2020-10-01

Coś tam powstaje pomalutku

 

Piszę opowiadanie. Najpierw planowałam je skończyć w ubiegły czwartek (ha, ha), potem dzisiaj... Aktualnie jest napisane mniej więcej w 50%. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że z trzydniową ćmiącą migreną ciężko się funkcjonuje, a co dopiero tworzy.

Poniżej swoim zwyczajem podrzucam fragmencik z warsztatu. (To zupełnie inny tekst niż ten o Marku i zaginionej Aldonie.)

A z innej beczki - tak się tylko pochwalę. (Zazel przylazł i zjadł przecinek w tytule wywiadu, ale co tam, liczy się fejm!)


* * *

Na klatce schodowej pachnie gulaszem. U sąsiadów piętro niżej jak zwykle ujada pies.

Ze starych białych drzwi obłazi farba. Ojciec otwiera po drugim dzwonku. Lekko chwieje się na nogach. Nadzieja oczywiście udaje, że tego nie widzi.

– Ja tylko na chwilę, zostawię zakupy – mówi tym tonem co zawsze. Nienaturalnie lekkim i raźnym, brakuje tylko promiennego uśmiechu jak z amerykańskiego talk show. – Amanda czeka w samochodzie.

Nie czekając na odpowiedź idzie do kuchni, nie zdejmując butów. Wypakowuje z siatki jogurty, pomidory, twaróg półtłusty Piątnica, ser topiony Hochland o smaku pieczarkowym, piętnaście deka polędwicy sopockiej. Układa wszystko w śmierdzącej lodówce. Miejsca jest pod dostatkiem – na jednej z nieczyszczonych od dawna półek stoi tylko samotna musztarda z epoki późnego neolitu, a w dolnej szufladzie chłodzi się piwo. Sześć butelek.

Na blacie obok lodówki leży niedojedzony kawałek czerstwej bułki.

– Przedstawiłabyś mi ją kiedyś – mamrocze ojciec, stając w progu kuchni. – Tę twoją Amandę.

– Tato, to moja przyjaciółka z dzieciństwa. Z sąsiedniego bloku. Ta z długimi włosami. Na pewno ją pamiętasz.

Oboje doskonale wiedzą, że nie ma możliwości, żeby pamiętał. Kiedy jeszcze mieszkali wszyscy troje razem na Narutowicza, Nadzieja nigdy nie przyprowadzała koleżanek do domu. Wstydziła się bałaganu i tego, że mogłyby wyczuć przetrawiony alkohol. Choć oczywiście nigdy nie śmierdziało tam tak, jak tutaj, w M-3, które Paweł Ficer odziedziczył po matce. Sto metrów kwadratowych w niezłej lokalizacji – gratka dla inwestora, wystarczyłoby zrobić remont. A teraz, cóż. Ściany zakopcone od fajek, plamy na starych meblach i jeszcze starszej wykładzinie, wszędzie puste butelki po piwie. I karaluchy.

 – Zrobił melinę z takiego porządnego mieszkania! – krzyknęła kiedyś Ilona, jakby dopisywała kolejny punkt do długiej listy niewybaczalnych małżeńskich przewinień Ficera, choć małżeństwem od dawna już wtedy nie byli, przynajmniej w świetle kodeksu cywilnego. Wiadomo, że ślub kościelny to oddzielna bajka, ale ani Pawłowi, ani Ilonie nie zależało na tym, żeby móc przystępować do komunii i zawrzeć kolejny związek po bożemu.

Nadzieja wyjmuje z siatki ostatni przedmiot, karton soku pomarańczowego, i stawia go na szafce. Doskonale wie, że jej trzydzieści złotych wydane na zakupy to trzydzieści złotych, za które ojciec kupi alkohol, ale – jak tłumaczyła terapeutce dwa dni wcześniej – on na butelkę zawsze jakoś skołuje pieniądze, a dzięki mnie przynajmniej ma w lodówce jakieś normalne jedzenie. Bez tego żywiłby się bułkami i batonikami.

