2019-10-08

Jonathan Carroll i inne atrakcje na Międzynarodowych Targach Książki w Krakowie


Kto się wybiera na 23. edycję Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie 24-27 października? Znam już plan atrakcji, które szykuje dla czytelników Dom Wydawniczy Rebis od piątku do niedzieli! Do Krakowa przyjadą pisarze, których książki czytałam ponad dwadzieścia lat temu, na początku liceum, kiedy zaczynałam swoją przygodę z fantastyką. A ja będę brylować tam przy nich jak dzielny karzełek wśród gigantów. 

ERRATA: 2 dni po publikacji tego posta dowiedziałam się, że niestety Tad Williams jednak nie dotrze do Krakowa, w związku z czym piątkowy panel o kreacji światów nieistniejących nie dojdzie do skutku. Szkoda :(

Zaktualizowany harmonogram autorów Rebisu wygląda tak:


PIĄTEK 25 października

16.00–17.00 – spotkanie z Jonathanem Carrollem związane z premierą jego najnowszej powieści Mr Breakfast (sala Budapeszt C)

17.00–18.00Jonathan Carroll podpisuje książki (stoisko D16)

18.00–19.00Robert Szmidt i Agnieszka Hałas podpisują swoje książki (stoisko D16)


SOBOTA 26 października

13.00–14.00Marta Orzeszyna podpisuje książkę Antoine de Paris. Polski geniusz światowego fryzjerstwa (stoisko D16)

15.00–16.00 – spotkanie z Hanną Cygler, autorką bestsellerowych powieści dla kobiet (stoisko D16)

16.00–17.00 – spotkanie z Jonathanem Carrollem w salonie Empik Rynek, Rynek Główny 23, Kraków

17.00–18.00Lech Majewski, pisarz, poeta, malarz i reżyser podpisuje swoje książki (stoisko D16)


NIEDZIELA 27 października

12.00–13.00Przemysław Semczuk podpisuje swoje książki (stoisko D16)

13.00–14.00Bernadeta Prandzioch podpisuje swoje książki (stoisko D16)

14.00–15.00Piotr Zychowicz zaprasza. Autor będzie podpisywał swoje książki, w tym najnowszą, Wołyń zdradzony (stoisko D16)



Będę miała również swoje punkty programu w sobotę, w bloku fantastycznym (uczestniczę w panelu Hardej Hordy o 12.00 i będę mieć spotkanie autorskie o 13.00)  szczegóły podam bliżej imprezy!


2019-10-05

Październikowa prokrastynacja, la, la, la


Mam do dokończenia krótkie tłumaczenie, korektę językową artykułu naukowego oraz POWINNAM PISAĆ, więc co zrobiłam, kiedy nadeszła sobota? To oczywiste: pomyłam wszystkie okna w mieszkaniu, wyczyściłam zlew w kuchni i usmażyłam dżem... Korektę właśnie robię (łamaną przez miniwpisik na blogu). Gdyby ktoś się zastanawiał, jak żyją autorzy i czemu nie dotrzymują terminów, to właśnie dlatego.

Pisanie piątego tomu Teatru węży chwilowo wygląda tak, że walczę z notatkami: znalazłam się w tym irytującym punkcie (w okolicach 1/3 objętości), gdzie człowiek traci pierwszy impet i widzi, które wątki z konspektu są do przeróbki. Na Coperniconie podczas panelu o debiutach Andrzej Pilipiuk stwierdził optymistycznie, że kiedy człowiek napisze dziesięć powieści, pisanie kolejnych staje się wyraźnie łatwiejsze. Pisząc swoją szóstą stwierdzam, że na razie łatwo nie jest - zawsze lepiej czułam się w krótkiej formie i to się, niestety, nie zmienia. Przynajmniej póki co.

Na dworze coraz zimniej i coraz jesienniej, więc podrzucam coś optymistycznego: łapcie piękne wspólne zdjęcie Ofelii i Sammeta! Ich miny mówią wszystko! Ktoś na Fb już skomentował, że wyglądają, jakby przyszły po haracz, ale jeden został na zewnątrz na czatach... (Tak naprawdę to Ofelia chciała wejść do domu przez drzwi balkonowe, a Sammet usiadł na parapecie, żeby ją zniechęcić. Wzajemna animozja niestety kwitnie i to już się raczej nie zmieni.)



