąsiadkami. Uderza ją, że kobiety mieszkające od dłuższego czasu w Stepford są inne niż kobiety spoza miejscowości - niezwykle atrakcyjne wizualnie (zawsze nienaganny makijaż i fryzura), skrajnie skupione na obowiązkach domowych i dbaniu o rodzinę: domy wysprzątane na błysk, pastowanie podłóg po nocach, te sprawy. Jedyne wyjątki to usportowiona, grająca w tenisa Charmaine oraz feministycznie nastawiona Bobbie, które przeprowadziły się do Stepford trochę wcześniej niż Joanna. Po pewnym czasie Charmaine z dnia na dzień ulega przemianie - porzuca tenis, zwalnia pomoc domową i stwierdza, że do tej pory była niedobrą żoną, ale przejrzała na oczy i odtąd zamierza się poświęcić wyłącznie dbaniu o rodzinę. Przestraszona Bobbie wysuwa hipotezę, że może teren miasteczka jest skażony jakimiś chemikaliami czy hormonami, które wpływają na zachowanie mieszkanek (w pobliżu mieszczą się zakłady chemiczne). Joanna początkowo uważa, że Bobbie popada w paranoję, ale stopniowo sama nabiera podejrzeń, zwłaszcza po odkryciu, że znane jej żony ze Stepford były wcześniej aktywne społecznie i politycznie. Potem również Bobbie, która dążyła do wyprowadzki z miasteczka, z dnia na dzień zamienia się w wymakijażowaną, uśmiechniętą i potulną kurę domową. Przerażona Joanna dzięki archiwom biblioteki miejskiej wpada na trop prawdy: otóż niektórzy mężczyźni z Men's Association to naukowcy i konstruktorzy, którzy wynaleźli sposób, aby niedoskonałe i niepokorne żony zastąpić pięknymi androidami. Androidy, jak wiadomo, nigdy się nie męczą, nie narzekają i można je tak zaprogramować, żeby spełniały każdą zachciankę. (Nie wiadomo, co panowie uczynili z pierwowzorami, ale atmosfera ostatnich rozdziałów każe przypuszczać, że kulka w łeb i zakopali w lesie...).

Powiem wam, że nie spodziewałam się ani tak dobrej lektury (dialogi w tej książce to mistrzostwo, gdy chodzi o operowanie subtelnymi środkami wyrazu: androidy imitujące żony wypowiadają się zawsze z nienaganną uprzejmością, a równocześnie można poznać, że są to wypowiedzi bota), ani tego, że powieść napisana pół stulecia temu wcale się nie zestarzała. Wizja złowrogiej grupy mężczyzn, którzy zastąpili swoje żony robotami ucieleśniającymi w ich pojęciu "kobietę idealną" (jest piękna, ma zawsze nienaganny makijaż, wielki biust, wąziutką talię i od rana do nocy zasuwa w domu na szmacie) na jakimś poziomie nadal nie jest nieadekwatnie przerysowaną satyrą, nawet jeśli 99% panów czytających niniejszy wpis zapewne postuka się w głowę, że hej, to nie o nich...

Po chwili zastanowienia udało mi się ująć w słowa, co sprawia, że "Żony ze Stepford" nadal, jak to mówię, rezonują z rzeczywistością po blisko 50 latach od napisania. Pewien odsetek ludzi - obawiam się, że niemały - nie szuka w małżeństwie więzi z żywym partnerem, tym jednym, konkretnym, unikatowym człowiekiem z jego niedoskonałościami, tylko realizacji zestawu oczekiwań wdrukowanych w procesie socjalizacji. Jest to paskudna prawda, którą Levin bardzo celnie uchwycił.

Potem naszły mnie jeszcze trzy luźne refleksje:

1) Jak się głębiej zastanowić, to wizja, żeby zamienić żywego partnera ze wszystkimi indywidualnymi cechami i idiosynkrazjami w "idealnego" robota jest jeszcze bardziej upiorna niż się wydaje w pierwszej chwili. Polecam ten eksperyment myślowy w obie strony.

2) Taak, socjalizacja nakłada na kobiety presję, żeby równać do poziomu idealnego, wymakijażowanego fembota istniejącego po to, żeby spełniać potrzeby innych. Zmieniają się niuanse przekazu (współczesna kobieta z klasy średniej odczuwa presję, żeby realizować się zawodowo, zarabiać ORAZ być idealną matką i żoną), ale nie jego sedno. Ira Levin uchwycił to tak dobrze, że gdybym nie znała płci autora powieści, obstawiałabym, że napisała ją kobieta.

3) Jestem bardzo ciekawa, jak Levin odniósłby się literacko do fenomenu inceli, bo efekt mógłby być naprawdę mroczny, jak i samo zjawisko...

A teraz wracam do czytania "Pustego nieba" Radka Raka.





2020-12-30

Boże Narodzenie w czasach zarazy

 

Od kilku lat jakoś tak wychodzi, że w dniach 20-24 grudnia w lekkim amoku odhaczam kolejne pozycje z przedświątecznej listy spraw do załatwienia (w tym roku na szczęście nie było kupowania prezentów na ostatnią chwilę - zmądrzałam i wszystko zamówiłam wysyłkowo ze sporym wyprzedzeniem, polecam ten patent). Ganianka przekłada się na lekki obłęd w oczach i stan napięcia nieproporcjonalny do wagi problemu - nawet ja wiem, że Wszechświatowi nie zrobi żadnej różnicy, czy zdążę pomyć w mieszkaniu wszystkie podłogi i drzwi... 

Spisując listę sprawunków do załatwienia w trzech sklepach - głównie produkty spożywcze - złapałam się na melancholijnej refleksji. Święta podczas wojny były naznaczone traumą, strachem, niedostatkiem; ludzie obawiali się o życie bliskich i opłakiwali tych, którzy zginęli. Nam rok 2020 zafundował taki dziwny układ, że z jednej strony pozornie nie dzieje się nic strasznego - kraj funkcjonuje, jest ciepła woda w kranach, półki w sklepach są pełne - a z drugiej strony wiemy (no dobra, niektórzy wypierają tę świadomość), że koronawirus nabruździł na prawie wszystkich polach i tak zwana nowa normalność ssie. Nauka w szkołach i na uczelniach toczy się zdalnie; życie społeczne od końca września przeniosło się w dużym stopniu do sieci. W szpitalach nadal grasuje pandemiczna groza, a gdzieś poza światłem reflektorów trwa cichy dramat czy też powolne konanie firm z branży turystycznej, eventowej, gastronomicznej, transportowej i paru innych. Ale przede wszystkim rozsądni ludzie zrezygnowali w te Święta z intensyfikowania swojej aktywności rodzinno-towarzyskiej poza kręgiem najbliższej rodziny (precyzując: nie mam na myśli odwiedzin u koleżanki, tylko przyjęcia w większym gronie albo kilka małych spotkań, ale w różnym składzie, na przestrzeni okresu świątecznego) i nawet taki mizantrop jak ja widzi, jak mocno taki stan rzeczy odbiega od normy. 

Nie przepadam za rytualnym wspólnym zasiadaniem przy stole po uprzednim obowiązkowym pucowaniem domu do połysku, a mimo to nawet ja rozumiem, jak smutne było dla wielu rodzin Boże Narodzenie 2020. U nas Wigilia przebiegła prawie tak jak zawsze, tylko bez obecności seniorki rodu, której telefonicznie złożyliśmy życzenia. Ale w niejednym domu na ten wigilijny stół rzucały cień świeża żałoba czy strach o bliskich leżących w szpitalu (mamę mojej znajomej wypisano do domu 23 grudnia ku wielkiej radości rodziny). Wiele osób świętowało w kwarantannie lub samotnie na stancji, żeby nie złapać paskudztwa, podróżując do rodzinnego domu przez pół Polski. Zarazem - bo wciąż myślę o czasach wojny, żeby zachować właściwą perspektywę - były to Święta bezpieczne w sensie braku innych niż wirus zagrożeń; były dostatnie dla tych, którzy nie zderzyli się jeszcze ze ścianą bezrobocia czy innych problemów finansowych. Zresztą - co tu mówić o wojnie! Możecie się ze mnie śmiać, ale piekąc świąteczny piernik mam w pamięci, dla ilu osób w przedwojennej Polsce takie ciasto na mleku, maśle i miodzie z bakaliami i przyprawami stanowiłoby nieosiągalny luksus, a i w stanie wojennym niecałe 40 lat temu ciężko było zdobyć składniki tego przysmaku. Czy ta świadomość zmienia perspektywę i każe widzieć pandemię oraz wynikłe z niej problemy w trochę innym świetle? Poniekąd tak (choć oczywiście niektórzy straszą, że prawdziwy kryzys gospodarczy dopiero przed nami).