A robi to pani jakąś różnicę, czym on się żywi? – spytała podchwytliwie terapeutka, kobieta w wieku postbalzakowskim utleniona na platynowy blond, w dużych, modnych okularach. Postukiwała długopisem w skoroszyt, w którym robiła notatki.

Tak – odparła natychmiast Nadzieja.

A czemu?

Bo kiedy kupuję mu jogurty albo przywożę rosół, robię na złość mojej matce. Ona mu życzy jak najszybszej śmierci.

Z satysfakcją odnotowała, że wyraz profesjonalnej obojętności na chwilę znikł z twarzy Okularnicy (nazywała się Joanna Bargiel, doktor psychologii, ale Nadzieja zawsze myślała o niej per "Okularnica"). Długopis zatańczył na podkładce.

Myśli pani, że mama naprawdę tak nienawidzi ojca? Ile czasu upłynęło od ich rozwodu?

Dwadzieścia osiem lat.

Wystarczająco dużo, żeby zacząć żyć na nowo, własnym życiem. Ludzie na ogół tak robią, wie pani. Zostawiają te trudne emocje za sobą, nie od razu, ale stopniowo.

Nadzieja nie odpowiedziała, tylko spojrzała wymownie na zegar. Do końca sesji zostało pięć minut. Za mało czasu, żeby drążyć temat rozwodu, a tym bardziej tego, co było wcześniej.

Nadal go nienawidzi – oświadczyła tylko.

Skąd pani wie?

Często to powtarza.

Rozmawiacie o nim?

Oczywiście.

Był jej wielką miłością – tego Nadzieja już nie dodała, bo nie lubiła ścigać się z zegarem jak te pacjentki, które tuż przed końcem sesji czynią dramatyczne wyznania, licząc, że terapeuta poświęci im jeszcze trochę czasu. Księciem z bajki. Dla Ilonki Żabińskiej, młodej fryzjerki z Lubartowa, dziennikarz Paweł Ficer był jak manekin, na którym zawiesiła wszystkie swoje marzenia o wykształconym, dobrze zarabiającym i oczywiście przystojnym mężu.

A teraz stoi oparty o framugę kuchennych drzwi, paląc papierosa. Wytarty sweter i stare dżinsy wiszą na nim jak na wieszaku. Przekrwione oczy, popękane żyłki na nosie i policzkach, szczeciniasty siwy zarost.

– Co u Ilonki? – pyta ni z tego, ni z owego. – Nie przyjedzie się ze mną zobaczyć?

– Raczej nie.

Paweł prycha ochryple. Oboje wiedzą, że pytanie było retoryczne.

Nadzieja zwija pustą siatkę, upycha ją w torebce. Raptem spostrzega leżące na półce obok lodówki opakowania tabletek, których nie było tu przed tygodniem. Atoris, Acard, Telmizek, Onirex. Nazwy nic jej nie mówią, a nie ma przy sobie kartki, żeby je zanotować.

– Byłeś u lekarza? Dolega ci coś?

– Życie, Naciu. – Jego uśmiech ukazuje zaniedbane zęby palacza bez lewej górnej trójki.

Nadzieja tylko wzrusza ramionami.

Mdli ją od smrodu wódy, gnijących śmieci pod zlewem, stęchlizny i cholera wie czego. Najwyższy czas stąd iść, zostawić starego pijaka w jego norze.

– Muszę już iść – rzuca.

Ojciec tylko się odsuwa, przepuszczając ją w drzwiach.

Wychodząc na ulicę, Nadzieja z ulgą wciąga do płuc lodowate powietrze. Nie zapina płaszcza, bo od zaparkowanego auta dzieli ją ledwie kilkanaście kroków.

Nie musi się odwracać, żeby wiedzieć, że ojciec stoi przy oknie za pożółkłą firanką. Zaciąga się papierosem, mamrocze pod nosem, po czym sięga po butelkę, która czeka na kuchennym stole, zawsze pod ręką. Zawsze wierna. Whisky, moja żono, jak śpiewał nieodżałowanej pamięci Rysiek Riedel.

Drzwi czerwonego opla są uchylone. Amanda nie podnosi głowy znad czytnika. Ciemne loki częściowo zasłaniają twarz.

– Wszystko załatwione?