2019-09-28

Tannhäuser w Wenusbergu (albo i nie)


Drodzy (lub drozdy, jak mawia się na Forum Tłumaczy Literatury), stał się cud: Zebrałam Się i NAPISAŁAM ten swój postmodernistyczny retelling opery Tannhäuser!

Zawsze miałam do tego dzieła mieszany stosunek. Wielbię warstwę muzyczną, odkąd po raz pierwszy usłyszałam uwerturę, która jest uznawana za jedną z najbardziej mistrzowskich kompozycji Wagnera (mnie zawsze kojarzyła się nastrojem z Władcą pierścieni - tak, właśnie ona, a nie którykolwiek fragment tetralogii o Nibelungach) i pieśń pielgrzymów z Aktu III. A co mi się nie podoba? Nie podoba mi się libretto, zaś konkretnie fakt, że główny konflikt dramatyczny* dotyczy opozycji między grzeszną miłością cielesną a wiarą w Boga. Zawsze wydawało mi się to prymitywnym rozłożeniem akcentów (i serio, Wenus jako najgorszy, najgroźniejszy, najbardziej podstępny z diabłów? Serio??) Już od bardzo, bardzo dawna chodziło mi po głowie, jak można by tę opozycję zamienić w coś ciekawszego: Persefona zamiast Wenus, wiedza tajemna i czarna magia zamiast grzesznej miłości. Nosiłam się z tym pomysłem przez długie lata, aż w końcu coś zaiskrzyło... i jest!

W mojej wersji Tannhäuserowi oczywiście nie zależy na papieskim rozgrzeszeniu, nie ma żadnej pielgrzymki do Rzymu, natomiast Elżbieta jest tą prawdziwą, świętą Elżbietą z Turyngii. Do tekstu tylnymi drzwiami zakradli mi się albigensi, jakoś tak z rozpędu opisałam szturm krzyżowców na miasto Béziers... nie pytajcie, wypadek przy pracy. Ogólnie opowiadanie wyszło troszkę inne niż planowałam, jest niezbyt mroczne, raczej prerafaelickie w stylistyce. Ale jestem z niego zadowolona!


*) Dla tych, którzy nie znają opery Wagnera, streszczę ją: rycerz i minnesänger Tannhäuser spędził długi czas w podziemnym królestwie Wenus jako jej kochanek, ale w końcu się znużył i postanowił wrócić na ziemię. Trafia z powrotem na zamek Wartburg, gdzie żyje zakochana w nim Elżbieta, siostrzenica Hermana, landgrafa Turyngii (wzorowana bardzo luźno na św. Elżbiecie z Turyngii, która nie była siostrzenicą landgrafa Hermana I, tylko żoną jego syna i następcy, Ludwika IV). Na dworze landgrafa 
Tannhäuser bierze udział w turnieju śpiewaczym razem z takimi sławnymi minnesängerami jak Walther von der Vogelweide i Wolfram von Eschenbach. Kiedy przychodzi kolej na jego występ, śpiewa bluźnierczy hymn ku czci Wenus i zmysłowej namiętności. Słuchacze orientują się, że przebywał w królestwie Wenus, i chcą go roznieść na mieczach. Elżbieta zasłania nieszczęśnika własną piersią, a landgraf ogłasza wyrok: Tannhäuser ma odbyć pielgrzymkę do Rzymu i błagać papieża o odpuszczenie grzechów. 

Rok później, wczesną wiosną, pielgrzymi powracają z Rzymu, ale Tannhäusera wśród nich nie widać. Elżbieta jest bliska śmierci i prosi niebiosa, aby ją zabrały, żeby mogła na tamtym świecie wyjednać łaskę dla Tannhäusera. Wynędzniały minnesänger w końcu powraca z pielgrzymki i opowiada swemu przyjacielowi, Wolframowi von Eschenbach, że papież odmówił mu rozgrzeszenia - stwierdził, że prędzej drewniana laska papieska wypuści liście i kwiaty, niż on rozgrzeszy człowieka, który przebywał w królestwie Wenus. Zrozpaczony Tannhäuser chce powrócić pod ziemię, do Wenus, i przyzywa ją, ale Wolfram w ostatniej chwili przypomina mu o Elżbiecie, która tu na ziemi modli się o zbawienie jego duszy. Wtedy z zamku wyłania się kondukt żałobny niosący ciało Elżbiety. Tannhäuser pada na jej zwłoki i umiera, a pielgrzymi zaczynają śpiewać, bo stał się cud: ich drewniane laski wypuściły liście i kwiaty na znak, że Bóg odpuścił grzesznikowi grzechy. Wzruszenie, katharsis, och i ach.

