2020-01-18

Proza życia i lepiejów o tłumaczach ciąg dalszy


Od kilku dni siedzę z katarem w domu (na szczęście to nie ten kaliber zarazy, co niesławne Falkonowe zapalenie krtani), kicham, marudzę i usiłuję wytrwale walczyć z książką. Chwalebnie mam już napisane 13 rozdziałów (trzynasty jeszcze w stanie mocno surowym), 466 tys. znaków. Powtarzam sobie, że jeszcze tylko 5 rozdziałów, epilog i będę WOLNA! (A po krótkim odpoczynku czeka mnie poprawianie. I poprawianie. I jeszcze więcej poprawiania. Ale sto razy wolę poprawiać niż pisać!!!)

Rozmyślam też niezobowiązująco o planach strategicznych na drugą połowę 2020 (do końca czerwca jestem obłożona tłumaczeniami), na 2021 i 2022. Wspominałam już w poście noworocznym, że mija 10 lat, odkąd wróciłam do Polski i zmieniłam branżę z naukowej na tłumaczeniowo-literacką. To dobry moment, żeby popatrzeć wstecz, podsumować sukcesy i porażki, ocenić wszystko bardziej całościowo i wyciągnąć wnioski, co też staram się uczynić, oby z lepszym skutkiem niż 10 lat temu i 5 lat temu (nie jestem zadowolona z niektórych podjętych wówczas decyzji, oj, nie jestem). Zawsze byłam wyznawczynią zasady "jeśli coś w twoim życiu ci przeszkadza, a możesz to zmienić, ogarnij się i zmień" i myślę, że krok po kroku będę wdrażać plan naprawczy - muszę tylko ustalić, jak powinien wyglądać i o które cele jest w tej chwili sens walczyć. Jeśli ostatnia dekada czegoś mnie nauczyła, to tego, że 1) czas jest na wagę złota, 2) nie da się osiągnąć wszystkiego naraz (ale można próbować mierzyć wysoko).

Odpowiadając na pytania, które przewijają się tu, na Fb i na Instagramie - powstający aktualnie piąty tom "Teatru węży" pod roboczym tytułem "Czerń nie zapomina" ma zamknąć wątki z tego cyklu, natomiast nie będzie to (mam nadzieję) koniec mojej przygody z uniwersum Zmroczy ani z Krzyczącym w Ciemności. Zdecydowanie planuję jeszcze wracać w przyszłości do tego świata i pisać o tej postaci. Jednak następna książka będzie na 100% osadzona w innym świecie i innej konwencji, bo świat Zmroczy chwilowo trochę mnie zmęczył i potrzebuję odskoczni. 

O innych rozkminach, planach i marzeniach sklecę prędzej czy później osobny post. A tymczasem, żeby było weselej, łapcie zdjęcie Ofelii w wariancie "zerkam czujnie" (do rodziców przyszedł gość i kocica też zapragnęła integrować się towarzysko w salonie).





Z innej beczki: na Forum Tłumaczy Literatury zbiorowa głupawka lepiejowa trwa w najlepsze kolejny dzień, a towarzystwo robi się tylko coraz bardziej kreatywne! Podziwiajcie!


„Lepiej nago spać na dworze, niż poprawiać po autorze.” 


„Lepiej się na sznurze kiwać, niż swój własny tekst sczytywać.

„Lepsze w łóżku szczyny kota, niźli wierszowane motta.”


„Lepsza w gaciach lisia kita, niż niepodpisany cytat.” 

„Lepiej szukać dziury w całym, niż tłumaczyć kryminały.”

„Lepiej w szambie moczyć nogi, niż tłumaczyć monologi.”


„Lepiej zbierać niedopałki, niż tłumaczyć opis walki.”

„Lepiej fizys mieć mutanta, niż tłumaczyć debiutanta.”

„Lepiej nie mieć na schabowy, niż tłumaczyć bez umowy.”

„Lepiej składać zapalniczki, niż tłumaczyć bez zaliczki.”

„Lepiej z jeżem zlec w pościeli, niż tłumaczyć przy niedzieli.”

„Lepiej z żulem pić z baniaka, niż tłumaczyć na głodniaka.”

„Lepiej czołgać się przez gruzy, niż tłumaczyć coś dla Muzy.”