– Tak. – Nadzieja wyjmuje ze schowka na rękawiczki opakowanie pastylek imbirowych i wsuwa jedną do ust, po czym zdecydowanym ruchem przekręca kluczyk w stacyjce.

 

* * *

 

– Ty też kiedyś miałaś długie włosy – mówi Amanda, po czym zapada milczenie.

Nadzieja zręcznie manewruje w ulicznym ruchu. Udaje jej się przemknąć przez skrzyżowanie na Jana Pawła na sekundę przed zmianą świateł.

Mdłości powoli ustępują.

Amanda oczywiście wie o demonie i o cenie. Nadzieja nie może mieć przed nią żadnych sekretów, tak mówi jeden z punktów zawartej umowy. Jako trzynastolatka jeszcze nie wiedziała, że trzeba dokładnie czytać drobny druk.

Skręca w osiedlową uliczkę i po chwili parkuje przed blokiem o żółto-seledynowej fasadzie. Jak zwykle z opóźnieniem dociera do niej, jaka jest zmęczona. Jak po oddaniu krwi.

W kawalerce na czwartym piętrze panuje nieład, który Ilona uznałaby za skandaliczny bałagan, ale Ilony tu nie ma.

– To ciekawe, że zawsze myślisz o niej per „Ilona”, a o Pawle „ojciec” – stwierdza ni stąd, ni zowąd Amanda.

Nadzieja wzrusza ramionami.

– Nie wyprze się ojcostwa. Wystarczy porównać moje zdjęcia i jego, kiedy był młodszy.

– Wiesz, że nie to miałam na myśli.

Spojrzenie Nadziei odruchowo wędruje w stronę zdjęcia w srebrnej oprawce, które stoi na półce obok książek z serii „Uczta Wyobraźni”. Tak wyglądali prawie dwadzieścia lat temu: Paweł – jeszcze przystojny, chociaż już z przekrwionymi oczami i zmarszczkami na czole, Ilona – znacznie szczuplejsza, z delikatnym balejażem, uczesana w koczek, i ona sama. Dziesięcioletnia, z warkoczami. Roześmiana.

Ściska ją w gardle, a w brzuchu znów wzbierają mdłości.



15 komentarzy:

  1. Ty to potrafisz kusić człowieka! 😉 Świetnie się zapowiada, więc marsz dokończyć! 😁

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy2.10.20

    Ten fragment brzmi jak coś, co napisałaby mroczna wersja Małgorzaty Musierowicz! Z tym szczegółowym wymienianiem produktów spożywczych i danych osobowych. Brakuje tylko informacji, jaka pogoda była którego dnia. ;-D
    Achika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm, w sumie pada wzmianka, że jest zimno :D

      Usuń
    2. ...okay, hasło "mroczna wersja Małgorzaty Musierowicz" sprawiło, że napadła mnie wizja Krzyczącego w crossoverze z Borejkami XD Rany boskie! APAGE!!!!!

      Usuń
    3. 😍 Oficjalnie uznaję się za padniętą ze śmiechu! Jak ja bardzo chcę to przeczytać! 😂

      Usuń
    4. Anonimowy4.10.20

      Proszszsz:
      "Krzyczący, zwany przez swych licznych i wiernych przyjaciół po prostu Krzyśkiem, dla kurażu dmuchnął obłokiem opium w swoją krzywo przyciętą grzywkę i otworzył drzwi komnaty.
      - Herbatki? - zapytał, dzielnie gładząc się po swoich dzielnych bliznach, pamiątce po rozstaniu z niewiernym P'yzhi'akhiem.
      - Ależ, na demony, oczywiście! - zagrzmiał dziarski głos starego maga-bibliotekarza."
      Achika

      Usuń
  3. Anonimowy2.10.20

    Kupiłam mężowi na urodziny Twoją nową książkę!Sama się cieszę na czytanie.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy7.10.20

    Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy7.10.20

    Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy14.10.20

    Ciekawe pomysły na prezent świąteczny. Zapraszamy - https://cupandyou.pl/prezenty/na-boze-narodzenie.html

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy15.10.20

    Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy15.10.20

    Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy17.10.20

    Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy20.10.20

    Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń