Pokazywanie postów oznaczonych etykietą linki do recenzji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą linki do recenzji. Pokaż wszystkie posty

2021-03-03

Konline 2021 i inne dobre wieści

 

Pandemia oznacza dojmujący i smutny brak konwentów, ale ponieważ natura nie znosi próżni, co jakiś czas organizowane są wydarzenia online. I tak na przykład już pod koniec tego tygodnia, w dniach 5-7 marca, odbędzie się zdalny konwent Konline organizowany przez Stowarzyszenie Avangarda. Spotkania, prelekcje i panele będą się odbywać na platformie Jitsi Meet, a program znajdziecie tu.

Będę gościem tego wydarzenia, co mnie cieszy, bo wobec braku wyjazdów nawet okazje do zdalnego integrowania się z fandomem jawią się jako atrakcja... Moje punkty programu:

Piątek 5 marca

19:00 - 19:50 Spotkanie autorskie. Blok literacki. Prowadzący: Marcin "Alqua" Kłak.

Sobota 6 marca

17:00 - 17:50 Panel dyskusyjny Hardej Hordy. Blok literacki. Uczestniczki: Krystyna Chodorowska, Agnieszka Hałas, Anna Hrycyszyn, Milena Wójtowicz. Prowadząca: Magda "Cathia" Kozłowska.

20:00 - 20:50 Panel ogólnoliteracki. Blok literacki. Uczestnicy: Radek Rak, Agnieszka Hałas, Marta Krajewska, Michał Gołkowski. Prowadzący: Mikołaj Kowalewski.


Mam też dobrą wiadomość z całkiem innej dziedziny: wrocławskie Radio Ram wyemitowało krótką audycję, w której fantastycznie rozentuzjazmowana Dagmara Chojnacka opowiada o obu hardych antologiach! W necie dostępny jest podcast z tej audycji.

Z tej okazji warto przypomnieć, że papierowe "Harde Baśnie" od pewnego czasu są już znowu dostępne w SQN Store - solo (do wersji papierowej e-book dodawany jest gratis) oraz w atrakcyjnych pakietach z "Hardą Hordą": 








2021-02-07

Lutowy brak wieści i kolejny fragmencik

 

Nie upłynął jeszcze pełny rok, odkąd pandemia dotarła do naszego kraju, choć chwilami można odnieść wrażenie, że nieszczęsna "nowa normalność" towarzyszy nam znacznie dłużej... Mając to szczęście, że funkcjonuję w cichej, niestresującej, w sumie miłej rutynie - tłumaczenia lub pisanie, Internet, dom, czytanie książek, spacery i gimnastyka - stwierdzam po raz kolejny, że wręcz niepokojąco łatwo przyzwyczaiłam się do braku imprez wyjazdowych typu konwenty i targi książki (ale też trzeba pamiętać, że w ostatnich latach były dla mnie raczej źródłem stresu niż relaksu i rekreacji). Mimo to z zainteresowaniem przeczytałam informację, że kolejna edycja Warszawskich Targów Książki ma się odbyć w terminie 17-20 czerwca 2021, prawdopodobnie w Pałacu Kultury i Nauki. Obawiam się, że najrozsądniej byłoby zorganizować stoiska handlowe w namiotach na zewnątrz, nie w zamkniętej przestrzeni, ale zobaczymy...

Z własnego poletka mam niewiele do zakomunikowania, albowiem, jako się rzekło: czas pandemiczny to dla mnie głównie senne siedzenie przy biurku (na dniach skończę tłumaczyć mikropowieść Znanego Autora, która trochę mnie rozczarowała pod względem koncepcyjnym, choć jest ładnie napisana). W internetach pojawiło się kilka nowych recenzji antologii Harde Baśnie, w tym jedna dość obszerna i szczegółowa:

Harde Baśnie: baśniowe historie opowiedziane na nowo


A z braku innych wieści podrzucam znowu fragmencik literackiej surowizny z warsztatu. Wczesną wiosną roku 2016 zaczęłam pisać powieść, która mi się szybko odpodobała i zostałam ze stertą fragmentów, nie mając pomysłu, jak je konstruktywnie wykorzystać. Po prawie pięciu latach odgrzebałam i odkurzyłam kilkanaście stron tego tekstu - najbardziej kompletny i spójny wątek - planując je rozwinąć w opowiadanie do domykanego aktualnie zbiorku. Panie i panowie, przed wami krótka próbka opowiadania o martwej dziewczynce, które nie ma jeszcze tytuły (rozważam opcję "Dom śmierci, rzeka wspomnień", ale nie jestem przekonana). Enjoy.


* * *


Dziewczynka stała na poboczu, wpatrując się w półciężarówkę migającą żółtymi światłami i mężczyzn w odblaskowych kamizelkach. Żaden z robotników naprawiających rozwaloną barierkę ochronną nie zwrócił na nią uwagi, mimo że od najbliższych zabudowań dzielił ich ponad kilometr, a dzieci w wieku wczesnoszkolnym raczej nie włóczyły się po poboczu tej ruchliwej drogi.

Miała na sobie niebieski T-shirt z wróżką, legginsy w różowo-szare paski oraz białe, przybrudzone tenisówki z błękitnymi sznurówkami. Jej sięgające ramion jasne włosy przytrzymywała nad czołem różowa plastikowa opaska.

Niebo było pokryte warstwą chmur, położenie słońca zdradzała tylko jaśniejsza plama. Mimo to uważny obserwator mógłby dostrzec drobny, intrygujący szczegół.

Na rozgrzanej asfaltowej nawierzchni kładły się niewyraźne cienie robotników, samochodu, barierki, ale dziewczynka w niebieskiej koszulce nie rzucała cienia.

Stała długo. Patrzyła. Robotnicy pracowali, pocąc się w upale i rzucając przekleństwa. Co chwila mijały ich pędzące auta. Wreszcie skończyli, załadowali narzędzia do półciężarówki, wsiedli i odjechali.

