2019-12-10

Fragmenciki z warsztatu



Chwilowo jestem na własne życzenie trochę wycięta z życia, bo odłożyłam wszystkie inne zobowiązania na później i skupiłam się na jednej rzeczy, to znaczy Piszę Powieść. Z niewiadomego powodu najlepiej pracuje mi się w godzinach nocnych, co fatalnie przekłada się na rytm dobowy (powiem tak, godzina 8 rano to dla mnie teraz środek nocy) i nie najlepiej na ogólne funkcjonowanie... Wypełzając z barłogu o jedenastej przed południem czuję się jak archetypiczny dekadencki artysta, brakuje mi tylko kaca i tygodniowego zarostu na zmęczonym obliczu. Mam już prawie 10 rozdziałów książki plus prolog, ok. 370 tys. znaków ze spacjami, do końca grudnia chciałabym dociągnąć przynajmniej do dwunastu rozdziałów. 

Ponieważ nie mam zupełnie głowy do umieszczenia na blogu wpisu na jakiś konkretny temat (a byłoby o czym, bo kot Sammet znowu wpakował się w kłopoty: coś najprawdopodobniej go pogryzło i wymagał pomocy weterynaryjnej - na szczęście sytuacja już opanowana, rana na kocim grzbiecie się goi), dzielę się fragmencikami prosto z warsztatu, a konkretnie z prologu do piątego tomu Teatru węży.


* * *



Jak doszło do katastrofy znanej jako Skażenie czarnej magii?
Każde dziecko w Siedmiu Krainach zna opowieść o pojedynku między potężnym srebrnym magiem, zastępcą arcymistrza Elity, a arcymistrzynią czarnej szkoły. Mało kto pamięta odpowiedź na narzucające się pytanie: czemu dwie tak wysoko postawione osobistości starły się w walce, skoro wcześniej dwie szkoły magii współistniały bez konfliktów przez długie stulecia.
Wytłumaczenie jest proste: feralny pojedynek odbył się w ramach turnieju ogłoszonego w imię nauki i wiedzy. Grupa magów obu barw spotkała się zimą na zamku Mey-Lorres położonym wysoko w górach, w północnej części Hoere. Gospodarzem zawodów był mistrz Ferlian ar Kyth. Dziewięcioro srebrnych magów i dziewięcioro czarnych miało się zmierzyć w walce celem ustalenia, czyje umiejętności okażą się większe. Zawodnicy zostali wyłonieni drogą losowania. Jednakże dziewięć pojedynków nie przyniosło rozstrzygnięcia: cztery wygrali srebrni magowie, cztery czarni, a ostatni zakończył się remisem. Gdy drugi dzień turnieju chylił się ku wieczorowi, padła propozycja, aby spomiędzy obecnych wylosować jeszcze jedną parę oponentów.
Ku zaskoczeniu wszystkich z misy wyciągnięto nazwisko Tileada Tiriaka, zastępcy arcymistrza Elity. Zdumienie jeszcze wzrosło, gdy się okazało, że jego przeciwniczką ma być Nepenthe Ri Araine, czarna arcymistrzyni. W pierwszym odruchu chciano unieważnić losowanie, lecz oboje zainteresowani zaprotestowali.
Pojedynek odbył się nazajutrz o świcie, na oczach licznego audytorium. Nikt nie przewidział tego, co nastąpiło: do walki zamiast Tileada Tiriaka stanął ukryty pod jego postacią demon z Otchłani. Cisnął zaklęcie, które śmiertelnie ugodziło Nepenthe Ri Araine, a jej śmierć uruchomiła klątwę – jedną z najpotężniejszych klątw w dziejach magii. Ów czar, niczym dłuto kaleczące marmurową rzeźbę, trwale zmienił to, co przed tysiącleciami stworzyli bogowie: zburzył harmonię między srebrną a czarną mocą, naznaczając czerń skazą. Niebo pociemniało, w całym Hoere zamiast śniegu zaczął prószyć popiół, a wszyscy czarni magowie w Siedmiu Krainach stopniowo, lecz nieubłaganie zaczęli tracić zmysły.

(Kymil Dorpeiros, Pojedynek, który zmienił losy świata, w: Nowa historia magii Siedmiu Krain, dzieło zbiorowe pod redakcją Lyspera ar Adan, umieszczone przez Elitę na indeksie ksiąg zakazanych.)