Ponieważ narodowy program szczepień już ruszył, nawet nie wiecie, jak mocno trzymam kciuki, żeby 2021 przyniósł nam ogólnodostępne szczepienia na covid, duży spadek zachorowań i zdejmowanie obostrzeń. Nie mam obaw związanych z bezpieczeństwem samej szczepionki, zaszczepię się w pierwszym możliwym terminie. Jedyne, co mnie martwi, to że może się okazać mniej skuteczna niż wskazują badania kliniczne, bo przecież już wiemy, że nawet przechorowanie covidu nie daje trwałej odporności na zachorowanie, a wirus mutuje (jeśli się nie mylę, wstępnie mówi się o konieczności doszczepiania co roku, tak jak w przypadku szczepień na grypę). Tak czy inaczej im większy odsetek populacji się zaszczepi i będzie mieć odporność, choćby tylko przez kilka miesięcy, tym bardziej spadnie liczba zachorowań, będzie można zluzować obostrzenia i odmrozić gospodarkę - co poddaję pod rozwagę. I tego, moi drodzy, życzę nam wszystkim w Nowym Roku: żeby szczepionki działały przynajmniej na krótką metę, antyszczepionkowcy zamilkli, a SARS-Co-V2 skończył tak, jak świńska grypa A/H1N1, która nadal gdzieś tam sobie krąży w populacji, ale nikt z jej powodu nie zamyka szkół i knajp.

Jutro postaram się wrzucić jeszcze jakiś optymistyczniejszy wpis z okazji swoich urodzin.



2020-09-20

Wieści w połowie września


Dni coraz krótsze, wieczory coraz chłodniejsze – lato nieubłaganie przechodzi w jesień. Niestety należę do tych osób, których psychika gorzej funkcjonuje w zimniejszej i ciemniejszej połowie roku, acz patrząc na statystyki zachorowań na koronawirusa, w sezonie zimowym 2020/21 sezonowa obniżka nastroju raczej nie będzie moim głównym zmartwieniem… No, zobaczymy.

Gdyby nie przebrzydły wirus w koronie, szykowałabym się właśnie, żeby wracać do Lublina z Coperniconu (zawsze tym samym pociągiem w niedzielę o czternastej z minutami), a w perspektywie miałabym jeszcze Targi Książki w Krakowie i lubelski Falkon, ostatni duży zastrzyk energii i optymizmu każdej jesieni od dwudziestu lat. (Nie uczestniczyłam w Falkonach tylko w latach 2006, 2007 i 2008, kiedy przebywałam na emigracji w Heidelbergu - w listopadzie 2009 przyjechałam z Niemiec na dłuższy urlop i oczywiście Falkon znalazł się wtedy na liście obowiązkowych atrakcji.) W tym roku na otarcie łez został mi tylko CyberKapitularz oraz ogłoszenie werdyktu jury Nagrody im. Jerzego Żuławskiego zapowiedziane na drugą połowę października. Przewodniczący Komitetu Organizacyjnego Nagrody, Andrzej Zimniak, napisał w oficjalnym ogłoszeniu tak:

W tym roku głosowanie Jury odbyło się w okresie od 19 sierpnia do 2 września, a zatem znamy już laureatów. To znaczy znają ich organizatorzy, bo wyniki konkursu będą podane do publicznej wiadomości dopiero po połowie października 2020. Miały być uroczyście ogłoszone w trakcie Coperniconu 19 września, ale, jak wiadomo, w tym roku konwent się nie odbył. Regulaminowym ostatecznym terminem ogłoszenia wyników jest 30 września, ale on też wyjątkowo nie będzie dotrzymany, za co wszystkich zainteresowanych przepraszamy. Niestety, pandemia trochę pomieszała nam szyki. Również zapewne covidowi należy przypisać wycofanie się ministerstwa (MKiDN) z finansowania nagród pieniężnych dla laureatów, którzy w tym roku będą musieli obejść się samym splendorem. Chociaż...

Jak wspomniałem, planujemy ogłoszenie wyników po połowie października. Uroczystość zorganizuje w Toruniu dr hab. Maciej Wróblewski, Przewodniczący Jury. Ci laureaci, którzy zdecydują się na przyjazd i wzięcie udziału w spotkaniu i uroczystej kolacji, zostaną zaproszeni na spotkania autorskie, za które otrzymają honoraria. Natomiast jeśli autorzy nie przyjadą (co przy zagrożeniu epidemicznym będzie zrozumiałe), ograniczymy się do ogłoszenia wyników (i laudacji) na stronie Nagrody. Podkreślam, że to wszystko są plany, które jeszcze mogą ulec modyfikacji, o czym będziemy na bieżąco informowali.



Z innych wieści - Antologia Tarnowskie Góry Fantastycznie 2 od Wydawnictwa Almaz, którą już tu reklamowałam, miała oficjalną premierę 18 września. To niskonakładówka, wersję papierową można kupić wysyłkowo w sklepach eSeF.com.pl i madbooks.pl albo nabyć na miejscu w Tarnowskich Górach w jednej z tamtejszych księgarń (zdjęcia pochodzą z profilu księgarni Bookszpan Tarnowskie Góry). 





Na zachętę – fragmencik mojego opowiadania pt. „Artiwnotz” (kto już wie, skąd się wziął tytuł?).


Magdalena Kasperczyk, lat trzydzieści dziewięć, mieszka w Tarnowskich Górach. Jest lektorką niemieckiego w szkole językowej, singielką z powikłanym życiorysem. I marzy o tym, żeby pewnego dnia zobaczyć swoje nazwisko drukiem na okładce w księgarni.

Zapytana, po co pisze, odpowiedziałaby, że potrzebuje odskoczni od codzienności. Jest to złagodzona wersja prawdy – Magda od czterech lat łyka antydepresanty, które średnio pomagają, a pisanie pomaga jej jakoś utrzymać się w pionie. Z akcentem na „jakoś”.

Jak dotąd zdołała ukończyć jedną książkę – współczesną powieść grozy o nawiedzonym blokowisku w Katowicach. Niezbyt długą, ledwie dziesięć arkuszy. Zajęło jej to blisko rok wytrwałego stukania w klawiaturę, głównie w weekendy. Wysłała swoje dzieło do jedenastu wydawnictw – z dwóch dostała po kilku dniach grzeczne odpowiedzi odmowne, z pozostałych nie było żadnego odzewu.

Trzy lata temu uczestniczyła w warsztatach literackich na Śląskich Targach Książki. Usłyszała tam, że pisanie opowiadań to najlepsza szkoła tworzenia fabuł, więc zanim porwała się na powieść, stworzyła osiem krótszych tekstów. Jeden zdobył wyróżnienie w konkursie literackim, dwa ukazały się w internetowych zinach, jeden trafił do darmowej antologii e-bookowej. Pozostałe po licznych odpowiedziach odmownych zalegają w czeluściach dysku.

Pewnie dałaby już do tej pory za wygraną, gdyby nie konkurs – pierwszy i jak dotąd jedyny wyraźny sygnał, że jej twórczość do czegoś się nadaje. Przelotnie uskrzydlił Magdę do tego stopnia, że w przypływie szaleństwa zapisała się na sześciotygodniowy internetowy kurs kreatywnego pisania za prawie pięćset złotych. Wspomina to doświadczenie z mieszanymi uczuciami. Po raz pierwszy rozbierano tam napisane przez nią zdania na czynniki pierwsze, wskazywano słabe punkty i sugerowano, co mogłaby poprawić. Dowiedziała się, na czym polega różnica między pokazywaniem a opisywaniem, jak tworzyć interesujących bohaterów i że tekst powinien trzymać w napięciu, a umiejętne zbudowanie fabuły od pierwszego do ostatniego zdania przypomina taniec na linie. Ale po ukończeniu kursu wcale nie nabrała poczucia, że pisze lepiej albo że przybyło jej pewności siebie.