„Lepiej zjeść coś niedobrego, niż tłumaczyć dla Czarnego.”

„Lepiej palcem w … gmerać, niż tłumaczyć dla Ambera.”

„Lepiej gryźć od spodu ziemię, niż tłumaczyć w PWN-ie.”

„Lepiej leczyć wściekłe słonie, niż zatrudnić się w Bellonie.”

„Lepiej mieć orgazmy słabe, niż tłumaczyć dla WuABe.”


„Lepiej krosty mieć na pysku, niż tłumaczyć coś dla Zysku.” 

„Lepszy hummus z butaprenem, niż umowa z PWN-em.”

„Lepiej już siać mak w Iraku, niż tłumaczyć coś dla Znaku.”

„Lepsza zguba w czarnej matni, niż Arkady jako płatnik.”

„Lepiej się na drzewie huśtać, niż z tandety robić Prousta.”

„Lepiej dostać w łeb kaloszem, niż tłumaczyć chłam za grosze.”

„Lepiej pypeć mieć w odbycie, niż tłumaczyć całe życie.”


And the winner is…

„Lepiej odpoczywać w piachu, niż się męczyć w naszym fachu.”

No czyż nie? XD



2020-01-14

Chwila styczniowej prokrastynacji i lepieje o tłumaczach


POWINNAM PISAĆ książkę. Bardzo powinnam! Więc co robię? Klecę wpis na blogu, no przecież!!! (Wmawiam sobie, że wybiłam się z rytmu, bo wczoraj zamiast pisać ogarniałam zlecenie - poprawiałam 3300 słów tekstu naukowego w lengłydżu.)

Piąty tom "Teatru węży" dobił chwalebnie do 12 rozdziałów i ok. 450 tys. znaków, piszę teraz rozdział trzynasty. Tak wyglądają notatki do sześciu ostatnich rozdziałów i epilogu:




Szwankuje mi touchpad w laptopie - przyciski odmawiają posłuszeństwa, więc miauż nabył mi pod choinkę dosyć luksusową mysz dla graczy (nie jestem graczką, chodziło o to, żeby ustrojstwo nie popsuło się po paru miesiącach). Niestety nikt z rodziny nie zapytał, co dostałam od męża na Gwiazdkę, więc nie mogłam wywołać konsternacji odpowiedzią, że mysz... 

A z rzeczy milszych i weselszych - na facebookowym Forum Tłumaczy Literatury wybuchła wczoraj spontaniczna zbiorowa głupawka i powstało kilkadziesiąt "lepiejów" o trudnej doli tłumacza. Pozwoliłam sobie spisać najlepsze (najlepiejsze?) i wrzucam je tutaj, żeby nie przepadły w mrokach niepamięci!


„Lepiej w beton walnąć czołem, niż tłumaczyć chłam z mozołem.”

„Lepiej spić gromadę Brytów, niż promocji oddać tytuł.”

„Lepiej w błocie kopać rowy, niż wciąż miewać złe umowy.”

„Lepsza mózgu już dysfunkcja niż autorska interpunkcja.”

„Lepiej spotkać w sklepie Szydło, niż tłumaczyć romansidło.”

„Lepiej dupą zasiąść w łajnie, niż wciąż myśleć o dedlajnie.”

„Lepiej golnąć sobie z rańca, niż tłumaczyć popaprańca.”

„Lepiej wypić beczkę wina, niż tłumaczyć harlequina.”

„Lepiej w Sejmie mieć praktyki, niż tłumaczyć erotyki.”

„Lepiej w cwale zgubić lejce, niż erotyk mieć w kolejce.”

„Lepsze życie w celibacie, niż erotyk na warsztacie.”

„Lepiej żoną być potwora, niż mieć złego redaktora.”

„Lepiej szczura zjeść w potrawce, niż skąpego mieć wydawcę.”

„Lepiej z sitkiem ganiać mrówki, niż poprawiać literówki.”

„Lepsza zgaga od poranka niż ambitna grafomanka.”

„Lepiej się zakrztusić keksem, niźli męczyć się z indeksem.”

„Lepiej władzy mieszać szyki, niż dziecięce tłuc wierszyki.”

„Lepiej w lesie tropić dziki, niż tłumaczyć dla Repliki.” 
(Lepiej autorstwa dziewczyny, która procesowała się z Repliką o zapłatę za przekład...)