Za barierką było strome zbocze porośnięte rzadką trawą i krzakami, a kilkanaście metrów niżej bura, leniwie płynąca rzeka. Dziewczynka mgliście pamiętała zimną wodę o mdłym mulistym posmaku. A może tylko jej się zdawało. W jednej chwili siedziała na tylnym siedzeniu w foteliku, przypięta pasami, i zobaczyła przez przednią szybę, że tata będzie zaraz wyprzedzał tira, w następnej szła po nagrzanym asfalcie sama jedna. Skądś wiedziała, że jest martwa, ale nie smuciło jej to. Nic jej nie bolało i niczego już nie musiała się bać. Zastanawiała się, czy tata również zginął. Przyszło jej do głowy, że jeśli tak, to może też błąka się po okolicy, i postanowiła się rozejrzeć.

Na zboczu zaraz za naprawioną barierką spostrzegła na pylistej ziemi okruchy szkła i kawałek czarnego plastiku, a parę metrów dalej pęknięte lusterko samochodowe. I nic więcej. Dotarło do niej, że wypadek nie wydarzył się wczoraj ani przedwczoraj. Musiało minąć więcej czasu.

Pomyślała o mamie, o domu, ale wspomnienia były blade, niewyraźne, jakby woda wypłukała z nich kolory. To skojarzenie sprawiło, że wzrok dziewczynki znów powędrował ku rzece. Bura toń wabiła ją, a zarazem przerażała. Blade niebo, droga, pędzące auta, rozbite szkło na poboczu – to wszystko wydawało się odległe, nierealne jak film. Nie dotyczyło jej. Rzeka była prawdziwa.

Dziewczynka ostrożnie zeszła po zboczu i usiadła nad samą wodą. Przy brzegu walały się plastikowe butelki, puszki, zatopiona do połowy opona. Bzyczały muchy.

Jaskółka śmignęła nad samą powierzchnią wody, a z oddali doleciał pomruk grzmotu. Dziewczynka dopiero teraz spostrzegła, że niebo na horyzoncie zrobiło się ciemne. Czy ktoś, kto nie rzuca cienia, może zmoknąć od ulewy? Spróbowała zamoczyć w rzece czubek buta, potem całą stopę, potem obie stopy. Białe tenisówki pozostały suche.

Ulegając nagłej pokusie wskoczyła do wody, zanurzając się z głową. Ogarnął ją mokry chłód i mdły, lekko ściekowy zapach. Nie potrzebowała oddychać, jej ciało nic nie ważyło, a mimo to opadła na dno, gdzie falowały wodorosty, leżały pokryte mułem kamienie, butelki, garnki, a także obrośnięte glonami stare meble i co najmniej jedna lodówka. Światło padające z góry miało brązowozielony odcień.

Nagle poczuła, że ktoś na nią patrzy.

Odwróciła się. W toni unosiła się ciemna, obca postać. Dziewczynkę ogarnął lęk, zaraz jednak przypomniała sobie, że nie ma się czego bać, przecież jest martwa.

Nieznajomy zbliżył się powoli, omijając zatopione rupiecie. Gapiła się na niego, usiłując odgadnąć, kto to i skąd wziął się na dnie rzeki. Miał na sobie garnitur i był stary, chyba starszy od jej dziadka. Siwe włosy falowały wokół jego głowy, poruszane słabym nurtem, a pomarszczone oblicze o obwisłych policzkach wyglądało trochę jak gumowa maska.

Dziewczynka chciała się przywitać, ale odkryła, że nie potrafi wydobyć głosu. Obejrzała się przez ramię. W brązowozielonej toni pojawiły się kolejne dwie sylwetki – zgarbiona kobieta w chustce i dziecko, chyba chłopczyk. Wszyscy troje wpatrywali się w nią w milczeniu. Odniosła wrażenie, że czegoś chcą, ale nie wiedziała czego.

Mężczyzna rozchylił usta i zobaczyła, że jego zęby świecą zielono.

– Woda wie – powiedział albo powiedziała to rzeka, cicho, głucho, bulgotliwie. – Woda pamięta.



* * *


Błyskawica rozdarła chmury, chwilę później rozległ się grzmot. Pierwsze krople deszczu upstrzyły asfalt.

Za życia dziewczynka bała się burz. Teraz nie. Spokojnie patrzyła, jak wiatr wzbija kurz i targa gałęziami, a ściana ulewy przybliża się, pochłaniając widoczne w oddali obiekty. Las, odległe domy, pojedyncze drzewa i krzaki kolejno znikały za zasłoną deszczu. Cichy szum szybko przemienił się w donośne pluskanie, tak jakby ktoś podkręcił dźwięk w głośnikach, a potem strugi wody zaczęły siec zakręt szosy, naprawioną barierkę i skarpę, przenikając przez niematerialną sylwetkę dziewczynki jak przez mgłę.

Odkąd wynurzyła się z rzeki, z godziny na godzinę stawała się coraz bledsza i bardziej przezroczysta. Martwiło ją to. Nie znalazła taty, tylko tamtych dziwnych ludzi na dnie. Nic jej nie powiedzieli, staruszek powtarzał tylko „Woda wie, woda pamięta”, a kobieta i dziecko kiwali głowami. Dziewczynka zdążyła obejrzeć w swoim krótkim życiu wystarczająco dużo filmów, żeby się domyślić, że to dusze pechowców, którzy utonęli w rzece. Może jej miejsce było razem z nimi, ale nie chciała zostawać w mętnej toni, gdzie stare opony i niepotrzebne meble pokrywają się coraz grubszą warstwą mułu i oślizgłych glonów. Dlatego uciekła, wróciła na powierzchnię.

Teraz przyglądała się obojętnie, jak na niebie zapalają się i gasną świetliste zygzaki, drogą od czasu do czasu przejeżdżają auta z włączonymi wycieraczkami, a wokół zapada zmierzch. Obserwując ulewę, pomyślała z niepokojem, że może do rana przestanie istnieć, stopi się w jedno z mrokiem i deszczem.

W oddali zabłysła kolejna para reflektorów. Samochód jechał powoli, jakby kierowca rozglądał się za skrętem w boczną drogę. W końcu auto zjechało na pobocze i zahamowało przy naprawionej barierce.

Błysnęło, huknął grzmot. Kolejna błyskawica oświetliła otwierające się drzwi po stronie kierowcy.

– Hej, ty! – Głos należał do kobiety. – Przyjechałam po ciebie. Wsiadaj.

Wzruszając ramionami, dziewczynka zsunęła się z barierki i podeszła do auta. Otworzyła tylne drzwi (trochę ją zdziwiło, że jej niematerialna dłoń zdołała ująć klamkę, zamiast przez nią przeniknąć jak przez powietrze) i wsunęła się do środka. Wnętrze samochodu pachniało dziwnie, jakby piernikami, cynamonem i dymem. Raptem przypomniała sobie baśń o Jasiu i Małgosi.

– Zamknij drzwi, tylko ostrożnie, nie trzaskaj – powiedziała nieznajoma. – Nie boisz się latać?

Latać? Dziewczynka nagle pomyślała, że może wszystko, co ją spotkało, jest tylko dziwacznym snem, z którego lada chwila przyjdzie się jej obudzić. Nic na świecie nie ucieszyłoby jej tak bardzo, jak dźwięk budzika obwieszczający, że pora wstawać i szykować się do szkoły.

– Nie – powiedziała nieznajoma, jakby czytając jej w myślach. Ruszyła energicznie, aż mokry żwir zgrzytnął pod kołami. – Obawiam się, że to nie sen. Naprawdę nie żyjesz.

Kim pani jest? – chciała spytać dziewczynka, ale nadal nie mogła mówić.

Kobieta dodała gazu, nie przejmując się mokrą nawierzchnią. Samochód przyśpieszył do niebezpiecznej w tych warunkach prędkości. Światła reflektorów cięły mrok, ukazując jedynie deszcz i asfalt.

A potem, niczym startujący samolot, auto oderwało się od ziemi. Nagły, fantastyczny przypływ euforii sprawił, że dziewczynka krzyknęła bezgłośnie. Wnętrze samochodu falowało, ulegało przemianie. Dach zniknął, podobnie jak szyby i siedzenia. Znajdowała się teraz na grzbiecie olbrzymiego stworzenia, miarowo bijącego błoniastymi skrzydłami. Twarde, zachodzące na siebie łuski okrywały jego ciało niczym zbroja. Smok. To mógł być tylko smok.

Bestia odwróciła osadzoną na długiej szyi głowę, zalśniły wielkie złote ślepia.

– Nie bój się – powiedziała głosem kobiety. – Teraz już wszystko będzie dobrze.




2021-01-25

Wieści na koniec stycznia: dyskusja w Esensji i recenzja radiowa



Na redakcyjnych listach dyskusyjnych Esensji wywiązują się czasem tak interesujące dysputy, że po lekkim zredagowaniu przerzucamy je prościutko na łamy pisma. Ostatnio tak się złożyło, że postać Krzyczącego w Ciemności w zbiorku "Między otchłanią a morzem" oraz cyklu "Teatr węży" stała się zalążkiem dłuższej dyskusji o kreowaniu bohaterów, intencjach autorów i odbiorze czytelniczym. 

Oczywiście kwestia "jak wykreować bohaterów, żeby czytelnik zaangażował się emocjonalnie w lekturę" to temat rzeka. Rozmawialiśmy między innymi o zasadniczej różnicy pomiędzy przypadkami "autor celowo napisał postać antypatyczną, która doprowadza czytelnika do szału" i "czytelnik jest wściekły, bo postać, która do tej pory była spójna i sensowna, zaczyna zachowywać się w sposób sprzeczny z tym, jak została wykreowana". Wśród omawianych przykładów znaleźli się (obowiązkowo) wiedźmin Geralt i Ciri, ale też m.in. Ra Mahleine z "Gniazda światów", Ged Krogulec, Kruk z cyklu o Czarnej Kompanii, Taniel z trylogii Magów Prochowych, a nawet Emma Bovary. Zachęcam do lektury i wypowiadania się w komentarzach pod dyskusją - nabijajcie Esensji odsłony! 

(A jeśli nie znacie opowiadania "Muzyka dla szczurów", które zapoczątkowało tę ożywioną wymianę opinii, można je przeczytać tu.)

To była pierwsza z informacji, jaką mam dziś do przekazania (i wiecie co, cieszę się, że pojawiły się jakiekolwiek wieści do zakomunikowania. Jestem ciekawa, jak długo jeszcze potrwa ten ponury pandemiczny czas bez spotkań autorskich, konwentów, targów - obawiam się, że znacznie dłużej, niż byśmy chcieli...). Druga dobra wieść jest taka, że Dagmara Chojnacka, tłumaczka oraz dziennikarka radiowa, omówiła niedawno w eterze "Teatr węży" dla Radia Ram z tak niesamowitym entuzjazmem i tyloma pochwałami, że zrobiło mi się ciepło na sercu. Właśnie tak należy motywować autorów do pracy! (Znajoma używa wyrażenia "autor napędzany głaskami" i zaprawdę powiadam, jest ono wielce adekwatne!). Audycji można wysłuchać online w formie podcastu. 


2021-01-12

Kot styczniowy i kilka słów o kaprysach twórczego mózgu

 

Nie wiem, kto sformułował popularną maksymę, że to szaleństwo postępować sto razy z rzędu tak samo i oczekiwać, że za sto pierwszym razem identyczne działanie przyniesie inny efekt. Ale w tym szarym, prawie bezśnieżnym styczniu 2021 pozwolę sobie westchnąć, że sytuacja, gdzie dorosły człowiek chciałby zmienić swoje nawyki, bo WIE, że są niekonstruktywne i niezdrowe, a mimo to ciągle przegrywa z siłą przyzwyczajenia, bardzo źle działa na samoocenę i morale. Sądzę, że ten problem zna każdy, kto zmagał się z jakimś nałogiem, nawet tak banalnym jak papierosy albo podjadanie słodyczy. U mnie chodzi "tylko" o złe nawyki w dziedzinie organizacji pracy, co niby powinno ułatwić sprawę, ale jakoś nie ułatwia. Frustrujące to okrutnie i wymaga jak najszybszego przepracowania w 2021, bo nie może być tak, że wszyscy naokoło kończą i publikują książki, a ja nie...