Prowadzący podkreślał, żeby ćwiczyć inspirowanie się własną codziennością, więc Magda ćwiczy. Wieczorami, kiedy już skończy poprawiać prace uczniów, zamiast oglądać seriale na Netfliksie odpala Worda. Jak dzisiaj.

W ulubionym kubku z kotami paruje zielona herbata z imbirem, palce stukają w klawiaturę.

Malwina Langer (ciekawsze imię niż Magda, ładniejsze nazwisko niż Kasperczyk) niedługo skończy czterdziestkę. Mieszka z rodzicami w Tarnowskich Górach przy ulicy Szafirowej, w domu jednorodzinnym, który nie jest szczególnie okazały ani piękny – choć zbudowano go w połowie lat dziewięćdziesiątych, prosta bryła niesie skojarzenia z PRL-em. Od frontu, za ogrodzeniem obłożonym szarą cegłą klinkierową rosną dwa świerki ozdobne i magnolia, która każdej wiosny rozkwita na biało.

Ojciec Malwiny dorobił się na handlu używanymi samochodami z Niemiec, ale po poważnym wylewie na początku nowego stulecia musiał przejść na rentę. Matka jest księgową, pracuje na pół etatu. Starszy brat studiował na politechnice w Gliwicach, dwa razy zmieniał kierunki i ostatecznie nie obronił magisterki. Został handlowcem, mieszka w Krakowie. Młodszy skończył informatykę na Uniwersytecie Śląskim i wyemigrował do Irlandii.

Z trójki rodzeństwa to Malwina była w dzieciństwie tą zdolną i dobrze zapowiadającą się, oczkiem w głowie rodziców. Od podstawówki zawsze świadectwa z czerwonym paskiem, nagrody w konkursach recytatorskich, w liceum szóste miejsce w olimpiadzie z niemieckiego na szczeblu ogólnokrajowym. Poszła na germanistykę, choć ojciec namawiał ją na prawo.


Magda przerywa stukanie w klawisze, wypija trochę gorącej herbaty. Po chwili beznadziejnej walki ze sobą wyciąga z szuflady biurka czekoladkę malaga, ostatnią, jaka ocalała z otwartego wczoraj opakowania. „Delikatne śmietankowe nadzienie pełne kawałków słodkich rodzynek, zatopione w doskonałej deserowej czekoladzie”. Doskonale wie, że powinna zlikwidować swój tajny szufladowy składzik pustych kalorii, ale uzależnienie od cukru jest silniejsze od zdrowego rozsądku.

Wypraktykowaną techniką delikatnie odgryza dno czekoladki i je zjada, potem wylizuje lepki krem z przyjemnie ostrą nutką alkoholu, wrzuca do ust resztę czekoladowej skorupki i pisze dalej.


* * *

Tymczasem u mnie w sumie po staremu. Odesłałam w połowie sierpnia zaleeegły przekład książki (yes!), potem w kilka dni ogarnęłam korektę autorską przekładu innej książki, przetłumaczyłam krótki artykuł naukowy, wygłosiłam prelkę na CyberKapitularzu, a w nagrodę za to wszystko (jak i za resztę deadline’ów odhaczanych z determinacją od początku tego roku) zafundowałam sobie – o luksusie! –TYGODNIOWY URLOP. Niewyjazdowy (z różnych względów nie udało nam się z Jerzym wyrwać w tym sezonie po raz drugi w góry, przekładamy to na przyszły rok) i w sumie niepełny (musiałam ogarnąć redakcję językową kilkunastu stron tekstu naukowego, które odrobinę zepsuł tłumacz), ale przez większość tego tygodnia miałam luz. Nadrabiałam czytanie książek, udzielałam się w internetach, chodziłam na spacery, na zabiegi przepisane przez ortopedę (nadgarstek i kolano, ale już jest lepiej) i smażyłam powidła z jabłek (covidła?). Teraz niestety muszę się już pomału ogarnąć i kończyć leniuchowanie. Założyłam się z miaużem, że do 24 września napiszę opowiadanie – na razie mam konspekt i krótki fragment, ciekawe, czy się uda…

Na zdjęciach – troszkę ciepła i optymizmu, czyli rozkoszna Ofelia wygrzewa się na podjeździe przed drzwiami od garażu. Rok temu sfotografowałam ją w tym samym miejscu w prawie identycznej pozie.



Ofelia grzeje brzuszek w sierpniu 2019.




Ofelia grzeje brzuszek we wrześniu 2020.




2020-08-13

Zmęczenie i wkurw


Planowałam dziś wpis na zupełnie inny temat, ale głośne ostatnio wydarzenia w Warszawie oraz oddźwięk, który wzbudziły w mediach społecznościowych tak mną trzepnęły, kolokwialnie mówiąc, że aż postanowiłam złamać swoją odwieczną zasadę niewypowiadania się publicznie na kontrowersyjne tematy. Dotąd nie uzewnętrzniałam się ze swoimi poglądami i nie wdawałam się w dyskusje na tematy polityczne, bo zajęcie to jawi mi się jako skrajnie frustrujące: ludzie generalnie podejmują te rozmowy przekonani o własnej racji, okopani na pozycjach i gotowi do ciskania granatami argumentów, a przy odrobinie pecha rozmowa szybko degeneruje w pyskówkę. Ale, jako się rzekło, już nawet ja nie zdzierżyłam.

Kiedy w ostatnich dniach czytałam wypowiedzi co bardziej prawicowo skrzywionych znajomych, poziom pogardy w połączeniu z beztroską akceptacją przemocy wgniótł mnie w grunt - a obracam się zdecydowanie w bańce ludzi kulturalnych, o raczej nieradykalnych poglądach. Moje smutne refleksje:

1). W obraz męskości, jaki hołubią niektórzy, wpisuje się bycie stroną czynną gwałtu hetero- lub homoseksualnego w ramach celebrowania swojej wyższości nad takimi podludźmi jak kobieta i gej - ale konsensualne relacje bazujące na miłości, szacunku i partnerstwie już nope. Panowie, co jest z wami nie tak?! (Okay, wiem, że ten obraz męskości wziął się z brutalnej kultury więziennej, ale czemu tak czule pielęgnują go intelektualiści? Im większe kompleksy, tym bardziej pozuje się na twardziela, hmm?)

2). W propagandzie głoszącej, że homoseksualiści deprawują i gwałcą dzieci, zabrakło informacji, że krwi noworodków używają do wypieku macy.

3). Ciekawi mnie, jakie poglądy polityczne ma wypuszczony niedawno z aresztu prawomocnie skazany za pedofilię ksiądz z Ruszowa i szajka pedofili z Podkarpacia. Orientacja wszystkich tych uroczych dżentelmenów, co warto podkreślać, nie jest bynajmniej homo - ofiarami w obu sprawach były niepełnosprawne dziewczynki. (Wieś demonstrująca solidarność z szajką pedofili, BTW, to wyższa kategoria horroru. Jakiś biblijny deszczyk ognia i siarki by się tu przydał.)

4). W pakiecie ideologicznym z sianiem nienawiści wobec osób LGBT+ idzie pobłażliwość względem molestowania seksualnego, gwałtów na kobietach i przemocy domowej. Tudzież mnóstwo prymitywnych obelg pod adresem "feministek" (ujmuję to słowo w cudzysłów, bo chochoł, który ci panowie - w 95% są to panowie - określają mianem feministki, nie zmienia się od jakichś 130 lat i przez cały czas pozostaje równie oderwany od rzeczywistości).

5) Drogi agresywny tradycjonalisto, droga agresywna tradycjonalistko, co robicie w Internecie? W czasach biblijnych nie było Internetu, jak i stu innych zdobyczy cywilizacji, z których codziennie korzystacie bez mrugnięcia okiem. Akceptujecie postęp technologii - akceptujcie też takie nowomodne fanaberie jak prawa człowieka. (Przyznaję, że argument o postępie technologicznym traci wagę, jeśli jesteście amiszami, ale w takim wypadku tym bardziej nie powinno was być w Internecie, amisze co do zasady nie zwykli też siać nienawiści.)