Nepenthe Ri Araine de Rist, ostatnia arcymistrzyni czarnej szkoły, urodziła się w Alkarze jako Araine, druga córka Artaena de Rist, syna uzdrowicielki Arauke, i Salaine z Iseru. Jeszcze przed piątymi urodzinami wystąpiły u niej symptomy sygnalizujące, że w przyszłości może obudzić się w niej czarny dar. Stało się to, gdy miała siedemnaście lat.
Podobnie jak jej babka Arauke, Araine we wczesnej młodości weszła w układ z demonami Doliny Popiołów, otrzymując od nich dar uzdrawiania, ale i piętno – białe plamy na ciele jako znak zawartej umowy. Dzięki wsparciu i opiece demonicznych panów szybko rozwinęła swój talent, osiągając wysoką pozycję w czarnej szkole. Zapłatą były dusze wszystkich, których uzdrawiała. Zostawali uwolnieni od chorób, lecz potem w ciągu kilku lat nieodmiennie tracili życie – czy to ginąc gwałtowną śmiercią, czy umierając bez widocznej przyczyny – a ich dusze wędrowały do Otchłani.

(Amaris ar Vanth, Prawda o skazie, monografia wydana przez Elitę)


Ci, którzy znali Nepenthe Ri Araine, wspominają ją jako rozważną, pełną rezerwy, ostrożną w sądach, nieskorą do gniewu. Ceniła wiedzę wyżej od władzy. Jako arcymistrzyni cieszyła się szacunkiem zarówno w świecie ludzi, jak i w krainach astralnych. Szczególną estymą darzyły ją żywiołaki wody i powietrza.
Była średniego wzrostu, szczupłej postaci, o skórze bladej jak othloński marmur. Czarne, długie włosy nosiła zaplecione w warkocz; rozpuszczone sięgały jej do kostek. Nie słynęła z piękności jak Kalla Guene albo Lea de Saricci, ale byli tacy, którzy wychwalali jej urodę i słodycz w obyciu. Przede wszystkim jednak powtarzano, że pod wieloma względami przypomina swoją babkę Arauke.
Podobnie jak Arauke, Araine jako młoda dziewczyna została dotknięta błogosławieństwem kalekiego boga Eresha, Władcy Much, które objawiło się jako białe plamy na twarzy i siwe pasma we włosach. Na przestrzeni wieków magowie będący wybrańcami Eresha słynęli z biegłości w alchemii i uzdrawianiu, a w wyjątkowych sytuacjach mogli przywołać boską moc, by dokonywać cudów. Jednakże Araine odrzuciła dar Władcy Much, przytłoczona tym, że sam widok jej twarzy budzi w ludziach przesądny lęk. Miała dziewiętnaście lat, gdy w świątyni, przed ołtarzem dobrowolnie przekazała błogosławieństwo Eresha swemu krewniakowi, też czarnemu magowi – Adrienowi de Vere. Po tym wydarzeniu zmieniła imię na Nepenthe Ri Araine: Nepenthe, niegdyś Araine.
Wiele lat później, po Skażeniu, które sprowadziło na niego szaleństwo, Adrien miał zyskać rozgłos w Siedmiu Krainach jako okrutny morderca kobiet. Ale wcześniej zasłynął jako niezrównany uzdrowiciel, alchemik i muzyk.
Choć Nepenthe oddała dar Eresha, ona również osiągnęła biegłość w sztuce uzdrawiania i z czasem zyskała sławę na tym polu, mniejszą jednak niż Arauke i Adrien.

Argil d'Engle, Ostatnia arcymistrzyni czarnej szkoły. Żywot Nepenthe Ri Araine. Dzieło umieszczone przez Elitę na indeksie ksiąg zakazanych.





2019-11-25

Plany bliższe i dalsze


W ciągu ostatnich dziewięciu lat, czyli odkąd zmieniłam branżę, porzucając biologię molekularną na rzecz tłumaczeń i literatury, wciąż od nowa dociera do mnie jedna lekcja: jestem w stanie robić dużo rzeczy, ALE NIE NARAZ. Nie naraz. 

Powoli oduczam się łapania stu srok za ogon i rozmieniania się na drobne. Z kilku pomysłów, planów i inicjatyw definitywnie zrezygnowałam albo przypisałam im bardzo odległy priorytet. Dwa ważne marzenia odłożyłam do zrealizowania "nie wiadomo kiedy" (może nigdy...) Blogowanie niestety bezterminowo zeszło do statusu "okazjonalnie coś wrzucić", chociaż nieustająco łudzę się, że kiedyś uda mi się powrócić do regularnego zamieszczania notek o ciekawych rzeczach.

Od paru miesięcy funkcjonuję w ciągłym "biegu przez płotki", odhaczając kolejne małe i większe zobowiązania, a równolegle - wolno, lecz wytrwale - pisząc tom 5 Teatru węży. Wczoraj w nocy z ulgą skreśliłam kolejny punkt z listy to-do, odsyłając korektę autorską przekładu, która zjadła mi kilka dni z życia, i myślę, że do końca listopada będę siedzieć już wyłącznie nad swoją własną książką. Po ukończeniu dziewiątego rozdziału jej konspekt ostatecznie i nieodwołalnie pofrunął do kosza, bo bohaterowie stwierdzili, że mają moje pomysły w poważaniu, a teraz muszę całą drugą połowę powieści rozplanować od nowa. Skądś już to znamy, przy wszystkich poprzednich tomach plany mutowały i konspekty lądowały w makulaturze.