Diabli mnie dziś podkusili, żeby po raz kolejny poszukać w anglojęzycznych internetach rad dla osób z blokadą pisarską. Niestety, znalazłam głównie rady na poziomie "Billy, have you tried NOT being a mutant?"*. Nic mi nie pomogły, wywołały tylko wkurzenie pod adresem Bogu ducha winnych blogerów, którzy 1) nie dostrzegają różnicy pomiędzy pisaniem beletrystyki a pisaniem bloga albo poradnika samopomocy, 2) nie są ani psychologami, ani certyfikowanymi terapeutami, i spoko - nie mają takiego obowiązku, 3) walczą przede wszystkim o widoczność bloga w wyszukiwarkach oraz zwiększenie liczby odsłon...

Wczoraj nad ranem odesłałam wydawcy przekład krótkiej powieści fantasy (krótkiej jak na tę konwencję i tego autora, ale obiektywnie całkiem konkretnej długości - prawie 8 arkuszy), natomiast pisarsko jestem chwilowo w impasie i mam obniżkę morale. Kryminał, który planowałam pisać na jesieni, z różnych względów został bezterminowo odłożony do szuflady - próbuję teraz skończyć dwa niezbyt długie rozgrzebane opowiadania. Pocieszam się, że przy krótkiej formie znacznie rzadziej przydarzają mi się falstarty, czyli teksty, które nadgrzebuję i porzucam. Bardzo bym chciała szybciutko zamknąć projekt roboczo określony jako "Po stronie mroku 2", czyli drugi zbiór opowiadań o piekle i okolicach, a potem spokojniej zabrać się za coś innego, może nawet wrócić do tego nieszczęsnego kryminału, do którego w październiku straciłam serce.

Żeby nie było, że tylko dziś marudzę, łapcie zdjęcie elegantki z wąsami i białym żabotem (elegantka usiadła na kuchennym stole i zamyśliła się na moment, a paparazzi - cyk!).



Łapcie też ładną recenzję "Hardych Baśni" na blogu Rozdroża Cathii:

Hardo i baśniowo

(Kto z zaglądających tutaj już czytał naszą drugą antologię? Jak wrażenia? Przy okazji mogę zdradzić, że wstępnie wybrany został temat trzeciej antologii. Horda nie śpi, Horda knuje!)


*) Cytat z filmu "X-2".



2020-07-22

Kiedy z podjętych decyzji rodzą się kolejne rozterki


Parę miesięcy temu powzięłam solenne postanowienie, że przestanę zaniedbywać niniejszego bloga - choćbym była nie wiem jak zajęta, raz w tygodniu ma się pojawić nowy wpis. Oczywiście nie minęło wiele czasu, a dotrzymanie tego postanowienia już staje się trudne. Walczę teraz z tłumaczeniem grubej cegły (fantasy, drugi tom cyklu pewnego znanego autora; tom pierwszy powinien się ukazać w najbliższych miesiącach). Termin oddania przekładu (wstyd się przyznać, przekładany dwukrotnie, bo kończenie piątego tomu Teatru węży przeciągnęło się dłużej niż planowałam i rozbiło mi grafik) zbliża się nieubłaganie... Ale nie o tym chciałam dziś napisać.

Parę razy wspominałam tu na blogu, że mam problemy z podejmowaniem Ważnych Decyzji dotyczących Życia. Trochę mści się wpojone mi w dzieciństwie/młodości podejście "nie ma rzeczy niemożliwych, mierz jak najwyżej" - z natury jestem chyba dość zachowawcza i wolę bezpieczniejsze opcje. Bywa, że generuję ambitne plany, ale szybko dopada mnie rozterka "zaszaleć i zaryzykować, czy jednak nie". Mam też trudności z ustaleniem, na czym mi NAPRAWDĘ zależy i czego bym NAPRAWDĘ chciała, kiedy głos ambicji, głos rozsądku i głos "chcę robić to, co mnie interesuje" nie potrafią się dogadać.

Dwa lata temu znalazłam się na rozdrożu, gdy chodzi o pomysły i plany. Dokonałam wyboru, w efekcie którego Teatr węży ma teraz pięć tomów, a nie trzy, zaś moje CV wzbogaciło się o drugą nominację do Nagrody Żuławskiego. Wiosną 2020 podjęłam kolejną decyzję - taką z gatunku "raz się żyje" i "strach się przyznawać" - a teraz... cóż, oczywiście okazuje się, że (to truizm, wiem!) każda podjęta decyzja prędzej czy później doprowadza nas na kolejne rozdroże. Ujmując sprawę metaforycznie, dopiero co minęłam jedno rozgałęzienie szlaku ze strzałkami w różnych kierunkach, a już widzę przed sobą następne rozstaje z drogowskazem, do którego dotrę, kiedy wreszcie dokończę i oddam ten nieszczęsny przekład. Pięć strzałek. W różne strony. Nawet jeśli po głębszej refleksji piątą opcję chyba można skreślić, nadal pozostają cztery.

Jeszcze niedawno wydawało mi się, że strzałek na tym nowym drogowskazie jest mniej, a wybór jawił się jako oczywisty. Ale im dłużej o tym myślę, tym mocniej zaczynają mnie pociągać szalone opcje, które oznaczałyby zniknięcie na 3-4 lata z polskiego rynku książki (coś za coś) w pogoni za wariackim marzeniem, od kilku lat odkładanym "na kiedyś" - bez gwarancji, że udałoby się je zrealizować choćby w części. Poprzeczka bardzo wysoka, prawdopodobieństwo porażki ogromne, a kusi mnie dziko, żeby pobiec w tę stronę. Ale mam też przed sobą notatki do kryminału, który planowałam pisać w drugiej połowie roku, a prawo rynku mówi, że za jednym tytułem powinny pójść kolejne... Podtrzymuję także chęć powrotu do świata Zmroczy z samodzielnymi powieściami, ale nie mam pojęcia, w jakiej perspektywie czasowej. To trudne decyzje (byłyby na pewno prostsze, gdyby napisanie powieści zajmowało mi cztery miesiące, a nie dziewięć, ale cóż - jest jak jest).