Zamiast podsumowania, na które trochę brakuje mi dzisiaj sił, tudzież na poprawę humoru linkuję uroczy wpis AszDziennika o smoku wawelskim. Bierzcie i rozpowszechniajcie dalej:

PILNE: Flaga jednak była we właściwym miejscu. Jest coming-out Smoka Wawelskiego.


Na zdjęciu - Marsz Równości w Lublinie 2019, na którym ochraniająca demonstrantów policja starła się z nielegalną kontrmanifestacją, a dwoje młodych radykałów z prawicowej strony barykady przyniosło na demonstrację ładunki wybuchowe.









2020-07-29

O zabijaniu bohaterów (ciut marudzenia)


Ponieważ piszę dark fantasy, a nie książeczki dla dzieci w wieku przedszkolnym, zdarza mi się zabijać bohaterów. Czynię to w sytuacjach fabularnie uzasadnionych i, niestety, bez specjalnego sentymentu: jak trzeba, to trzeba. Wiem, że zdarza mi się poprowadzić fabułę w taki sposób, że czytelnicy gniewają się później i wołają „ale jak to?”. Jedyne, co mogę powiedzieć na swoje usprawiedliwienie, to że opowieść ma swoje wymogi, a karta cudownego ocalenia rozegrana o jeden raz za dużo wkurza i psuje cały efekt. (Kto jeszcze oprócz mnie wściekł się za śmierć i zmartwychwstanie Harry’ego Pottera w siódmym tomie? OK, wiem, że Harry nie mógł zginąć w końcówce serii, bo to nie ta konwencja, ale…)

Tym niemniej – rozumiem czytelniczy żal i wkurw, kiedy fajna postać ginie, zwłaszcza jeśli ginie głupio i tragicznie. Jako czytelniczka, z racji obycia z „drugą stroną kamery”, jestem emocjonalnie dość zahartowana i skupiam się raczej na technicznych aspektach historii. Albo przyjmuję zamysł autorski bez kwestionowania (śmierć Freda w czasie bitwy o Hogwart), albo postrzegam śmierć bohatera jako źle rozegraną, wypadającą w nieodpowiednim momencie, nie w tym punkcie łuku fabularnego co trzeba, i wtedy się wściekam. Na myśl przychodzą mi śmierć Lupina i Tonks oraz śmierć Syriusza Blacka – w jednym i drugim przypadku mam żal do autorki nie o samo zabicie bohaterów, ale o niedostateczne wykorzystanie wcześniej w fabule tak barwnych i ważnych postaci drugoplanowych. Syriusz w dodatku ginie w niejasnych okolicznościach: wpada za zasłonę, nie widzimy ciała, aż do siódmego tomu miałam nadzieję, że ojciec chrzestny Harry’ego powróci z zaświatów niczym Gandalf.





Joanno, jak mogłaś?!


Tłumaczę teraz cykl fantasy Znanego Autora, męczę się nad drugim tomem. Jest to grube tomiszcze, bodaj trzydzieści jeden rozdziałów, ponad pięćset siedemdziesiąt stron wydruku. Ponieważ polubiłam bohaterów, z ciekawości przejrzałam już tom trzeci, no i w końcówce trzeciego tomu dzieją się rzeczy Złe. Autor robi dwóm postaciom paskudną rzecz, jedna z tych postaci przeżywa, druga nie. Ta, która traci życie, to być może najsympatyczniejsza postać w całym cyklu (a mówimy o przyjemnym przygodowym fantasy, gdzie bohaterowie pozytywni generalnie służą do tego, żeby ich lubić). No, nie ukrywam – jestem rozczarowana i zła, dalszy ciąg cyklu bez tej postaci to już nie będzie to samo. Niektórych bohaterów po prostu nie pisze się po to, żeby ich zabić! (Ja nigdy nie brałam pod uwagę opcji, żeby zabić Zazela!)

Temat, kiedy „można” zabić bohatera, kiedy „nie można”, kiedy czytelnicy przeżyją katharsis, a kiedy będą mieli ochotę obrzucić autora zgniłymi pomidorami (oby tylko pomidorami), jest skomplikowany. Sądzę, że sprawa mocno zależy od tego, w jakiej konwencji piszemy. O ile w przypadku horrorów czy jakiegoś ponurego grimdarku czytelnik wie, że do bohaterów nie ma co się przywiązywać, to w przypadku typowo przygodowej fantastyki już nie spodziewamy się wymordowania w finale dwóch trzecich składu.

Parę lat temu na Wrocławskich Dniach Fantastyki brałam udział w bardzo ciekawym panelu „How to kill the hero”, w którym uczestniczyli również Angus Watson, Brian McClellan i (fanfary) Graham Masterton. Nie pamiętam, do jakich dokładnie wniosków doszliśmy – Graham jako autor horrorów postulował, żeby nie mieć żadnych sentymentów i mordować wszystkich jak leci, ale nawet ja uważam, że w konwencjach innych niż horror takie podejście może mieć, ekhm, krótkie nogi. Zapamiętałam anegdotę, którą opowiedział Brian. Otóż miał w Trylogii Magów Prochowych jednego bohatera, którego typował do zabicia w losowym momencie sensacyjnej akcji, pechowym strzałem w głowę (chodziło o tego żołnierza, który nie sypia i ciągle pali papierosy, nie pamiętam imienia). Powstrzymał się jednakowoż, bo wiedział, że to bodaj najsympatyczniejsza postać drugoplanowa w książce i czytelnicy rozszarpaliby autora za tę śmierć. Rozsądna decyzja!

Nawiasem mówiąc – chyba udało mi się rozstrzygnąć kwestię przynależności gatunkowej Teatru węży. Otóż, po wczytaniu się w definicje, jak najbardziej JEST to dark fantasy (nie ma czarno-białego podziału na dobro i zło, nie ma żadnej frakcji jednoznacznie pozytywnej, bogowie odeszli ze świata, ludzkości zagrażają demony, a w dłuższej perspektywie świat raczej nie zmierza w dobrą stronę), natomiast NIE jest to grimdark, gdzie wszędzie tylko syf, kiła, mogiła i brudni przeklinający najemnicy, którzy palą wioski oraz mordują dzieci, żeby je upiec i zjeść.

Na koniec pochwalę się kolejną recenzją blogową piątego tomu Teatru:




2020-07-22

Kiedy z podjętych decyzji rodzą się kolejne rozterki


Parę miesięcy temu powzięłam solenne postanowienie, że przestanę zaniedbywać niniejszego bloga - choćbym była nie wiem jak zajęta, raz w tygodniu ma się pojawić nowy wpis. Oczywiście nie minęło wiele czasu, a dotrzymanie tego postanowienia już staje się trudne. Walczę teraz z tłumaczeniem grubej cegły (fantasy, drugi tom cyklu pewnego znanego autora; tom pierwszy powinien się ukazać w najbliższych miesiącach). Termin oddania przekładu (wstyd się przyznać, przekładany dwukrotnie, bo kończenie piątego tomu Teatru węży przeciągnęło się dłużej niż planowałam i rozbiło mi grafik) zbliża się nieubłaganie... Ale nie o tym chciałam dziś napisać.

Parę razy wspominałam tu na blogu, że mam problemy z podejmowaniem Ważnych Decyzji dotyczących Życia. Trochę mści się wpojone mi w dzieciństwie/młodości podejście "nie ma rzeczy niemożliwych, mierz jak najwyżej" - z natury jestem chyba dość zachowawcza i wolę bezpieczniejsze opcje. Bywa, że generuję ambitne plany, ale szybko dopada mnie rozterka "zaszaleć i zaryzykować, czy jednak nie". Mam też trudności z ustaleniem, na czym mi NAPRAWDĘ zależy i czego bym NAPRAWDĘ chciała, kiedy głos ambicji, głos rozsądku i głos "chcę robić to, co mnie interesuje" nie potrafią się dogadać.