„Lepiej zmoknąć od ulewy, niż wciąż czekać na przelewy.”

„Lepiej krzywić się szkaradnie, niż tłumaczyć co popadnie.”

„Lepiej siedzieć z wieprzem w chlewie, niż na warsztat brać badziewie.”

„Lepiej chodzić bez odzieży, niż tłumaczyć dla młodzieży.”

„Lepiej wdepnąć w klocki Lego, niż tłumaczyć coś tak złego.”


I na deser:

„Lepiej wybrać opętanie, niż wysyłać znów wezwanie (do zapłaty).”


Dwa z powyższych są mojego autorstwa. Ciekawe, czy ktoś zgadnie, które? (Podpowiedź: są zapisane jeden pod drugim i zawierają wspólny motyw.)



2020-01-03

Latający dywan, klasa biznes


Wyszłam sobie w Nowy Rok na spacer po osiedlu, ciesząc się, że po kilku dniach okropnie przybijającej aury (źle znoszę szarą, wilgotną pogodę z nisko wiszącymi chmurami) nareszcie pokazało się słońce i trochę błękitnego nieba. Z zadowoleniem odnotowałam, że chodniki są jakby mniej zaśmiecone pozostałościami fajerwerków, niż to bywało w poprzednich latach. A przy ulicy Poligonowej, przy ścieżce rowerowej obok kontenerów na używaną odzież, moje oko przykuł taki oto obrazek:




Szybciutko wyciągnęłam telefon i zdjęcie "kącika wypoczynkowego" pofrunęło na Fb oraz Insta. Komentarze tak mi się spodobały, że przeklejam je tutaj.

"Latający dywan klasa biznes. Proste."

"INTO THE NEW DECADE!"

"Lądowanie awaryjne?"

"Łap dżina, może ma jeszcze jakieś wolne życzenia?"

"Przyleciał na dywanie, ale coś się stało..."

"Zima, normalka. Te petardy to zestaw rozruchowy do dywanu, ale widać jednak za słabe były."

"Albo klasycznie, przyleciał z tym wszystkim w kufrze i mu się spalił od fajerwerków."

"Być może Bagaż przestraszył się fajerwerków i uciekł. Ten tego, oddalił się dostojnie polować na głupków od petard. Omniom niom."

* * *

Spacer był oczywiście połączony z solidną dawką noworocznych refleksji. Dużo rozmyślam ostatnio o całej minionej dekadzie, bo z końcem stycznia 2020 upłynie dokładnie 10 lat, odkąd obroniłam doktorat, wróciłam z Niemiec do Polski, dokonałam wolty zawodowej i rozpoczęłam nowy etap życia jako wolny strzelec na umowach wydawniczych. Na przestrzeni tej dekady przez 90% czasu byłam tłumaczką na pół etatu i niszową autorką fantastyki na pół (lub trochę mniej) etatu, poza rokiem 2015, kiedy zajmowałam się praktycznie tylko tłumaczeniami. Powiem tak: o ile z każdym rokiem bardziej doceniam decyzję, żeby zrezygnować z kariery naukowej i myślę, że zrobiłam to w dobrym momencie, to nie jestem zadowolona (delikatnie mówiąc) z owoców niektórych innych decyzji podejmowanych w ciągu tych dziesięciu lat i generalnie mam poczucie, że mądrzeję za późno. Zamiast układać listę drobiazgowych postanowień noworocznych, których potem nie udaje się dotrzymać, w tym roku próbuję najpierw ustalić cele strategiczne i oddzielić nierealistyczne marzenia od tych, o które można i trzeba zawalczyć. Pewnie jeszcze wrócę do tego tematu.



2020-01-01

Noworocznie (noc kotów i sowy)


Fajerwerki odpalone, szampan wypity, świąteczny nastrój ulotnił się nie wiadomo kiedy. Budzimy się późnym rankiem, jest cicho i pochmurno, na pustych chodnikach walają się pozostałości rac. Ostatecznie i nieodwracalnie nastał rok 2020. Mam skończone 39 lat, groza!