Zawzięłam się ostatnio i zaczęłam znowu systematycznie wychodzić na nordic walking w nadziei, że zachowam kondycję złapaną po 10 dniach w Komańczy. To dość monotonne treningi, człowiek przez blisko godzinę zasuwa z kijkami jak automat, ręce bolą - ale podobno wysiłek fizyczny dobrze wpływa na pracę mózgu, więc może jakimś cudem doznam olśnienia i wybór, w którą stronę powędrować z rozstajnych dróg, nagle stanie się prosty. (Zazwyczaj snuję rozważania właśnie na spacerach, ale podczas szybkiego marszu z kijkami człowiek raczej się wycisza niż kmini nad Życiem.)




Na zdjęciu - drogowskaz w Tatrach Słowackich (Hrebienok, punkt wyjścia wielu fajnych szlaków prowadzących w wyższe rejony Tatr).

A z innej beczki - ku mojej radości, w sieci pojawiły się pierwsze recenzje blogowe piątego tomu Teatru węży (i są pozytywne):





Mogę też zdradzić, że - choć koronawirus mocno nabruździł - antologia Harde Baśnie figuruje w planie wydawniczym wydawnictwa SQN i na pewno wyjdzie drukiem! Insz Allah może przed końcem wakacji będziemy mogły powiedzieć coś więcej w tym temacie.




2019-08-07

"Teatr węży" - linki do recenzji i omówień






Z biegiem lat w sieci namnożyło się już naprawdę dużo recenzji i opinii blogowych na temat Teatru węży. W ramach porządków na blogu postanowiłam zebrać w jednym miejscu linki do co ciekawszych - zarówno tych starszych, jak i nowych. Sukcesywnie będę wyszukiwać i dodawać coraz więcej.


Omówienia zbiorcze



Tom 1. Dwie karty



  
Tom 2. Pośród cieni

Tom 3. W mocy wichru


2019-08-02

Wieści na początek sierpnia


Lato mija nieubłaganie - cichutko i niepostrzeżenie nastał sierpień. Mieliśmy w drugiej połowie lipca jechać z mężem w Beskid Niski, do Jaślisk, ale zmieniliśmy plany, pojedziemy dopiero za jakieś dwa tygodnie. Na razie siedzę w Lublinie i spokojnie pracuję. 

Jak to w sezonie ogórkowym, dzieje się niewiele, wieści mam ledwie garstkę. Na łamach Esensji jakiś czas temu pojawiła się dość obszerna analiza trzech pierwszych tomów Teatru węży zatytułowana Dwie barwy magii, wiele barw świata. Autorką jest Aleksandra Klęczar z bloga "Terrae Ignotae". Omawia uniwersum Zmroczy, postać Krzyczącego w Ciemności oraz konstrukcję fabularną poszczególnych tomów. Zachęcam do lektury! 

Z kolei Śpiew potępionych doczekał się trzech kolejnych recenzji:




Jeśli jeszcze nie znacie żmija, cztery tomy Teatru węży polecają się czułej uwadze ;)



Nie będzie mnie na Polconie w Białymstoku - rodzice wyjechali na urlop w góry, więc muszę być w Lublinie i zajmować się kotami. Najbliższy konwent, na jaki planuję się wybrać, to Copernicon w Toruniu (13-15 sierpnia). Poprowadzę tam po raz kolejny prelekcje "Nieporadnik młodego autora" i "Przyczajony gwóźdź, ukryte powrósło: czary i przesądy w hodowli zwierząt", wezmę też udział w kilku panelach dyskusyjnych. 

Nie jest jeszcze pewne, czy będę jechać w październiku na Krakowskie Targi Książki, ale istnieje taka możliwość. Wiadomo za to, że w semestrze zimowym będę znowu prowadziła warsztaty literackie w siedzibie lubelskiego Stowarzyszenia Fantastyki "Cytadela Syriusza" na Lwowskiej 12. W okresie od października do grudnia odbędzie się sześć dwugodzinnych spotkań, szczegóły podam na początku września.

Dział literacki Esensji żyje, ostatnimi czasy nawet zaktywizował się troszkę bardziej. Tym, którzy nie czytali, polecam dwa opowiadania opublikowane w lipcu, pierwsze ponure, drugie ciepłe i podnoszące na duchu jak kubek kakao:

Magdalena Świerczek-Gryboś - Bardzo trudne samobójstwo
Uczestniczka ekstremalnego wyścigu jachtów usiłuje przetrwać potworny sztorm. Opowiadanie o sensie ludzkiego życia i o jego kruchości.

Agnieszka "Raven" Szmatoła - O księżniczce i smokach
Urocza baśń o księżniczce, której życiową pasją stało się poznawanie smoczych zwyczajów.

* * *

Z bieżących wieści to tyle, a z drobiazgów ogólnożyciowych - łapcie pięć zdjęć fotogenicznego kota Sammeta w krótszej letniej szacie, koty są dobre na wszystko.

Sammet jest piękny, ale niezbyt głaskliwy: próby głaskania zwykle wywołują reakcję w postaci ostrzegawczego, piskliwego "miauu", a zaraz potem w ruch idą pazury... Niemniej, czasami bury książę bywa w nastroju na pieszczoty: kilka dni temu wyłożył się brzuszkiem do góry na kafelkach balkonowych, pozwolił mi się wymiziać po gardziołku i obfotografować. Łobuz jeden prowadzi aktywny tryb życia, ostatnio zniknął nam na prawie dobę. Potem wrócił wygłodniały i intensywnie mnie przepraszał, mrucząc i ocierając się o nogi, kiedy szykowałam mu śniadanko. Taki to z niego synuś marnotrawny...