Dwa lata temu znalazłam się na rozdrożu, gdy chodzi o pomysły i plany. Dokonałam wyboru, w efekcie którego Teatr węży ma teraz pięć tomów, a nie trzy, zaś moje CV wzbogaciło się o drugą nominację do Nagrody Żuławskiego. Wiosną 2020 podjęłam kolejną decyzję - taką z gatunku "raz się żyje" i "strach się przyznawać" - a teraz... cóż, oczywiście okazuje się, że (to truizm, wiem!) każda podjęta decyzja prędzej czy później doprowadza nas na kolejne rozdroże. Ujmując sprawę metaforycznie, dopiero co minęłam jedno rozgałęzienie szlaku ze strzałkami w różnych kierunkach, a już widzę przed sobą następne rozstaje z drogowskazem, do którego dotrę, kiedy wreszcie dokończę i oddam ten nieszczęsny przekład. Pięć strzałek. W różne strony. Nawet jeśli po głębszej refleksji piątą opcję chyba można skreślić, nadal pozostają cztery.

Jeszcze niedawno wydawało mi się, że strzałek na tym nowym drogowskazie jest mniej, a wybór jawił się jako oczywisty. Ale im dłużej o tym myślę, tym mocniej zaczynają mnie pociągać szalone opcje, które oznaczałyby zniknięcie na 3-4 lata z polskiego rynku książki (coś za coś) w pogoni za wariackim marzeniem, od kilku lat odkładanym "na kiedyś" - bez gwarancji, że udałoby się je zrealizować choćby w części. Poprzeczka bardzo wysoka, prawdopodobieństwo porażki ogromne, a kusi mnie dziko, żeby pobiec w tę stronę. Ale mam też przed sobą notatki do kryminału, który planowałam pisać w drugiej połowie roku, a prawo rynku mówi, że za jednym tytułem powinny pójść kolejne... Podtrzymuję także chęć powrotu do świata Zmroczy z samodzielnymi powieściami, ale nie mam pojęcia, w jakiej perspektywie czasowej. To trudne decyzje (byłyby na pewno prostsze, gdyby napisanie powieści zajmowało mi cztery miesiące, a nie dziewięć, ale cóż - jest jak jest).

Zawzięłam się ostatnio i zaczęłam znowu systematycznie wychodzić na nordic walking w nadziei, że zachowam kondycję złapaną po 10 dniach w Komańczy. To dość monotonne treningi, człowiek przez blisko godzinę zasuwa z kijkami jak automat, ręce bolą - ale podobno wysiłek fizyczny dobrze wpływa na pracę mózgu, więc może jakimś cudem doznam olśnienia i wybór, w którą stronę powędrować z rozstajnych dróg, nagle stanie się prosty. (Zazwyczaj snuję rozważania właśnie na spacerach, ale podczas szybkiego marszu z kijkami człowiek raczej się wycisza niż kmini nad Życiem.)




Na zdjęciu - drogowskaz w Tatrach Słowackich (Hrebienok, punkt wyjścia wielu fajnych szlaków prowadzących w wyższe rejony Tatr).

A z innej beczki - ku mojej radości, w sieci pojawiły się pierwsze recenzje blogowe piątego tomu Teatru węży (i są pozytywne):





Mogę też zdradzić, że - choć koronawirus mocno nabruździł - antologia Harde Baśnie figuruje w planie wydawniczym wydawnictwa SQN i na pewno wyjdzie drukiem! Insz Allah może przed końcem wakacji będziemy mogły powiedzieć coś więcej w tym temacie.




2020-07-03

Rozdroża i drogowskazy, czyli jak Ignit podjął decyzję (ale nadal się boi)


Jestem teraz na wyjeździe w Komańczy, z internetem tylko w telefonie, ale dzięki możliwości wcześniejszego ustawiania publikacji postów mogę Wam zdalnie pomachać łapką :) i podzielić się garstką zwierzeń snutych między miseczką świeżych truskawek a pakowaniem się na urlop.

Zabrzmi to jak tandetne pseudomądrości różnych "kołczów", ale kiedy wybory życiowe zmieniają naszą trajektorię, nigdy nie wiemy, dokąd ostatecznie dotrzemy i jakie będą tego implikacje. Zarazem - pomijając jakieś kompletnie nieprzewidziane sytuacje, od dziwnych psikusów losu po życiowe tragedie - mam wrażenie, że mimo wszelkich rozterek i zmian kursu w ostatecznym rozrachunku zawsze zmierzamy w stronę tego, na czym nam najbardziej zależało - tylko niekoniecznie nazywaliśmy ten cel po imieniu i mogliśmy nie zdawać sobie sprawy, że właśnie ta rzecz była naszym priorytetem (a jeśli priorytet nr 1 wyklucza realizację innych celów, na których też nam zależało/zależy, oj, wtedy robi się niewesoło). 

U mnie takim niezwerbalizowanym priorytetem bardzo długo było "chcę robić zawodowo coś, co sprawia mi przyjemność i w czym czuję się kompetentna". Brzmi to dobrze, ale doprowadziło do mnóstwa rozterek i zawodowych meandrów. Czułam się radykalnie niekompetentna jako młody pracownik naukowy i tylko ciut mniej niekompetentna jako autorka, a z domu wyniosłam przeświadczenie, że na sztuce się nie zarabia, sztuka powinna być pasją, a nie zawodem. Zerwałam z nauką, poszłam w tłumaczenia, po czym przez dziesięć lat płakałam, że łączenie ich z pisaniem to ekwilibrystyka i rozsądniej byłoby iść intensywnie w same tłumaczenia specjalistyczne, zbudować sobie bazę klientów, założyć firmę, zostać tłumaczem medycznym na pełny etat... tyle że bez pisania mam po 2-3 latach krach psychiczny jak w banku, ćwiczyłam to już.

Dwa lata temu po wielu burzach myślowych i trudnych rozkminach przewartościowałam swoje podejście (lepiej późno niż wcale, ha) i doszłam do postanowienia: odpuszczam zadanie "spróbuj wreszcie sensownie zaplanować swoje życie", będę realizować cele krótkoterminowe i zobaczymy, co z tego wyniknie. Najpierw takim celem było "chcę napisać czwarty tom Teatru węży". Potem "chcę napisać piąty tom Teatru węży, zamykając cykl". Na początku 2020 dojrzałam do tego, żeby kolejną poprzeczkę ustawić wyżej. Chcę do 2024 r. napisać jeszcze 5-6 książek, czyli zrealizować mniej więcej 25% tych pomysłów, które na przestrzeni ostatniego dziesięciolecia zgromadziły mi się na dysku w postaci luźnych konspektów i czekają na swoją chwilę. Dokąd mnie to zaprowadzi w sensie pozycji na rynku książki, nakładów, nominacji do nagród - nie wiadomo, to loteria. Koronawirus nabruździł, warunki są chwilowo kryzysowe, nie mam pewności, czy książka, którą teraz zaczynam pisać, wyjdzie drukiem w 2021 (będę o to zabiegać, rzecz jasna). Dofinansowywanie pisania zleceniami translatorskimi i związane z tym żonglowanie deadline'ami nieustająco przypomina bieg przez płotki, a o (nie)wysokości swoich zarobków nie będę nawet mówić. Ale jednak po długich rozkminach i rozważaniu różnych możliwości, w tym pijanych wolt zawodowych, finalnie wychodzi na to, że cholerne pisanie musi w końcu dostać priorytet. Mimo że w latach 1999-2018 miewało go tylko w krótkich oknach czasowych, kiedy chciałam dokończyć konkretny projekt.

Zastanawiam się teraz, ale już bez rozterek i dramy, które pomysły z długiej listy skierować do realizacji i w jakiej kolejności. (Muszę przede wszystkim dać radę je napisać, bo na przestrzeni lat miałam z dziesięć falstartów powieściowych: zaczynałam pisać, ale po kilkunastu czy kilkudziesięciu stronach orientowałam się, że nope, nie "czuję" tego tekstu, nic z niego nie będzie.)

Na zdjęciu - jakże adekwatnie - rozwidlenie szlaków na jednej z odludnych tras w okolicach Komańczy. Niedaleko drogowskazu znajduje się stalowa ambona myśliwska czy też miniplatforma widokowa. Byliśmy tam w 2016 r. i zamierzamy wybrać się ponownie.