Obraz: John Collier, Tannhäuser w Wenusbergu (1901). Rynsztunek rycerza zupełnie anachroniczny (w XIII wieku nie noszono zbroi płytowych), natomiast cała stylistyka jest zaczerpnięta z obrazów religijnych z epoki Quattrocenta: postacie, pozy, nawet kolory wyglądają tak, jakby je namalował Piero della Francesca. Bardzo mi się podoba taka wysublimowana, elegancka i cudownie przekorna wizja Wenusbergu (zupełnie rozbieżna z ekstatyczną, dionizyjską muzyką, jaką Wagner powiązał z królestwem Wenus). Białe gołębie subwersyjnie nawiązują do symboliki chrześcijańskiej - w antyku były to ptaki poświęcone Wenus/Afrodycie.







2019-09-19

Wieści wrześniowe: warsztaty literackie i inne sprawy




Niby trwa jeszcze kalendarzowe lato, ale aura zrobiła się zdecydowanie jesienna. Wczoraj w Lublinie szaleńczo wiało, po przejściu piechotą kilku przecznic miałam tak potargane włosy, jakbym leciała na miotle... Lubię jesień, ale nie lubię zimy i na razie staram się nie myśleć o tym, że już do niej bliżej niż dalej.

Tymczasem październik niedługo zapuka do drzwi, a wraz z początkiem roku akademickiego startuje również kolejna edycja moich warsztatów literackich w siedzibie Lubelskiego Stowarzyszenia Fantastyki „Cytadela Syriusza” przy ul. Lwowskiej 12 w Lublinie. W semestrze zimowym odbędzie się 6 spotkań, zawsze w czwartki w godzinach 18:00 – 20:00.

Daty spotkań:

3 października
17 października
14 listopada
21 listopada
5 grudnia
19 grudnia

Wstęp wolny, nie trzeba się wcześniej nigdzie zgłaszać ani rejestrować! Warsztaty są przeznaczone dla uczestników od 16 lat wzwyż, omawiamy wyłącznie prozę (nie czuję się kompetentna w dziedzinie poezji), ale nie ograniczamy się do fantastyki, mainstream mile widziany. Nowi uczestnicy są proszeni o przyniesienie próbki tekstu (wystarczą 2–3 znormalizowane strony, ok. 3–5 tys. znaków ze spacjami) w postaci wydruku lub przysłanie tekstu przed warsztatami na adres halas.agn[et]gmail.com. Jeśli znacie kogoś, kto jest z Lublina i może być zainteresowany, proszę, podajcie te informacje dalej!

Druga ważna wiadomość – w dniach 25-26 października pojawię się na Międzynarodowych Targach Książki w Krakowie. W sobotę będę tam miała spotkanie autorskie (od dawna marzyłam o spotkaniu autorskim w Krakowie), wezmę też najprawdopodobniej udział w dwóch panelach. Szczegóły podam w październiku.

Na Coperniconie oficjalnie padła już informacja, że Harda Horda szykuje na przyszły rok drugą antologię. Niedawno powstały pierwsze opowiadania, kolejne są w trakcie pisania, ja intensywnie myślę nad swoim i robię research. Uwielbiam operę Wagnera Tannhäuser, ale nie cierpię jej libretta i chyba dojrzałam do tego, żeby napisać krótki, postmodernistyczny retelling, nawet jeśli nikt poza mną go nie doceni. Na razie doczytuję, robię notatki i układam sobie w myślach sceny. Dziś dowiedziałam się, że najwierniejszymi służkami św. Elżbiety z Turyngii były niejaka Guta i niejaka Isentruda von Hörselgau, które zeznawały później w jej procesie kanonizacyjnym - i właśnie kombinuję, jaką rolę odegrają w tekście.