2019-07-13

Rozmowa z arcymistrzem


Miałam pisać relację z Wrocławskich Dni Fantastyki, ale muszę najpierw ruszyć energiczniej z miejsca z nową książką, żeby nie ugrzęznąć w prokrastynacji na amen... Dlatego relacja czeka na swoją kolej i jeszcze chwilkę poczeka, a póki co pochwalę się kolejnymi recenzjami Śpiewu potępionych:



Podrzucam też kawalątek surowego tekstu z warsztatu, bo mi to dobrze robi na morale!


* * *


Deszcz bębnił o szyby w wysokich oknach, z których każde było zwieńczone małą witrażową rozetą. Pałacyk na wyspie Elspe, ulubiona rezydencja arcymistrza Elity, został wzniesiony przez camarryjskich budowniczych, którzy słynęli z kunsztu w łączeniu stylów. Choć Akhania ar Vithanare preferowała mniej monumentalną architekturę i skromniejszy wystrój wnętrz, musiała przyznać, że ostrołukowe sklepienia, strzeliste kolumny i barwne mozaikowe posadzki tworzą wyjątkową całość. Mahoniowe meble w niedużej sali audiencyjnej dobrze wpisywały się w ogólną atmosferę elegancji i dostojeństwa.
Arcymistrz Ilius ar Shiath stał przy kominku, w którym pełgały różnobarwne płomyki. Wyszeptanym słowem zamknął miniaturowy portal do królestwa salamander, po czym odwrócił się, by powitać maginię. Miał na sobie ceremonialny strój: biały płaszcz z błękitną podszewką, biała szata przepasana szeroką szkarłatną szarfą, wszystko ciężkie od złotych i srebrnych haftów.
Akhania złożyła oszczędny ukłon – etykieta Elity nie wymagała niczego więcej. Błękitno ubrany sługa, który wprowadził ją do komnaty, odprawiony skinieniem skłonił się nisko i wyszedł. Drzwi zamknęły się za nim bezszelestnie.
– Jak twoje zdrowie? – zapytał Ilius, gdy zostali sami.
– Lepiej – odrzekła wymijająco. Jeśli tylko chciał, mógł poznać szczegóły od medyków Zakonu Dziewiątej Przysięgi, którzy ją leczyli.
– To dobrze. Srebro cię potrzebuje.
Skłoniła się ponownie, myśląc nie bez ironii, że czasy się zmieniły. Zakon Dziewiątej Przysięgi, pomniejsze bractwo w obrębie Elity, które za swoją główną misję uznawało walkę z Otchłanią, od początku swego istnienia budziło kontrowersje. Poprzedni arcymistrzowie nie darzyli go poparciem – ich nastawienie wahało się od niechęci do jawnej wrogości i szykan. Teraz, za rządów Iliusa, po kilku roszadach personalnych na wysokich stanowiskach nie wiedzieć kiedy doszło do sytuacji, gdzie połowę najbardziej zaufanych ludzi arcymistrza stanowili członkowie Zakonu.
– Oczekuję na rozkazy, Wasza Świetlistość.
Ilius przypatrywał jej się uważnie.
– Mam dla ciebie ważne zadanie. Ale muszę mieć pewność, że rzeczywiście wróciłaś do sił.
– W wystarczającym stopniu – zapewniła.
Niewiele brakowało, by mordercy nasłani przez Otchłań osiągnęli swój cel. W zamachu zginęli wszyscy akolici Akhanii, zniszczeniu uległo kilkanaście cennych golemów, a ona sama przeżyła tylko dzięki temu, że zdołała wezwać pomoc. Jej współbracia z Zakonu dotarli na miejsce w ostatniej chwili – gdyby nie ich sprawna interwencja, Akhania wykrwawiłaby się na śmierć we własnej bibliotece.
Upłynęło wystarczająco dużo czasu, by rany całkowicie się wygoiły, wiedziała jednak, że skutki obrażeń wewnętrznych będą ją prześladować jeszcze długo mimo leczniczych eliksirów i talizmanów. Musiała się oszczędzać, regeneracja nadal pożerała znaczącą część jej potencjału mocy. Ilius chyba się tego domyślał albo już wcześniej rozmawiał z medykami, bo ściągnął brwi, ale nie zakwestionował jej słów.
– Wiesz o Naharze? – spytał zamiast tego.
– Tak. Mirael już wprowadził mnie w szczegóły.
Stos pogrzebowy zmarłego przed tygodniem mistrza Nahara ar Toth jeszcze dobrze nie wystygł, gdy szpiedzy przynieśli wstrząsającą wieść, że Nahar od lat działał potajemnie jako agent Doliny Rdzy. Kiedy jego ciało umarło, odrodził się w Otchłani pod postacią demona.
Gdyby ta wiadomość nadeszła przed rokiem, Akhania pomyślałaby, że szpiedzy są w błędzie lub najzwyczajniej w świecie kłamią. Jednakże Nahar nie był jedynym zdrajcą, którego działalność wyszła na jaw w ostatnim czasie.
– Źle to wróży – podjął arcymistrz. – Mohellen ar Vanth, Lymea ar Adan, teraz Nahar...
– Wierzchołek góry lodowej – skomentowała sucho Akhania.