Kiedy byłam młoda, moje Sylwestry potrafiły wyglądać różnie - od niezbyt hucznej, ale wesołej osiemnastki na przełomie 1998/99, poprzez odrobinę smętne powitanie nowego milenium (przyszła tylko dwójka znajomych, pożegnali się jakoś koło północy, a potem, żeby nie złapać doła, do rana pisałam opowiadanie "W zamian", które ukazało się później w Fenixie nr 4/2000), po wyjazd na RPG-owego Sylwestra do Łodzi na przełomie 2000/01 (zawiozłam tam pyszny tort urodzinowy zrobiony przez moją babcię i jeden jedyny raz w życiu wzięłam udział w LARP-ie - z kompletnie obcymi ludźmi, byłam NPC-em, całkiem fajnie się bawiłam). Łączyło je jedno: zawsze witałam Nowy Rok na trzeźwo. Przez długie lata w ogóle nie piłam alkoholu, bo mi nie smakował, dopiero po trzydziestce zdarza mi się czasami skosztować wina w ilości pół kieliszka.

Od kilku lat nie świętuję już urodzin w sensie urządzania imprezy sylwestrowej, może kiedyś mi się odmieni. Tym razem najpierw niezobowiązująco słuchaliśmy z miaużem muzyki we dwójkę, a przed północą poszliśmy do moich rodziców, wznieśliśmy z nimi toast winem musującym, posiedzieliśmy przy kominku, zjedliśmy serniczek i patrzyliśmy z okna na fajerwerki. W tym roku strzelania było mniej niż w poprzednich latach - koty najpierw się pochowały, ale szybko wychynęły z kryjówek i przyszły z powrotem do salonu. A kiedy o wpół do drugiej nad ranem wracaliśmy przez puste osiedle, obok lasku przy kościele wyraźnie słyszeliśmy pohukiwanie SOWY! (Parafrazując tytuł pewnej powieści fantasy można powiedzieć, że była to noc kotów i sowy...)

Wpis noworoczny nie może się obejść bez życzeń. A zatem! Wszystkim czytającym te słowa życzę zdrowia, optymizmu, energii do pracy, ciekawych lektur i udanych wyjazdów. Dużo zdrowia dla Waszych pupili (kotów, psów, chomików, świnek morskich, legwanów i co tam jeszcze hodujecie). Niech Wam się szczęści w zamierzeniach zawodowych, osobistych i twórczych. Niech realizacja planów przebiega gładko. Niech depresja poddaje się leczeniu, a przeciwności zwalczaniu. I niech przyjaciele będą na wyciągnięcie ręki, nawet jeśli fizycznie przebywają po drugiej stronie globu.

Szczęśliwego Nowego Roku! 



Ofelia sylwestrowa.



Ignit sylwestrowo-noworoczny.

2019-12-30

Podsumowanie roku 2019





No to chyba pora na podsumowanie roku 2019...

To był dla mnie całkiem dobry rok, zwłaszcza z pisarskiego punktu widzenia. Po pierwsze i najważniejsze - ukazał się drukiem "Śpiew potępionych", czwarty tom cyklu żmijowego, i zebrał entuzjastyczne recenzje. Ukazały się trzy moje opowiadania: "Schronisko" (Fenix Antologia 1(5)/2019), "Jest nad zatoką dąb zielony", zwane też opowiadaniem leningradzkim (antologia "Harda Horda") i "W krainie sylfów" (darmowy ebook wydawnictwa Rebis). Czwarte napisane w 2019 opowiadanie, "Róże świętej Elżbiety", ukaże się w 2020.

W trakcie pisania (na zaawansowanym etapie) jest piąty tom przygód Krzyczącego w Ciemności, "Czerń nie zapomina".


Na froncie promocji i autoreklamy również działy się rzeczy miłe, a nawet bardzo miłe. Przede wszystkim uczestniczyłam w cudownej akcji promocyjnej antologii Hordy. W pamięć zapadło mi zwłaszcza szaleństwo podpisywania książek na Warszawskich Targach Książki na Stadionie Narodowym - więcej na ten temat przeczytacie w świetnym reportażu uczestniczącym Anny Nieznaj pt. Wespół w zespół. Spojrzenie zza kulis. Ale na tym nie koniec! W czerwcu po raz pierwszy w życiu pojechałam na Seminarium Literackie Śląskiego Klubu Fantastyki i wygłosiłam tam prelekcję o świecie Zmroczy, której lwią część można znaleźć teraz w sieci w formie podcastu. Poza tym odwiedziłam Wrocławskie Dni Fantastyki, Copernicon, Krakowskie Targi Książki i Falkon, pod linkami znajdziecie relacje i zdjęcia. 
Latem wystąpiłam też (króciutko) w warszawskim radiu.