2019-12-23

Wigilijnie


Nie wiadomo kiedy upłynął kolejny rok, i już za pasem kolejna Wigilia, kolejne Święta… Nasza choinka już ubrana, śledzie naszykowane (w tym roku zaeksperymentowałam i zrobiłam śledzie w zalewie musztardowo-korzennej z dużą ilością kardamonu, ciekawe, czy będą jadalne?), większość prezentów spakowana, dziś planuję gotować barszcz i kapustę z grochem, jutro kompot z namoczonego dziś suszu.


Boże Narodzenie to szczególny czas. Z jednej strony w symbolice chrześcijańskiej jest to święto radosne i pełne nadziei, celebrujące narodziny Zbawiciela (opowieść o Dzieciątku urodzonym w stajence, owiniętym w pieluszki i położonym w żłobie jest urocza i nieprzypadkowo od tylu wieków przewija się jako motyw w sztuce). Z drugiej strony – tradycja chrześcijańska wchłonęła i przetworzyła starsze obrzędy powiązane z zimowym przesileniem (zwycięstwo dnia nad nocą, światła nad ciemnością), a zimowe przesilenie było według wierzeń słowiańskich jedną z dat, kiedy na ziemię powracają dusze zmarłych, błąkają się o zmierzchu i przychodzą do domostw. To dla nieżyjących przodków pierwotnie stawiano na stole puste nakrycie i dla nich szykowano potrawy zawierające mak (roślina powiązana symbolicznie ze snem, śmiercią i życiem pozagrobowym).

Dziś, w epoce kapitalizmu, na Zachodzie Boże Narodzenie kojarzy się coraz bardziej z gigantyczną machiną handlowo-promocyjną (te wszystkie podświetlane dekoracje, choinki w witrynach sklepowych, Mikołaje i renifery oraz dzikie tłumy w centrach handlowych). Warstwa religijna – opłatki, kolędy, wyjście na pasterkę – w jednych domach jest ważniejsza, w innych mniej ważna. Ale tak naprawdę, jeśli zajrzeć pod powierzchnię, to cała warstwa świątecznych atrakcji - wigilijne pyszności, lampki i bombki na choince, prezenty zapakowane w kolorowy papier – nie maskuje faktu, że Wigilia pozostaje świętem duchów. Bo ludzie spotykają się co roku przy zastawionym stole i widzą, kogo zabrakło. Bo wspominamy wszystkie minione Gwiazdki, a wraz z nimi rzeczy, które pochłonął czas, i ludzi, których już z nami nie ma.

Wszystkim, którzy tu zaglądają, życzę spokojnych Świąt. Smacznych śledzi i karpi, jeśli lubicie. Odpoczynku, czasu z bliskimi i czasu dla siebie. I tego, co najważniejsze w symbolice Bożego Narodzenia: światełka wśród ciemnej, długiej, zimnej nocy.




2019-08-10

W pogoni za uciekającym czasem


W dzieciństwie strasznie się złościłam, ilekroć ktoś mówił o jakiejś sprawie "zrozumiesz, jak dorośniesz". Dopiero z wiekiem zaczyna do mnie docierać, do jakiego stopnia to jest prawda. To straszny truizm, ale faktycznie niektóre rzeczy człowiek zaczyna rozumieć dopiero wtedy, kiedy je sam zobaczy, poczuje, przeżyje.

Mam trzydzieści osiem lat. To ani mało, ani dużo, ale bardzo często myślę o tym, że czterdziestka coraz bliżej. Mam przy tym nieustające wrażenie, że ktoś w moim życiu wcisnął guzik szybkiego przewijania. Dni i tygodnie upływają jak błyskawica, nie wiadomo kiedy. Jeszcze wczoraj, zdawałoby się, był maj i wędrowaliśmy z mężem po szlakach wokół Piwnicznej; jeszcze wczoraj był czerwiec i jechałam na Warszawskie Targi Książki. Co mówię, jeszcze wczoraj był rok 2012 i zakładałam swojego pierwszego bloga, a przedwczoraj był luty roku 2010 i brałam ślub w zimowy, śnieżny dzień.

W przededniu czterdziestki coraz częściej dopadają mnie myśli podpadające pod mityczny "kryzys wieku średniego". Zaczyna do mnie docierać, że pewnie nie napiszę tych wszystkich książek i opowiadań, których konspekty mam na laptopie; że nie pojadę w wiele miejsc, które chciałabym odwiedzić, i nie zobaczę wielu widoków, które chciałabym zobaczyć. Że zasób czasu jest tak boleśnie ograniczony i trzeba wybierać, a niektóre rzeczy trzeba robić TERAZ, JUŻ, nie odkładać. Że życie trwa właśnie dzisiaj, właśnie tu, nie jutro, nie za miesiąc.

To są straszne truizmy, wiem. Ale kiedy byłam młoda, egzystowałam w bańce pozornej nieskończoności - wydawało mi się, że na wszystko kiedyś będzie czas. Zaczynam się budzić z tego snu i nagle widzę, że halo, niektórych rzeczy nie mogę odkładać na jutro (czy na święte nigdy). Między innymi dlatego piszę teraz twardo i systematycznie - po długich zmaganiach z wątpliwościami podjęłam pewne decyzje życiowe, trochę wbrew rozsądkowi, ale jest mi z nimi lepiej.

Ofelia, królewna o białych łapkach grzejąca brzuszek w słoneczku, też stanowczo daje światu do zrozumienia, że "carpe diem" jest słuszną strategią.




2019-03-08

Inne oblicza kobiecości





Dziś Dzień Kobiet ORAZ oficjalna premiera antologii „Harda Horda” (SQN już wysyła zamówione egzemplarze, do niektórych księgarń książka jeszcze nie dotarła, to zależy od konkretnego sklepu – w niektórych będzie dostępna od 13 marca). Ponieważ materiały reklamowe na temat naszego wspólnego dzieła zawierają zdania w rodzaju „Od kobiet dla kobiet. Ale nie tylko”, chcę się podzielić garścią refleksji na temat „zawartości cukru w cukrze” czyli tego, jak dalece ta antologia jest kobieca, czy w ogóle jest kobieca i co to właściwie znaczy.

Rynek książki jest podzielony na sektory, ze względów marketingowych wydawcy starają się każdą książkę przypisać do określonej kategorii. Utarło się, że pojęcie „literatura kobieca” odnosi się do literatury obyczajowej o kobietach, kierowanej do kobiet. Wśród krytyków toczą się boje o to, jak dokładnie zdefiniować ten termin, ale jeśli pójść drogą skojarzeń, 90% czytelników pewnie w pierwszej kolejności wymieni romanse (konwencja bardzo szeroka, od romansów historycznych o przystojnych Szkotach po fabuły dziejące się współcześnie) oraz „chick lit”, czyli historie o perypetiach rodzinnych i zawodowych głównej bohaterki, zwykle lekkie i optymistyczne, często z elementami satyry społecznej („Pamiętnik Bridget Jones”).

Jesteśmy z innej bajki. Z bardzo innej bajki. Cała dwunastka autorek Hardej Hordy wyrosła i ukształtowała się na gruncie fantastyki, nawet jeśli niektóre z nas czynią wypady w stronę innych konwencji, jak kryminał (Anna Kańtoch, Aneta Jadowska, Magdalena Kubasiewicz) czy literatura obyczajowa (Aleksandra Zielińska, Magdalena Kubasiewicz). Każda z nas, kiedy chce, potrafi pisać głosem neutralnym – w taki sposób, żeby po usunięciu nazwiska autorki ze strony tytułowej nie można było się domyślić, czy tekst wyszedł spod klawiatury mężczyzny, czy kobiety. Potrafimy, ale tym razem świadomie poszłyśmy w odwrotną stronę. Nasza antologia jest kobieca, nawet bardzo – tyle że w inny sposób, niż mogą podpowiadać pierwsze skojarzenia.