Z całkiem innej bajki, z przemyśleń rozmaitych - poniewczasie żałuję, że zdecydowałam się zdjąć z sieci stary blog „Między kotem a komputerem” zamiast „tylko” przeprowadzić tam generalne sprzątanie: zmianę layoutu, zmianę czcionki i usunięcie niepotrzebnych wpisów, względnie takich, z którymi chciałam już być kojarzona (wpisy o magii). Lubię czasem odciąć się od czegoś, co wymaga dużo wysiłku, i po prostu zacząć od nowa, ale zaczynanie od nowa zawsze pociąga za sobą jakieś straty. W tym przypadku straciłam po pierwsze pozycję w wyszukiwarkach, a po drugie i ważniejsze – mnóstwo komentarzy pod notkami. Po ponad 2 latach od założenia nowego bloga znalazłam wreszcie trochę czasu, żeby przenieść ze starego te wpisy, które miały dla mnie największe znaczenie – na razie zdołałam przerzucić większość relacji z konwentów i wyjazdów górskich, na skopiowanie czekają jeszcze historie o tym, jak znalazłam Sammeta, jak Sammet wlazł na modrzew i jak latem 2016 roku leczyliśmy jego złamaną łapę – ale komentarzy niestety przenieść nie mogę, przepadło. Szkoda.

Na koniec jeszcze pozytywna informacja dla łowców okazji: w Empiku od 18 września do 1 października trwa festiwal fantastyki, kupując dwie książki z kategorii „Fantastyka” dostaniecie na drugą pozycję 50% zniżki! To dobra okazja, żeby się zaopatrzyć w brakujące tomy Teatru węży albo sprawić komuś prezent.





2019-09-17

Copernicon 2019 - sobota



Oto obiecana druga część relacji z Coperniconu 2019. Część pierwszą znajdziecie tutaj.

W sobotę czekał mnie przede wszystkim dosyć męczący maraton paneli. Pierwszy z nich - panel ekologiczny pt. To kiedy ten „Mad Max”? - rozpoczął się o dziesiątej. Udział wzięli: Robert E. Wegner, Cezary Zbierzchowski, Dominika Tarczoń i niżej podpisana, dyskusję moderował Artur Olchowy. Mieliśmy debatować przede wszystkim o efekcie cieplarnianym, a dyskusja rozpoczęła się od pytania, jakie oznaki kryzysu klimatycznego widzimy już dzisiaj i za ile lat zrobi się naprawdę źle. Wspomniałam o topnieniu czap lodowych w pobliżu biegunów i podnoszeniu się poziomu mórz, a także o pozytywnych sprzężeniach zwrotnych, które nakręcają zmiany klimatyczne (np. wzrost średnich temperatur na Ziemi = więcej susz = więcej pożarów lasów = więcej uwolnionego dwutlenku węgla). Momentami trochę odchodziliśmy od tematu (np. na samym początku dyskusja zdryfowała na zagadnienie smogu). Robert E. Wegner wetknął kij w mrowisko, wysuwając prowokacyjną tezę, że lasy nie pomagają zapobiegać kryzysowi klimatycznemu, bo jedno stare drzewo produkuje prawie tyle samo dwutlenku węgla ile wiąże (nie wiem, skąd zaczerpnął te dane). Usiłowałam z nim polemizować (liście zrzucane przez drzewa w klimacie umiarkowanym nie zamieniają się w dwutlenek węgla w ciągu jednego sezonu, poza tym drzewa pomagają w retencji wody oraz wytwarzają mikroklimat, obniżając temperaturę w cieniu). Rozmawialiśmy o tym, jakie mechanizmy napędzają kryzys klimatyczny (zużycie energii, deforestacja, transport lotniczy, produkcja plastiku) i czy zwykły konsument może cokolwiek zrobić, żeby poprawić sytuację. Z sali padały komentarze i uwagi, np. jeden ze słuchaczy zwrócił uwagę na problem jedzenia mięsa, a inny wspomniał, że najmniejszy ślad węglowy ma żywność produkowana lokalnie. Cezary Zbierzchowski stał na stanowisku, że uratować Ziemię może tylko energetyka atomowa, polecał też książkę popularnonaukową „Nauka o klimacie”.

W panelu o debiutach literackich pt. I wanna be a writer! uczestniczyli oprócz mnie jeszcze Andrzej Pilipiuk, Arkady Saulski, Marcin Podlewski, Kacper Kotulak, JeRzy Rzymowski oraz Katarzyna Czajka-Kominiarczuk, autorka bloga Zwierz popkulturalny i powieści Dwóch panów z branży (na samym początku panelu została zapytana „czy jesteś Katarzyną, czy Zwierzem” i odpowiedziała, że Katarzyną). Andrzej Pilipiuk zaczął od stwierdzenia, że autor, który chce pisać hobbystycznie, nic nie musi, natomiast autor, który chce się utrzymywać z pisania, powinien się nastawić na to, że przez najbliższe 10 lat musi pisać 2-3 książki rocznie. Opowiedział też o początkach swojej przygody z pisarstwem, o tym, jak Paweł Siedlar spotkał na plaży wariata piszącego w kajecie kolejne rozdziały dzieła pt. Norweski dziennik i o współpracy z magazynem Fenix. JeRzy zachwalał młodym pisarzom portal fantastyka.pl (okazało się przy okazji, że Kacper zaczynał swoją przygodę z pisaniem właśnie tam) oraz wyjaśnił, dlaczego vanity publishing to bardzo zły pomysł. Polecał też pisanie opowiadań jako świetny trening przed pisaniem powieści, z czym się zgadzam. Kasia i Arkady podzielili się kilkoma anegdotami z własnego doświadczenia. Kasia podkreśliła też, żeby nie przeceniać znaczenia debiutanckiej książki, bo debiut to dopiero początek literackiej drogi. Ja podsumowałam złotą myślą, że pisanie książek to maraton, a nie sprint.

Panel Hardej Hordy o czternastej prowadziła Agnieszka Zygmunt ubrana w sukienkę w tukany, a udział wzięły: Magdalena Kubasiewicz, Aleksandra Janusz, Milena Wójtowicz, Aneta Jadowska, Marta Kisiel, Ewa Białołęcka i niżej podpisana. Najpierw z przymrużeniem oka tłumaczyłyśmy, jakie mamy podejście do palenia mężczyzn na stosie. Konsensus był taki, że jeśli postanowimy kiedyś spalić jakiegoś szowinistę, będziemy umiały profesjonalnie pozbyć się zwłok, a tak na serio – nie, nie wyruszyłyśmy na krucjatę przeciwko połowie ludzkości, zrzeszyłyśmy się dla siebie, a nie przeciwko mężczyznom. Kiedy o 14:20 padło pytanie „czy kiedykolwiek czułyście się dyskryminowane jako pisarki fantastyki”, dziewczyny zaczęły przytaczać tyle przykładów różnych dziwnych sytuacji (stosunkowo łagodnym przykładem są recenzje komentujące wygląd autorki), że temat wyczerpałyśmy o 15:20... Aneta opowiedziała, jak Pewne Wydawnictwo zaproponowało jej sesję topless z dwoma nagimi modelami, a Ewa – jak SuperNOWA zażądała od niej 2000 dolarów za zwrot praw do Tkacza iluzji (skończyło się to przepisywaniem całej książki od nowa). Tradycyjnie mówiłyśmy też o tym, co nam daje Harda Horda: znacznie szersze możliwości promocji, możliwość konsultowania z koleżankami różnych zagadnień (np. czy zombie może pogryźć bohaterkę do krwi przez spodnie od dresu, albo jak opracować odżywczą dietę dla zombie zawierającą te same składniki co ludzki mózg), mnóstwo pozytywnej motywacji, wsparcie, głaski i pierniczki. W drugiej godzinie panelu Aneta przejęła mikrofon i wygłosiła małe, ogniste feministyczne przemówienie. Podpisałyśmy też kilkanaście egzemplarzy antologii Harda horda i zapowiedziałyśmy, że prace nad antologią nr 2 już trwają.

Z panelu Wydawanie w czasach Instagramu, który zaczynał się o szesnastej, niestety zwagarowałam, bo po sześciu godzinach panelowania zwyczajnie nie starczyło mi sił. Odpoczęłam na korytarzu, zjadłam bułkę, potem drugą bułkę, napiłam się wody i odżyłam na tyle, żeby pójść o siedemnastej na prelekcję Marcina Lewandowskiego Bestiariusz średniowieczny. Prelekcja miała formę pokazu slajdów - szkoda, że ze słabo czytelnym tekstem (możliwe, że zawinił rzutnik). Poznaliśmy krótką charakterystykę takich bestii jak bazyliszek (który wg wierzeń zabijał straszliwym smrodem, a pokonać go mogła łasica), wiwerna, amfisbena, smok i feniks, a także dziwnych legendarnych ras, jak jednonogowie, blemmjowie (bezgłowi ludzie, którzy mają oczy i usta na klatce piersiowej i są kanibalami) czy kynocefalowie (ludzie z głowami psów, uzbrojeni w dzidy, wspomina o nich Psałterz kijowski). Z wielu ciekawych informacji, jakie padły, zapamiętałam, że ilustracje w średniowiecznych bestiariuszach były zawsze utrzymane w tej samej tonacji barwnej (złoto, czerwień, błękit).

Po osiemnastej poszłam z Olą Janusz przejść się trochę po toruńskiej starówce i zrobiłam jej zdjęcie na tle panelu coperniconowego przy Collegium Minus, bo w swojej niebieskiej kurteczce ładnie do niego pasowała kolorystycznie. Potem udałam się na prelekcję popularnonaukową W co wierzą złoczyńcy? Prelekcja odbywała się w Collegium Minus, w małej salce, do której wcisnęło się około pięćdziesięciu osób – mniej więcej jedna trzecia obecnych siedziała na podłodze, zajmując dosłownie każdy metr kwadratowy wolnego miejsca. Prowadzący trochę się spóźnił, ale kiedy już przyszedł, mówił bardzo ciekawie. Omówił rytuały inicjacyjne w mafii sycylijskiej i chińskich triadach, mity założycielskie triad, yakuzy i mafii Afryki Południowej, obyczaje panujące wśród przestępców Afryki Południowej (podział na „złotych”, czyli wojowników, i „srebrnych”, którzy im usługują) oraz kult Santa Muerte w Meksyku, gdzie kartele narkotykowe są praktycznie bezkarne, policja skorumpowana i wielu obywateli budząc się rano nie ma pewności, czy przeżyją kolejny dzień.

O dwudziestej musiałam jeszcze się skupić i poprowadzić swoją drugą prelekcję – Przyczajony gwóźdź, ukryte powrósło: czary i przesądy w hodowli zwierząt. Opowieści o przesądach dotyczących hodowli owiec i bydła w Karpatach jak zwykle wzbudziły wesołość, zwłaszcza metoda wykrywania czarownic za pomocą deski z trumny. (Metoda polegała na tym, żeby wziąć deskę z trumny i patrzeć przez dziurę na sęku na kobiety idące w niedzielę do kościoła: ta, która ma na głowie wiadro, jest czarownicą...) Po dwudziestej pierwszej zmęczona, ale szczęśliwa ruszyłam w powrotną drogę do hotelu. I tak zakończyła się moja przygoda z Coperniconem 2019. Mam nadzieję, że za rok uda mi się wrócić do Torunia na Copernicon 2020.

A oto zdjęcia:


Aneta Jadowska, Marta Kisiel i Ewa Białołęcka przed panelem Hordy.


Od lewej: Agnieszka Zygmunt, Magdalena Kubasiewicz, Milena Wójtowicz, Aneta Jadowska i Marta Kisiel.


Publiczność na panelu Hardej Hordy.


Marta, Ewa i ja (zdjęcie z prywatnego archiwum Magdy Kubasiewicz).


Milena i Magda.


Ola z bannerem Coperniconu.


Najbardziej zatłoczona sala na tym konwencie (prelekcja W co wierzą złoczyńcy?)



2019-09-16

Copernicon 2019 - piątek


Copernicon, Copernicon, i po Coperniconie! Spędziłam na konwencie dwa wesołe, pełne wrażeń dni – piątek i sobotę (w niedzielę rano musiałam już zbierać się na dworzec). Wygłosiłam dwie prelekcje, uczestniczyłam w czterech panelach, z których każdy trwał prawie dwie godziny (z piątego zwagarowałam, bo nie starczyło mi sił: duch ochoczy, ciało mdłe) i znalazłam jeszcze czas, żeby zajrzeć na kilka innych punktów programu. Program był naprawdę imponujący: mnóstwo prelekcji na fascynujące tematy, szczerze żałowałam, że nie posiadam zdolności bilokacji. Poza tym jak zwykle robiłam zdjęcia innym ludziom, a mnie nie ma na żadnym (nie umiem w selfie).

Ponieważ PKP nie rozpieszcza mieszkańców Lublina (już trzeci rok remontują trasę do Warszawy przez Dęblin, remoooontuuuują i wyremontować nie mogą), do Torunia jechałam jedynym dostępnym bezpośrednim połączeniem – o 04:35 rano. Podziwiajcie moje poświęcenie! Dotarłam na miejsce tuż po jedenastej i zostałam zgarnięta z dworca 
(jeden z dużych plusów Coperniconu to fakt, że zawsze zapewniają przyjeżdżającym gościom transport z dworca i na dworzec) przez delegację organizatorów w osobie Joanny Wiśniewskiej, która wręczyła mi pakiet akredytacyjny: identyfikator na różowej smyczy, informator konwentowy oraz opakowanie pierniczków w czekoladzie. Zakwaterowano mnie w bardzo przyjemnym hotelu Kopernik położonym tuż przy toruńskiej starówce.

Punkty programu odbywały się w kilku dość oddalonych od siebie lokalizacjach, co miało ten plus, że chociaż konwent cieszył się – na oko – sporym zainteresowaniem i przyciągnął wielu przyjezdnych (po starówce przez cały czas krążyły duże grupy konwentowiczów z identyfikatorami), nie było dzikiego tłoku i zatorów na klatkach schodowych. Blok literacki i popkulturowy, panele i konkursy zlokalizowano w budynku Wydziału Matematyki i Informatyki, blok popularnonaukowy i azjatycki w Collegium Minus, blok dziecięcy w Książnicy Kopernikańskiej, a sesje RPG w Liceum nr 1 i 1A. W informatorze konwentowym oprócz tabel programowych znalazły się porządne, czytelne mapki wszystkich budynków oraz uproszczona mapka terenu konwentu.

W piątek o szesnastej poprowadziłam swoją pierwszą prelekcję – Nieporadnik młodego autora: pisanie dla początkujących (jeżeli ktoś chce tekst prelekcji, niech napisze do mnie maila na halas.agn[et]gmail.com, wyślę plik!) Później powędrowałam na prelekcję Antybohaterowie: za co ich kochamy? Niejaka Piekielna wytłumaczyła, jakie są kluczowe cechy antybohatera (nie chce dokonywać wielkich czynów, jego główną motywacją i pragnieniem jest mieć święty spokój, bywa głupcem, często wchodzi w rolę błazna) i co go odróżnia od antagonisty oraz bad guya. Przykładowi antybohaterowie to Shrek, McMurphy z Lotu nad kukułczym gniazdem, Garfield (jego dwie naczelne życiowe ambicje to spać i jeść lasagne), Forrest Gump, Deadpool, dr House, ale również Achilles (przebrał się za kobietę, żeby uniknąć udziału w wojnie trojańskiej). Loki nie jest antybohaterem, tylko antagonistą: chce dokonywać wielkich czynów, tyle że są to czyny, które przyniosą korzyść JEMU.

O osiemnastej stwierdziłam, że w zasadzie to jestem zmęczona, potrzebuję chwilę posiedzieć na uboczu, zjeść coś i napić się wody... Godzinę później zebrałam się i poszłam na prelekcję Marcina Podlewskiego Zagadnienie zła w literaturze fantastycznej. Prelekcja miała formę pokazu slajdów i dotyczyła form, jakie przybiera zło w najbardziej znanych dziełach literackich należących do trzech głównych konwencji fantastycznych (SF, fantasy, horror). Wśród omawianych utworów znalazły się oczywiście klasyki (Diuna, Solaris, Władca pierścieni, cykle Koło czasu i Kroniki Thomasa Covenanta Niedowiarka, Frankenstein, To) ale też takie mniej znane pozycje, jak książki Stefana Dardy zwanego „polskim Kingiem”.

O dwudziestej stawiłam się na panelu Jak szybko starzeje się fantastyka? Prowadziła go Klaudia Heintze, a uczestniczyli: Leszek Błaszkiewicz, Robert Wegner, Wojciech Becla, Dominika Tarczoń i niżej podpisana. Najpierw zastanawialiśmy się nad zagadnieniem, jakie motywy w literaturze fantastycznej pozostają „wiecznie żywe” (Leszek Błaszkiewicz wymienił motyw podróży w SF, ja – archetypiczne, baśniowe motywy dorastania i odkrywania prawdy o świecie oraz o sobie), a jakie szybko tracą atrakcyjność. Była mowa między innymi o przejściowych „modach” na określone tematy, które aktualnie skupiają na sobie uwagę opinii publicznej (jak strach przed wojną atomową w latach 50. czy cyberpunk w późnych latach 80.) W drugiej godzinie panelu przeszliśmy do omawiania filmów i gier komputerowych. Doszliśmy do wniosku, że najszybciej starzeje się SF, gdzie na pierwszym miejscu stoi technologia, a nie ludzie (bywa, że opisane w tekście nowinki technologiczne stają się przestarzałe już w momencie, gdy książka ukazuje się drukiem) oraz te filmy i gry, gdzie akcent został położony na olśniewanie efektami specjalnymi, a nie na fabułę. Z ciekawostek – Wojciech Becla wspomniał o nowoczesnej, superdrogiej kamerze, jedynej w Polsce, która jest w stanie nagrywać jakąś kosmiczną liczbę klatek na sekundę i wykorzystywana jest wyłącznie przy kręceniu reklam, bo tylko ich producenci dysponują dostatecznie wysokim budżetem... Zgodziliśmy się też, że istnieją dzieła ponadczasowe, które wyróżnia to, że skupiają się na człowieku i jego emocjach. Musieliśmy trochę walczyć z oporną materią w postaci rozładowujących się baterii w mikrofonach (odmawiające posłuszeństwa mikrofony były plagą, która prześladowała cały konwent).

Wszystkie panele na Coperniconie trwały godzinę i czterdzieści pięć minut – z jednej strony dobrze, bo dawało to czas, żeby gruntownie zagłębić się w temat, a z drugiej strony trochę źle, bo człowiek wychodził zmęczony... Opuściłam teren konwentu kwadrans przed dwudziestą drugą i spacerkiem przez starówkę (oświetloną i pełną ludzi, kwitnie tam nocne życie turystyczne) wróciłam do hotelu.

Druga część relacji jutro, a poniżej kilka zdjęć.












2019-09-10

Copernicon 2019 - rozkład jazdy



Czas biegnie jak błyskawica - nie wiadomo kiedy zrobiła się prawie połowa września, a to oznacza, że Copernicon tuż, tuż! Cieszę się, że znowu będę mogła pojechać do Torunia. W tym roku jakoś tak wyszło, że będę intensywnie się udzielać na panelach, ale poprowadzę też dwie prelekcje. Oczywiście po raz kolejny swoje punkty programu będzie miała na konwencie również Harda Horda - będą to sobotnie panele o 14:00 (panel ogólnohordowy) i 16:00 (panel o wydawaniu książek w czasach Instagrama). Spośród hardych autorek na konwencie pojawią się jeszcze: Ewa Białołęcka, Aleksandra Janusz, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz, Milena Wójtowicz i oczywiście rdzenna torunianka Aneta Jadowska.

A mój osobisty konwentowy rozkład jazdy wygląda tak:

Piątek, 13 września

16:00 - Nieporadnik młodego autora: pisanie dla początkujących (prelekcja) - Sala Panelowa (45 min.)


20:00 - Jak szybko starzeje się fantastyka? (panel) - Sala Panelowa (1 h 45 min.)


Sobota, 14 września

10:00 - To kiedy ten „Mad Max”? (panel ekologiczny) - Sala Panelowa (1 h 45 min.)


12:00 - I wanna be a writer! Słów kilka o debiutach (panel) - Sala Panelowa (1 h 45 min.)


14:00 - Panel Hardej Hordy - Sala Panelowa (1 h 45 min.)


16:00 - Wydawanie w czasach Instagrama (panel) - Sala Literacka 1 (1 h 45 min.)


sobota 20:00 - Przyczajony gwóźdź, ukryte powrósło: czary i przesądy w hodowli zwierząt (prelekcja) - Popularnonaukowa (45 min.)

Do zobaczenia w Toruniu!