Harda Horda w komplecie na Warszawskich Targach Książki.


Oprócz wyjazdów zaliczyłam dwa spotkania autorskie w Lublinie - jedno w Zespole Szkół Włókienniczych, drugie (wspólnie z Anną Nieznaj) w bibliotece Biblio (to tam objawił się niezwykły człowiek, który w połowie naszego spotkania autorskiego postanowił wyjść na środek sali i deklamować "Panią Twardowską").

Z osiągnięć niepisarskich - przetłumaczyłam cztery bardzo fajne opowiadania, wszystkie gorąco polecam (Megan Lindholm, "Srebrna Dama i facet po czterdziestce" - Fenix Antologia 1(5)/2019; Michael Swanwick, "Konik z Dalarny" - NF 05/2019; Linda Nagata, "Marsjański obelisk" - NF 07/2019; Dave Hutchinson, "Babilon" - NF 12/2019) i rozpoczęłam tłumaczenie dwóch książek, które będę dokańczać już w 2020, kiedy ogarnę się z piątym tomem.


Udało się trochę ożywić dział literacki "Esensji", od stycznia do listopada ukazało się u nas 15 opowiadań (to, które miało ukazać się w grudniu, niestety trafi do serwisu dopiero na początku stycznia 2020). Szczególnie polecam następujące perełki:

Poza tym już szósty rok z rzędu prowadziłam w Lublinie warsztaty literackie w siedzibie Cytadeli Syriusza przy ul. Lwowskiej. W semestrze letnim i zimowym odbyło się łącznie 12 spotkań. Warsztaty będą kontynuowane w roku 2020. Uwaga, możliwe jest uczestnictwo korespondencyjne - osoby zainteresowane takowym zapraszam do kontaktu przez e-mail!





Widok na ośnieżone Tatry ze szlaku na Radziejową.


Ze spraw niezawodowych - udało nam się z Jerzym dwukrotnie pojechać w góry, do Piwnicznej w maju i do Jaślisk w sierpniu. Pracuję intensywnie nad tym, żeby zadeptać na śmierć kolejną parę butów górskich! Pod linkami znajdziecie krótkie relacje z obu wyjazdów i sporo zdjęć.

Kiedy wracam pamięcią do podsumowań roku 2018roku 2017 i roku 2016, oczywiście wierzyć mi się nie chce, że czas biegnie tak szybko i ledwie się obejrzę, już zrobi się grudzień 2020... Nie wszystko układa się tak, jak bym chciała, przez cały czas gryzie mnie mnóstwo wątpliwości i huśtawek związanych z pisaniem, i w sumie nie wiadomo, w jakim kierunku będę szła dalej (mogę mieć w nadchodzącym roku trudne decyzje do podjęcia). Ale tymczasem jestem tam, gdzie jestem, piszę piąty tom "Teatru węży" i tego się trzymamy.

Dziękuję, że jesteście, czytacie i motywujecie mnie do pracy! Brune, Zazel, demonessa i cała reszta czarno-srebrnego towarzystwa kłaniają się i pozdrawiają! 


2019-12-23

Wigilijnie


Nie wiadomo kiedy upłynął kolejny rok, i już za pasem kolejna Wigilia, kolejne Święta… Nasza choinka już ubrana, śledzie naszykowane (w tym roku zaeksperymentowałam i zrobiłam śledzie w zalewie musztardowo-korzennej z dużą ilością kardamonu, ciekawe, czy będą jadalne?), większość prezentów spakowana, dziś planuję gotować barszcz i kapustę z grochem, jutro kompot z namoczonego dziś suszu.