– To nie ulega wątpliwości. – Ilius ściszył głos, choć komnata była opleciona czarami wygłuszającymi dźwięki. – Sytuacja przypuszczalnie wygląda jeszcze gorzej niż sądzimy. W ręce ludzi Miraela wpadła lista zdrajców, których osobiście zwerbował Nahar. Liczy dwadzieścia osiem nazwisk.
– Magów?
– Jeśli wierzyć notatkom przy liście, głównie akolitów i sług. Personalia są zaszyfrowane, trwają prace nad złamaniem szyfru. Jak dotąd udało się zidentyfikować dwie osoby. Jedną z nich był odźwierny z Pawilonu Portali na Wyspie Łabędzi. Zniknął w porę, unikając pojmania. – Arcymistrz zrobił pauzę, uniósł palec. – Druga to dostawca, który latami dostarczał owoce morza na mój stół tu na Elspe.
Akhania skinęła głową. Komentarze wydawały się zbędne.
– To nie wszystko. – Arcymistrz nachylił się, zniżając głos prawie do szeptu. – Dziś rano dotarła do mnie wieść, że słudzy Doliny Rdzy zdemaskowali i zabili Skorpenę...
–  Skorpena nie żyje? – Poruszona magini weszła mu w słowo.
– Zginęła na ziemi niczyjej w szóstym dominium astralnym, próbując zbiec przed siepaczami Rdzawego Króla. Jednakże wcześniej zdążyła przekazać informacje, z których wynika, że Dolina Rdzy jest bliska finalizacji planu, przed którym ostrzegano nas już trzy miesiące temu. Wygląda na to, że przybycie Nahara do Otchłani było ostatnim klockiem w układance.
– Ale przecież mieliśmy im pokrzyżować szyki. – Akhania zmarszczyła brwi. – Doskonale pamiętam tamtą naradę i rozkazy, które otrzymał Mirael. Wiem, że podjął działania na kilku frontach. Nie odniosły skutku?
– Wszystko wskazuje na to, że nie. – Arcymistrz z ciężkim westchnieniem przeczesał dłonią siwą brodę, obrócił w palcach zawieszony na piersi srebrny medalion w kształcie pentagramu. – I oboje wiemy, czemu tak się stało.
– Fundamenty naszego domu są przeżarte zgnilizną. Mówiłam to już przed rokiem.
– Nie usłuchaliśmy cię wówczas. Przyznaję, że był to błąd. Poważny błąd.
– Wasza Świetlistość, nurtują mnie dokładnie te same pytania co wtedy. – Akhania wbiła nieustępliwy wzrok w podkrążone, zmęczone oczy starszego maga. – Ilu zdrajców jest wśród ludzi Miraela?
Mirael ar Myris, dowódca wywiadu Elity, miał na swoje rozkazy rzeszę szpiegów, wywiadowców i konfidentów w świecie ludzi, w sferach astralnych oraz w Otchłani. Jednakże kilkoro innych wysoko postawionych magów, w tym Akhania, dysponowało własnymi siatkami agentów. Nie podlegali Miraelowi, lecz samemu arcymistrzowi. Tylko Ilius miał pełny dostęp do wszystkich zdobytych informacji i finalnie to Ilius podejmował decyzje na ich podstawie.
Arcymistrz westchnął ciężko.
– Mirael podjął kroki, żeby oddzielić sparszywiałe owce od zdrowych. To wymaga czasu.
– Którego nam brakuje. A ilu zdrajców zasiada w samej Radzie?
Zdawało się, że temperatura w komnacie gwałtownie spadła.
– Jestem pewien lojalności członków Rady – odrzekł zimno arcymistrz. – Przejdźmy do zasadniczych spraw, czas ucieka.
Drzemiący na sofie śnieżnobiały sowokot – jedna z wielu hybryd, jakie tworzył dla rozrywki Fregelin ar Kyth, sekretarz arcymistrza – ocknął się, ziewnął i zamachał skrzydłami, po czym przefrunął na kolana starszego maga. Ten z roztargnieniem pogłaskał zwierzę po puszystej sierści, następnie zaś wyjął spod płaszcza zapieczętowany rulon dokumentów.
– Oto kopia zapisków Rihada i Borseliusa, którą kazałem dla ciebie sporządzić – oznajmił, przechodząc na tajny żargon wywiadu Elity. „Tu są dla ciebie instrukcje i rozkazy” – przetłumaczyła w myślach Akhania. – Skryba przepisał wszystkie siedem zwojów. Możesz  je zatrzymać.
„Dostajesz całkowicie wolną rękę, cel uświęca środki”. Nie spodziewała się tego. Po plecach przebiegł jej chłodny dreszcz. Wielka odpowiedzialność – i równie wielkie ryzyko. Nie czuła się gotowa, ale nie mogła okazać niepewności. Srebro to niezłomność, odwaga i siła.
– Dziękuję – powiedziała powoli. – Zrobię z nich dobry użytek.
– Przeczytaj je najpierw bardzo uważnie, łącznie z notatkami, które Fregelin zrobił na marginesach czwartego zwoju.
„Zawierają ukryte informacje zaszyfrowane czwartym szyfrem Fregelina.” Coraz lepiej.
– Mam niedobre przeczucia – powiedziała cicho.
Arcymistrz pokiwał głową.
– Zawsze miałaś świetną intuicję. Przeczytaj zwoje.