Sięgnęłyśmy po najróżniejsze sztafaże – fantasy, urban fantasy, XIX wiek, współczesna Polska, SF bliskiego i dalekiego zasięgu – osadzając w nich bohaterki w różnym wieku, o różnym statusie społecznym. Przemawiamy głosem staruszek, głosem matek, nastolatek i małych dziewczynek. Kobiecość, o której piszemy, to relacja siostry z bratem, córki z matką, babki z wnukiem (ha, jest nawet samotna właścicielka kota, która musi przetrwać w mieście opanowanym przez zombie); dramat matki ciężko chorego dziecka i matki, której dziecko nie żyje. Nihil novi sub sole, podążamy dobrze wydeptanymi śladami Ursuli Le Guin i Margaret Atwood, a mimo wszystko odnoszę wrażenie, że o tak pojmowanej kobiecości niewiele się mówi i rzadko dyskutuje. I owszem, nasz głos oraz sposób widzenia świata są odrobinę inne w porównaniu z tym, jak piszą nasi koledzy, bo nawet dysponując równouprawnieniem nadal żyjemy w minimalnie innym świecie, innej „niszy ekologicznej” niż otaczający nas mężczyźni (nie chcę tu wchodzić w dyskusję, czy decydujące są różnice biologiczne, czy jednak socjalizacja).


Chwalebnie pozostawiliśmy za sobą czasy, kiedy w fantastyce kobiety służyły głównie do tego, żeby nadać kierunek działaniom głównego bohatera (słynne ratowanie księżniczek z opresji). Dziś dla odmiany popkultura notorycznie wpycha bohaterki w schemat „ładna kobieta jest też silną, niezależną kobietą i efektownie walczy” (Lara Croft, Czarna Wdowa, Wonder Woman, Mystique, Rey – ogólnie super, ale każdy schemat powtórzony n razy zaczyna irytować). O tym, jak mainstream pojmuje termin „literatura kobieca”, pisałam już wyżej. My, Horda o dwunastu głowach, pokazujemy dwanaście wariantów czegoś zupełnie innego i może nawet uda nam się wylansować modę na nowy – czy też nienowy, ale dotąd niedefiniowany jako odrębny – trend literacki. (Wpisuje się w niego również wydana niedawno Fenixa, inicjatywa nie-Hordowa, aczkolwiek zrealizowana przy udziale trzech członkiń Hordy.)

Z wielką niecierpliwością czekam na recenzje naszego zbioru!

(Na zdjęciu: bohaterka filmu "Czarna Wdowa" grana przez Scarlett Johanson.)


2018-12-14

Dlaczego dziewczyny, dlaczego razem, dlaczego teraz - Fenixa i parę innych refleksji



Informacja o szykującej się w lutym 2019 premierze Fenixy, kobiecego numeru tematycznego pisma Fenix Antologia, wzbudziła w social mediach reakcje, które dały mi do myślenia. Padły głosy, że „hej, przecież to dzisiaj żadne odkrycie, że kobiety piszą fantastykę”, padły sugestie, że w samej koncepcji antologii kobiecej jest coś protekcjonalnego (?), podkreślającego inność...

Gwoli refleksji. Kochani, na mojej półce stoi świetna antologia „Co większe muchy” z roku 1992. Redaktor naczelny – Maciej Parowski. W spisie autorów – między innymi Marek Huberath, Andrzej Sapkowski, Marek Oramus, Tomek Kołodziejczak, Rafał Ziemkiewicz, Maciej Żerdziński, Jacek Inglot, z mniej znanych nazwisk Grzegorz Drukarczyk (kto pamięta jego debiutancką powieść „Zabijcie Odkupiciela”?) W spisie treści 24 męskie nazwiska i jedna kobieta. JEDNA. Emma Popik. 

1992. Ciut ponad ćwierć wieku temu (miałam wtedy 12 lat, z zapałem czytałam anglojęzyczną fantastykę dla młodzieży, o istnieniu takiego pisma jak Nowa Fantastyka dowiedziałam się dwa lata później).

W ciągu tych 26 lat oblicze polskiej fantastyki uległo radykalnej zmianie. Teraz mamy schyłek roku 2018 i na polskiej fantastycznej scenie literackiej działają dziesiątki kobiet. Piszemy na różne tematy, w różnych konwencjach. Publikujemy. A później, czytając recenzje i wypowiedzi czytelników, stykamy się ze stereotypami i dziwnymi przekonaniami - konia z rzędem autorce, która nigdy nie usłyszała, że pisze „niezwykle kobiecą prozę” albo nie zetknęła się z postawą „nie czytam fantastyki pisanej przez kobiety, bo jest nudna”. Przy czym określenie „kobieca proza” niestety nie jest równoznaczne z neutralnym stwierdzeniem „proza napisana przez kobietę”, tylko implikuje pewne cechy tejże prozy, nad którymi pewnie zaczniecie dyskutować w komentarzach, a ja będę się cieszyć, bo reakcje pod wpisami zawsze radują moje serce!

OCZYWIŚCIE, że dzisiaj dziewczyny piszące fantastykę to żadne odkrycie. Powiem więcej, kobiecy numer tematyczny pisma Fenix można byłoby bez problemu zmontować w roku 1999, kiedy przez Fenixowe łamy przewinęły się już m.in. Ewa Białołęcka, Anna Brzezińska, Maja Lidia Kossakowska, Antonina Liedtke, niżej podpisana, a także Katarzyna Rogińska, Iwona Michałowska, Małgorzata Michalska czy Agnieszka Szady. Jednak wtedy, kiedy kobiety dopiero zaczynały liczniej wkraczać na scenę polskiej fantastyki, nikt jakoś nie wpadł na taki pomysł. Może w tamtej atmosferze faktycznie byłoby to tworzenie sztucznego podziału, kryłaby się w tym jakaś protekcjonalność? Zwłaszcza w świetle wypowiedzi Macieja Parowskiego, który zawsze podkreślał, że jego zdaniem kobiety piszą inaczej i tworzona przez nie fantastyka jest w jakiś sposób „inna”?

Fenixa to zaledwie wycinek, skromna próbka zjawiska (ciekawostka - tylko w samej Esensji, tylko w roku 2017 na 17 opublikowanych opowiadań 12 (!) było autorstwa kobiet). Wynikła z chęci współtwórczyń, żeby:
- pokazać, jak zróżnicowane teksty piszemy (to z jednej strony truizm, a z drugiej – wcale nie taka oczywistość dla niektórych, zważywszy na uprzedzenia, o których mowa wyżej)
- przełamać opory tych, którzy mówią „nie czytam kobiecej fantastyki dla zasady”
- pochwalić się, że hej, jest nas mrowie na scenie literackiej, na której ledwie ćwierć wieku temu były trzy na krzyż kobiece nazwiska
- wzbudzać ferment i wywoływać dyskusje, bo dyskusja = reklama!

Przede wszystkim liczymy, że ten numer stanie się zachętą, żeby po raz kolejny podyskutować o fantastyce pisanej przez kobiety nie z perspektywy przekonań pt. „wszyscy wiemy, że...”, tylko konkretnych tekstów zebranych w jednym miejscu. Czy piszemy inaczej, czy może dokładnie tak samo, jak chłopcy? A jeśli inaczej, to czy można zdefiniować, na czym polegają różnice? Powiem tyle, że skojarzenia, które w większości z nas budzi hasło „kobieca proza”, prowadzą na manowce, w każdym razie w przypadku fantastyki.

Na koniec jeszcze dodam, że w moim osobistym odczuciu nie istnieje coś takiego, jak podział na fantastykę męską i kobiecą – istnieją książki napisane przez mężczyzn i książki napisane przez kobiety. Subtelna, ale ważna różnica, której rozważenie polecam.




2018-03-31

Przed Wielkanocą


Przed Wielkanocą, jak każe odwieczna tradycja, trzeba posprzątać - przynajmniej odrobinę, pobieżnie i z wierzchu. (Planowałam pomyć okna! Przysięgam! Ale pogoda bardzo stanowczo zakomunikowała, że w tym roku okna zostaną pomyte PO świętach.)

Niestety nie umiem podczas sprzątania wymyślać fabuł. Ani scen. Ani nawet pojedynczych zdań. Jeśli o czymś rozmyślam podczas machania ścierą, to o życiu.