Boże Narodzenie to szczególny czas. Z jednej strony w symbolice chrześcijańskiej jest to święto radosne i pełne nadziei, celebrujące narodziny Zbawiciela (opowieść o Dzieciątku urodzonym w stajence, owiniętym w pieluszki i położonym w żłobie jest urocza i nieprzypadkowo od tylu wieków przewija się jako motyw w sztuce). Z drugiej strony – tradycja chrześcijańska wchłonęła i przetworzyła starsze obrzędy powiązane z zimowym przesileniem (zwycięstwo dnia nad nocą, światła nad ciemnością), a zimowe przesilenie było według wierzeń słowiańskich jedną z dat, kiedy na ziemię powracają dusze zmarłych, błąkają się o zmierzchu i przychodzą do domostw. To dla nieżyjących przodków pierwotnie stawiano na stole puste nakrycie i dla nich szykowano potrawy zawierające mak (roślina powiązana symbolicznie ze snem, śmiercią i życiem pozagrobowym).

Dziś, w epoce kapitalizmu, na Zachodzie Boże Narodzenie kojarzy się coraz bardziej z gigantyczną machiną handlowo-promocyjną (te wszystkie podświetlane dekoracje, choinki w witrynach sklepowych, Mikołaje i renifery oraz dzikie tłumy w centrach handlowych). Warstwa religijna – opłatki, kolędy, wyjście na pasterkę – w jednych domach jest ważniejsza, w innych mniej ważna. Ale tak naprawdę, jeśli zajrzeć pod powierzchnię, to cała warstwa świątecznych atrakcji - wigilijne pyszności, lampki i bombki na choince, prezenty zapakowane w kolorowy papier – nie maskuje faktu, że Wigilia pozostaje świętem duchów. Bo ludzie spotykają się co roku przy zastawionym stole i widzą, kogo zabrakło. Bo wspominamy wszystkie minione Gwiazdki, a wraz z nimi rzeczy, które pochłonął czas, i ludzi, których już z nami nie ma.

Wszystkim, którzy tu zaglądają, życzę spokojnych Świąt. Smacznych śledzi i karpi, jeśli lubicie. Odpoczynku, czasu z bliskimi i czasu dla siebie. I tego, co najważniejsze w symbolice Bożego Narodzenia: światełka wśród ciemnej, długiej, zimnej nocy.




2019-12-19

Grudniowe kocie nieszczęście, czyli Sammet w abażurze



Nadszedł moment, kiedy muszę trochę przystopować z pracą, bo do grafiku doszła rozpiska obowiązków przedświątecznych – od dzisiaj aż do Wigilii zasadniczo mam co robić w każdy dzień… Dokupienie reszty prezentów (część nabyłam z wyprzedzeniem, ale nie wszystkie, i był to błąd), sprzątanie mieszkania, ubranie choinki u rodziców, szykowanie barszczu, kapusty, kompotu i śledzi korzennych. Wczoraj po raz pierwszy w życiu stoczyłam samodzielnie EPICKĄ batalię z uszkami do wigilijnego barszczu: nadzienie z pieczarek, ciasto, lepienie. Nie wszystko wyszło idealnie, wiem już, co muszę następnym razem zrobić inaczej. W bonusie powstał sos pieczarkowy na dzisiejszy obiad, bo miałam nadmiar farszu. Uszek jest 64 (dwa brzydkie pożarłam zaraz po ugotowaniu, jedno pożarł miauż) i powędrowały dzisiaj do zamrażarki, a w Wigilię będę drżała, czy nie rozkleją się podczas odgrzewania.

Ale dzisiejszy wpis nie będzie traktował o przygotowaniach świątecznych, tylko (z małym opóźnieniem) o kolejnej kot-story.

Bury książę Sammet w przeciwieństwie do rozważnej Ofelii ma niestety pecha do perypetii zdrowotnych. Kiedy go znaleźliśmy w czerwcu 2014, był horrendalnie niedożywiony, miał koci katar, zapalenie uszu i grzybicę – sukcesywne leczenie tego wszystkiego trwało prawie dwa miesiące. Od tamtej pory kitku zaliczyło jeszcze złamanie tylnej łapy w lipcu 2016 (w pakiecie z niebezpiecznym przytkaniem jelit wylizaną sierścią po zdjęciu gipsu), a ledwie parę miesięcy później zapalenie spojówek w obu oczach oraz koszmarnie bolesny ropień w przedniej łapce przy pazurze, wymagający operacji w znieczuleniu (pazur na szczęście udało się uratować). Po ropniu na dłuższy czas zapanował spokój, ale teraz Sammecik chyba zatęsknił za wizytami w Lubelskiej Poliklinice Weterynaryjnej, zastrzykami i Abażurem Wstydu, bo zafundował sobie ropień nr 2, tym razem na grzbiecie. A było to tak:

Drugiego grudnia Sammet przyszedł z dworu z widocznym skaleczeniem w okolicy łopatek. Skaleczenie nie było specjalnie duże, miało postać kilkucentymetrowej krwawej rysy pod futrem. Nie wyglądało to groźnie, ale kot wyraźnie komunikował, że coś mu w tym rejonie przeszkadza i go boli. Na drugi dzień rano znowu wyszedł na dwór, zaś kiedy wrócił, auć, drama: miał na grzbiecie pozlepiane futro wokół łysego placka, a pośrodku okrągłą, brzydką, krwawiącą ranę... Zapakowaliśmy drania w transporter i zawieźliśmy do kliniki, gdzie pan doktor powiedział "uuu" tonem Osoby Będącej Pod Wrażeniem i zdiagnozował kawernę po pękniętym ropniu wielkości dużego orzecha włoskiego (!). Kitku musiało zostać na kilka godzin w szpitalu – wygolono mu fragment grzbietu wielkości mojej dłoni, ranę przepłukano roztworami nadmanganianu potasu i metronidazolu, podano antybiotyk i lek przeciwbólowy. Sammet podobno „trochę się awanturował” (podejrzewam, że jak zwykle zachowywał się poniżej wszelkiej krytyki, tylko pan doktor eufemistycznie to ujął). Oddano nam go w Abażurze Wstydu, z przykazem, żeby przez najbliższy tydzień siedział w domu i dostawał codziennie zastrzyki z antybiotyku.

No dobrze, ale skąd w ogóle ta rana? Najpierw podejrzewaliśmy, że biedak mógł się skaleczyć, przełażąc pod ogrodzeniem z siatki, ale po wygoleniu futra na kocim grzbiecie pokazały się też płytsze skaleczenia sugerujące, że ropień jest efektem pogryzienia przez innego kota w ostrej walce (ponoć najczęstsza przyczyna ropni u kotów), jak również kolekcja starych blizn świadcząca o tym, że to nie pierwszy ani dziesiąty raz, kiedy Sammeta coś pogryzło…

Bury książę, przyzwyczajony do swobody, zawsze koszmarnie źle znosi zakaz wychodzenia, więc oczywiście szybko zaczęły się hocki z korzystaniem z kuwety (nie wdając się w szczegóły – łobuz tak obficie zasikał i „zaminował” jedną z owczych skór w salonie rodziców, że ekspresowo wylądowała w śmietniku) oraz błagalne operowe śpiewy przed drzwiami wejściowymi. Rana na grzbiecie goiła się szybciutko, prawie w oczach. Po pięciu dniach kot samodzielnie wyzwolił się z abażura, ewidentnie stwierdziwszy, że nie jest w stanie już tolerować tego paskudztwa ani przez minutę dłużej. A szóstego dnia, no cóż, miała miejsce taka sytuacja: szykowaliśmy się z ojcem, żeby pojechać do centrum handlowego. Staliśmy w przedpokoju, już w płaszczach i czapkach. Pod drzwi przylazł Sammet i kategorycznie domagał się wypuszczenia na dwór. Usłyszawszy stanowcze „nope” stanął w kącie, zadarł ogon, wypiął tyłek i patrząc nam prosto w oczy, z bezbrzeżną pogardą na mordzie nasikał obficie na ścianę. To był, moi drodzy, demonstracyjny sik nienawiści.

Następnego dnia zdecydowałam, że na moją odpowiedzialność można już wypuścić burą bestię na dwór. Jak pooooszedł, to przez trzy godziny nie wracał, mimo że brak futełka na grzbiecie o tej porze roku musi być zdecydowanie przykry... Futełko odrasta pomalutku, z doświadczenia wiem, że będzie odrastało przez co najmniej dwa miesiące.

Pan doktor podczas ostatniej kontroli podsumował, że Sammet tak się spieszył w plener, bo nie mógł się doczekać, kiedy w odwecie spuści manto temu kocurowi, który go pogryzł… 


Na zdjęciu - rana na kocim grzbiecie na drugi dzień po oczyszczeniu i założeniu abażura.