Gdy się żegnali, Akhanię ponownie uderzyło, jak zmęczony wydaje się najpotężniejszy mag Siedmiu Krain. Wyglądał jak zwykły starzejący się śmiertelnik przebrany w haftowane złotem i srebrem ceremonialne szaty. Zgarbiony pod brzemieniem trosk.



2019-06-30

Wieści na początek lipca


Trwa sezon na upały, bób i ogórki małosolne, a także - mniej pozytywnie - na martwienie się globalnym ociepleniem. Klimat się zmienia, lato i jesień na Lubelszczyźnie stają się coraz suchsze. Niby parę dni temu troszkę popadało, ale ziemia jest wyschnięta na kamień. Każdy kolejny bezchmurny dzień z temperaturą sięgającą powyżej 30 stopni w cieniu budzi we mnie coraz silniejszy egzystencjalny niepokój o przyszłość. Jeśli ktoś czytał opowiadanie Mrówki w Złotych Tarasach Oli Janusz, to wie, co mam na myśli.

Z weselszych spraw - tydzień temu dotarła do mnie paczka zawierająca egzemplarze autorskie i wreszcie mogłam zrobić zdjęcie wszystkich czterech tomów Teatru węży. Poczułam się niczym dumna mama:





Tymczasem w sieci pojawiły się dwie kolejne, bardzo entuzjastyczne recenzje Śpiewu potępionych. Zachęcam do lektury:

Śpiew potępionych, czyli powrót do świata Zmroczy (Tramwaj nr 4)

Wyspy Śpiewu: między pięknem tropików a grozą Otchłani (Lubimy Czytać)



Swoją drogą w ramach anegdoty - książka miała wnikliwych beta-readerów, przeszła staranną redakcję, a potem przyszedł mój mąż, przeczytał wersję wydrukowaną i od razu wypatrzył dwa niedociągnięcia! Jedno drobne (trzecioplanowy szczególik, który nie został wyjaśniony, choć w sumie powinien) i jedno większe (niespójność czegoś, co robi Krzyczący, z podaną wcześniej informacją). Ale nie zdradzę, o co konkretnie chodzi - spostrzegawczy czytelnicy pewnie i tak wyłapią!

Pod koniec tego tygodnia, jak już wspominałam, wybieram się na Wrocławskie Dni Fantastyki (5-7 lipca, Centrum Kultury "Zamek", Leśnica k. Wrocławia). Będą tam jeszcze trzy koleżanki z Hordy - Aleksandra Janusz, Magdalena Kubasiewicz i Milena Wójtowicz. W planach mamy dwa harde panele, jeden w sobotę, drugi w niedzielę (z tego niedzielnego musiałam się zwolnić, żeby móc wrócić do Lublina wczesnym wieczorem, a nie późnym). A wszystkie tomy Teatru węży, w tym czwarty, będzie można nabyć na stoisku z książkami obok akredytacji.

Moje punkty programu na WDF-ach:


PIĄTEK


18:00-18:55 [PRELEKCJA] Przyczajony gwóźdź, ukryte powrósło: czary i przesądy w hodowli zwierząt 

20:00-20:55 [PRELEKCJA] Nieporadnik młodego autora: pisanie dla początkujących 

SOBOTA

12:00-13:25 [PANEL DYSKUSYJNY] Gdzie ci mężczyźni? Geralt z Rivii i inni bohaterowie fantasy (Marcin Kowalczyk, Wojciech Zembaty, Agnieszka Hałas, Milena Wójtowicz, mod. Michał Cetnarowski)

18:00-18:55 [PANEL DYSKUSYJNY] Fantastyczny fuck-up (Agnieszka Hałas, Grzegorz Wielgus, Elżbieta Żukowska, Dominika Tarczoń, mod. Adrianna Michno)

19:00-19:55 [PANEL DYSKUSYJNY] Dwa lata Hardej Hordy (Aleksandra Janusz, Agnieszka Hałas, Magdalena Kubasiewicz, Milena Wójtowicz)


Bliżej połowy lipca, jeśli wszystko dobrze pójdzie, znowu pojedziemy z mężem w góry. Beskid Niski nas kusi mimo tropikalnych temperatur, zresztą przeżyliśmy już niejedną wycieczkę w upale. W najgorszym razie będziemy wstawać o świcie i wychodzić w trasę przed szóstą rano.

I na koniec ciekawostka z frontu kociego. Mój ojciec kilka dni temu sfotografował rzadką scenę, Ofelia i Sammet zmożone upałem zaległy w odległości mniejszej niż półtora metra od siebie. Sielanka trwała całe pięć minut, bo w chwilę po pstryknięciu migawki królewna o białych łapkach zaczęła hyczeć i się stroszyć.






2018-01-26

Legenda o martwych rybach



Niedawno dałam się namówić na przeczytanie i zrecenzowanie zbioru opowiadań Davida Vanna pt. Legenda o samobójstwie. Książka głośna, częściowo inspirowana faktami, w nieco podobnym stylu jak Szklany klosz Sylvii Plath (tytułowe samobójstwo popełnił ojciec autora), zdobyła sporo nagród. Czytałam ją z ciekawością, bo lubię ponurą, nieoczywistą prozę obyczajową. Nie spełniła moich oczekiwań w stu procentach, a swoje wrażenia po przetrawieniu całości określiłabym jako... skomplikowane. Z jednej strony lubię taką właśnie prozę - zwięzłą, z wyrazistymi obrazami, z ładną i czytelną symboliką (te ryby powracające jak refren!). Z drugiej - bohaterowie Legendy... są tak mi obcy światopoglądowo, tak niesympatyczni i zwyczajnie, po chamsku głupi, że rozpaczliwie brakowało mi empatii. Jako nastolatka zanudziłabym się i przerwałabym lekturę w połowie; teraz z poczucia obowiązku doczytałam do końca, ale czerpiąc z tego wyłącznie satysfakcję intelektualną i ani grama emocjonalnej. Jestem czytelnikiem, a nie krytykiem literackim, i wydaje mi się, że książki czyta się jednak "dla smaku" tudzież przyjemności, a nie dla umęczenia duszy, ale może to znak mojego plebejskiego gustu... Jedno, co tej książce zaliczę na plus, to że faktycznie zapada w pamięć (zwłaszcza opis tego, jak jeden z bohaterów targał ze sobą gnijące zwłoki w śpiworze). Bardziej stonowany (żeby nie rzec - dyplomatyczny) zapis moich wrażeń z lektury Legendy o samobójstwie znajdziecie w Esensji. 




2017-09-26

Wznowione "Pośród cieni" dostępne w przedsprzedaży


Mam dobrą wiadomość dla tych, którzy przeczytali Dwie karty i niecierpliwie czekają na ciąg dalszy. Premiera wznowienia Pośród cieni, drugiego tomu cyklu Teatr węży, została oficjalnie zapowiedziana na 10 października. W Empiku można już zamawiać książkę w przedsprzedaży, tradycyjnie z rabatem 26%. 

Po prawej - okładka. Jak Wam się podoba?

(Aktualizacja 06.06.2019 - zmieniłam okładkę na tę, która faktycznie poszła do druku, komentarze pod postem odnoszą się do pierwszej wersji grafiki.)


W związku z premierą wznowienia na sieci pojawiły się też nowe recenzje Dwóch kart - pozwalam sobie zalinkować dwie szczególnie interesujące:

Micha kultury - Poznajmy mroczny świat Zmroczy

Opinia o książce na blogu Chiara76.blox.pl