Po długich przemyśleniach dochodzę do wniosków, które dla kogoś obserwującego mnie z boku pewnie byłyby oczywiste już kilka lat temu. Czasem po prostu gnębi nas coś na kształt psychicznej dalekowzroczności; sprawy i zagadnienia bliskie sercu widzimy niewyraźnie. Spędziłam przez ostatnie lata sporo czasu, robiąc rzeczy, które nie powinny w ogóle trafić na listę moich zajęć. W efekcie coraz bardziej gnębi mnie świadomość, że projekty, na których mi bardzo zależy, leżą odłogiem i nie mogą się doczekać realizacji.

Rok temu chciałam wprowadzić w swoim życiu trochę pozytywnych zmian, ale samozaparcia starczyło mi na niezbyt długo (powiedziałabym wręcz, że spektakularnie go zabrakło). Wyniosłam z tego tylko jedną naukę: wiem, co nie działa. Teraz pomalutku szykuję następną reformę, może nie przez duże R, bo małymi krokami. Z tego i owego będzie trzeba zrezygnować z żalem, inne sprawy przesunąć na sam szczyt listy priorytetów... Może się uda.

A tymczasem wszystkim zaglądającym tu życzę spokojnych, wesołych i przede wszystkim pozbawionych śniegu Świąt Wielkanocnych!





Obraz: Rafael Santi, "Zmartwychwstanie Chrystusa" (ca. 1500). Tempera na desce. Polecam uwadze dynamiczną kompozycję, żywe kolory, zwłaszcza cudny błękit nieba (ultramaryna, jeśli się nie mylę), zdobienia grobowca w kształcie smoczych (?) głów oraz węża w dolnym lewym rogu. (Biedny wąż, pewnie się zastanawia, czy lada moment nie zostanie rozdeptany przez któregoś z żołnierzy.)


2017-02-23

Kiedy dobre chęci to za mało


Od lat obserwuję interakcje w necie między sympatycznymi, niegłupimi ludźmi (szambo generowane na ogólnodostępnych forach czy portalach, gdzie nie ma moderacji, przez nudzące się robactwo o ujemnym ilorazie inteligencji, to zupełnie inna para kaloszy). Czytam dyskusje, których uczestników znam głównie z pisemnych wypowiedzi, bo na żywo widziałam ich dosłownie raz albo wcale. 

Śledząc te sieciowe wymiany zdań, komentarze, żarty, scysje oraz okazywanie zbiorowego empatycznego wsparcia, można dojść do różnych wniosków - niekoniecznie tak pesymistycznych, jak modne w niektórych kręgach mirmiłowanie, że Internet doprowadza do rozkładu więzi międzyludzkich. 

Chociaż internetowe znajomości zazwyczaj pasują jak ulał do socjologicznej definicji "słabych więzi", znani mi bywalcy netu w ramach tych relacji starają się, mówiąc najogólniej, być dla siebie mili. Przesyłają wirtualne głaski, kiedy ktoś choruje albo stracił ukochane zwierzątko (OK, możecie powiedzieć, że takie wirtualne wsparcie niewiele znaczy, ale staroświecki zwyczaj zamieszczania kondolencji w gazetach ma podobną funkcję - zdalne przekazanie komunikatu "współczujemy i myślimy o tobie"). Kultywują poczucie solidarności, śmiejąc się z tych samych absurdalnych sytuacji oraz wyrażając oburzenie, kiedy kogoś spotka krzywda. Wreszcie - zapytani o radę chętnie, wręcz skwapliwie podzielą się wiedzą i doświadczeniem. 

Jeśli nie umiesz podać kotu tabletki, naprawić odklejającej się podeszwy, wywabić plamy po kawie lub przetłumaczyć dziwacznej frazy, zbiorowa mądrość Facebooka pomoże. Wszystko jedno, jak płytka jest w gruncie rzeczy "kultura lajków"; mimo wszystko to miłe, że ludzie z ochotą poświęcą pięć minut, a nawet osiem, żeby powiedzieć bliźniemu dobre słowo albo mu ułatwić życie. (Piszę serio, bez ironii! Kiedy w grudniu 2016 nie dawaliśmy rady zakraplać Sammetowi oczu podczas zapalenia spojówek, bo kot trzymany w żelaznym uścisku nadal się miotał, pyrgał łebkiem, wtulał pyszczek w sweter osoby trzymającej, mrużył oczy i generalnie robił wszystko, żeby kropla nie trafiła do oka, dopiero znajoma z Fb poradziła, żeby drania trzymać za kark, wtedy będzie mniej szalał - i podziałało).

Służenie radą w drobnych sprawach to jedna strona medalu. Ale druga - to sytuacje i problemy zawikłane. Trudne. Nieoczywiste. Niekiedy takie, które były już konsultowane z fachowcem - albo kilkoma - i mimo wysiłków nadal pozostają nierozwiązane. One też wypływają w krótkich sieciowych interakcjach - czasem wręcz łatwiej, niż na żywo, bo na piśmie skrępowanie jest mniejsze, ekran komputera nie uaktywnia w nas tak silnych blokad jak rozmowa twarzą w twarz. Widziałam to już nieraz: ktoś pyta o radę znajomych w necie, bo ma nadzieję, że usłyszy coś nowego, innego niż do tej pory; że ktoś przypadkowy, nieuprzedzony do sprawy wypowie się sensownie właśnie dlatego, że nie zna wszystkich szczegółów, które potrafią zaciemnić obraz. 

Adresaci zazwyczaj reagują życzliwie i starają się wesprzeć zainteresowanego, podsuwając konstruktywne w ich pojęciu rozwiązania. Smutno robi się wtedy, kiedy nie rozumieją problemu i udzielają rad, które nie pomogą, generując u zainteresowanego tylko jeszcze większe poczucie frustracji, pustki i osamotnienia. To nie jest zarzut pod niczyim adresem, bo w końcu padła prośba o pomoc, a ci, którzy podsuwali sugestie, chcieli dobrze.

Natura ludzka każe "grzeszyć" dawaniem życzliwych rad również wtedy, kiedy tak naprawdę mało wiemy o sprawie. Działamy w dobrej wierze, chcemy pomóc tak, jak umiemy. W praktyce efekt bywa taki, jakby wyciągniętego z wody karpia litościwa dusza zawinęła w koc, bo przecież biedna rybka marznie na powietrzu.

Obawiam się, że nie mam w tej kwestii czystego sumienia i niejednego metaforycznego karpia w swoim życiu otuliłam w kocyki i sweterki. C'est la vie. Ostatnio to ja za sprawą życzliwych dusz - obcojęzycznych, żeby było śmieszniej - znalazłam się w odwrotnej roli (zasadniczo to nie mi doradzano, ale śledziłam dyskusje na temat znany mi z autopsji, a trudny) i no cóż, już wiem, co czuje karp.

Aha - problem karpia oczywiście dotyczy również rozmów z przyjaciółmi i znajomymi na żywo, tylko inaczej to wygląda, kiedy nietrafione są komentarze jednej życzliwej osoby, a inaczej, kiedy 20 życzliwych osób udziela dokładnie tej samej rady, a zainteresowany odbiera ją jako radę z gatunku "skoro mokniesz, spraw, żeby deszcz przestał padać".

Wbrew pozorom niniejszy wpis wcale nie jest apelem, żeby nie udzielać rad - raczej poddaję pod rozwagę, żeby z entuzjazmem nie podsuwać rozwiązania, które nam się jawi jako jedyne słuszne. Zupełnie inaczej też wygląda stwierdzenie "wiesz, nie wiem, czy ci to pomoże, ale kiedy ja miałem problem z XXX, to zacząłem robić YYY, a wtedy nastąpiło ZZZ" niż "Musisz zrobić YYY!"

A z weselszych (?) spraw - któryś z moich kotów uznał dzisiaj, że Tłusty Czwartek to idealny dzień na otwarcie sezonu łowieckiego; na podjeździe przed garażem domownicy znaleźli zagryzioną mysz. Nie wiemy, kto jest sprawcą morderstwa, ale na pewno zostało dokonane ze szczególnym okrucieństwem i nie stwierdza się okoliczności łagodzących, bo mysz nie została zabita w celu konsumpcji.


Image courtesy of David Castillo Dominici at FreeDigitalPhotos.net