Natomiast w szerszej perspektywie jest zabawnie, bo w drugiej połowie października pisałam, że mam kalendarz zapakowany zobowiązaniami do końca kwietnia 2020, ale w lawinowym tempie doszły nowe rzeczy i miesiąc później wychodzi na to, że - w zależności od tego, jakie będą losy serii, której drugi tom teraz tłumaczę - na obecną chwilę mam zapełniony grafik albo do końca września 2020, albo do końca grudnia, czyli do moich (o zgrozo) czterdziestych urodzin... Wynegocjowałam przełożenie terminu na jedną z tłumaczonych książek, ale daje mi to tylko odrobinę więcej luzu. Poza tym okazało się, że w przyszłym roku z przyczyn niezależnych ode mnie najprawdopodobniej nie będę mogła opuszczać Lublina od połowy czerwca do końca września. Odpadają Wrocławskie Dni Fantastyki i Copernicon (Coperniconu szczególnie mi szkoda, zastanawiam się, czy może jednak jakimś sposobem by się nie udało pojechać).

Ściśle ustalone plany na więcej niż rok do przodu to dla mnie novum, ale w sumie pozytywne novum. Z determinacją wpisałam w ten harmonogram kolejną powieść, o której na razie wiem tyle, że chcę, aby powstała do końca 2020 i że absolutnie NIE BĘDZIE o Krzyczącym w Ciemności! Potrzebuję dłuższej przerwy od świata Zmroczy, a kiedy już do niego wrócę, bo na pewno wrócę, postaram się poeksplorować trochę inne klimaty niż dotąd. (Zaprzyjaźniony Czytelnik napisał mi wczoraj: "Uważam, że Krzyczący powinien powrócić po jakiś 200 latach, a uniwersum powinno pójść technologicznie do mniej-więcej XIX wieku. Magia, domieszka steampunka, cudowne maszyny parowe, industrializacja, dzielni odkrywcy ruszający na wyprawy do sfer astralnych. A w tym wszystkim o wiele bardziej finezyjne demony makiawelicznie maczające paluchy w świecie finansów i giełd.")

Kończąc tym optymistycznym akcentem, wracam do główkowania nad stertą notatek do 5. tomu Teatru węży. A najsłodsza Ofelia w całym Lublinie pozdrawia ze swojego wygodnego leża!



2019-11-13

Falkon 2019 - relacja i zdjęcia


Moja tegoroczna relacja z Falkonu nie będzie długa. Planowałam radośnie szaleć przez trzy dni, ale dopadł mnie jesienny pech zdrowotny i zdołałam wziąć udział tylko w połowie konwentu. Szkoda, bardzo żałuję, bo to był udany Falkon zarówno od strony programu, jak i towarzysko. Niestety poszłam tam z ledwo podleczonym zapaleniem krtani (zaraziłam się od męża, który przywlókł skądś to paskudztwo jeszcze przed Wszystkich Świętych) i marnie się to skończyło. Nie bierzcie ze mnie przykładu!

W piątek po południu w holu Targów Lublin już kłębił się wesoły tłum. Kolejka do punktu akredytacyjnego dla gości przesuwała się sprawnie i po jakimś kwadransie, oddawszy płaszcz do szatni, mogłam wejść na prelekcję Igi „Iszek” Ziembickiej pt. Kto jest najciekawszą postacią w „Harrym Potterze” i dlaczego Gilderoy Lockhart. Iga opowiedziała o dzieciństwie i młodości Lockharta (te informacje zostały pierwotnie opublikowane na forum Pottermore, można je znaleźć tutaj) i przeanalizowała tę postać pod kątem narcystycznego zaburzenia osobowości. Dowiedzieliśmy się też, że jako alternatywnych kandydatów do tej roli w filmie rozważano Jude’a Law i Hugh Granta. Najbardziej utkwił mi w pamięci wyczyn nastoletniego Lockharta, który wystrzelił w niebo projekcję własnej twarzy na podobieństwo Mrocznego Znaku. (Zastanawiam się tylko, jakim cudem Tiara Przydziału zakwalifikowała Lockharta do Ravenclawu? Przecież to podręcznikowy Slytherin!!!)

Prelekcja Alicji Janusz o 17 pt. Wsadź se waszmość tę balladę w don don don dilli don o nagości i wulgaryzmach w dawnych balladach była ciekawa i zabawna. Niestety nie mogliśmy obejrzeć prezentacji (długiej i pieczołowicie przygotowanej), bo na laptopie w sali prelekcyjnej zamiast PowerPointa dostępny był tylko darmowy odpowiednik, w którym slajdy nie wyświetlały się prawidłowo. O 18 poprowadziłam moją własną prelekcję o czarach i przesądach w hodowli zwierząt – mimo mikrofonu było ciężko, gardło bolało, ale jakoś dałam radę. Później poszłam do hali stoisk, obejrzałam fragment pokazu mody elfickiej (piękne suknie i jeszcze piękniejsze modelki!), podziwiałam różne fajne i zaskakujące rzeczy wystawione na sprzedaż, niekoniecznie mające jakiś związek z popkulturą – obwarzanki w różnych wariantach smakowych, luksusowe długopisy za trzycyfrową kwotę, japońskie słodycze – i napstrykałam trochę zdjęć. Ewakuowałam się z konwentu stosunkowo wcześnie, żeby kurować krtań i przetłumaczyć wieczorem jeszcze kilka stron, bo terminy gonią.

W nocy z piątku na sobotę nie zmrużyłam oka przez kaszel (powinno mi to już dać do myślenia, nie?) ale w sobotę o 10 rano stawiłam się na panelu Współpraca redaktora i pisarza prowadzonym przez Agę "Shee" Magnuszewską. Andrzej Pilipiuk jak zwykle sypał anegdotami (nic nie przebije młodej redaktorki, wzorowej absolwentki polonistyki, która myślała, że „ochrana” to błąd, bo powinno być „ochrona”), Cezary Zwierzchowski chwalił kunszt redaktorski Michała Cetnarowskiego, a Agnieszka Zygmunt opowiadała o trudnej, ale w sumie satysfakcjonującej współpracy z pewnym autorem kryminałów. Zastanawialiśmy się, gdzie przebiegają granice uprawnionej ingerencji redaktorskiej, oraz wspominaliśmy Macieja Parowskiego, legendarnego redaktora naczelnego „Nowej Fantastyki”.

Po panelu poszłam na swój dyżur autografowy w hali stoisk. Moja chrypka się pogłębiała, już nie bardzo byłam w stanie rozmawiać z ludźmi. Widziałam, że nie jest dobrze i dam rady sama poprowadzić prelekcji Nieporadnik młodego autora o 13, więc poprosiłam o wsparcie nieocenioną Annę „Cranberry” Nieznaj. Ustaliłyśmy mniej więcej, jak to ogarnąć (że ja powiem połowę tego, co mam w notatkach, a Cran uzupełni swoimi przemyśleniami na tematy pisarskie), podchodząc do sprawy na zasadzie „to nie nasze pierwsze rodeo, damy radę”.

Kiedy weszłyśmy do auli, powitała nas zmartwiona młodziutka gżdaczka, która poinformowała, że niestety oba mikrofony nie działają. I nic się z tym nie da zrobić. Bum, sala pełna po brzegi, a nagłośnienia niet. Po nieudanej próbie zdobycia mikrofonu zastępczego stwierdziłam, że spróbujemy jednak poprowadzić tę prelekcję na zmianę i może jakoś to przeżyję. Podzieliłyśmy się materiałem mniej więcej 50/50, czyli gadałam łącznie przez jakieś 25 minut. Cranberry określiła potem ten mój desperacki występ mianem „szarży Bohuna na Zbaraż”.

Kochani, powiem tak. Prowadzenie prelekcji z zapaleniem krtani to głupi pomysł, ale poprowadzenie prelekcji, wzięcie udziału w panelu, a później mówienie głośno bez mikrofonu do zapełnionej po brzegi auli to samobójstwo. 5 minut po wyjściu z sali straciłam głos na amen i czułam, że prędko go nie odzyskam. Wzięcie udziału w dwóch wieczornych panelach (o tłumaczeniach oraz o dekadenckich, pijących i ćpających postaciach) nie wchodziło w grę. Po raz ostatni powędrowałam na halę stoisk, zapozowałam na scenie podczas zbiorowego zdjęcia gości o 14:30, kupiłam książki Triskel. Gwardia i Baśń o wężowym sercu, następnie zajrzałam na antresolę, żeby dramatycznym szeptem powiadomić kogo trzeba, że nastąpił fail krtaniowy i ewakuuję się z konwentu. Na antresoli fuksem spotkałam Radka Raka i zdobyłam autograf. Potem - kaszląca i smutna - poszłam na przystanek i wróciłam do domu.

W niedzielę rano nadal nie mogłam mówić i było jasne, że moja przygoda z Falkonem dobiegła końca. Dałam znać ludziom, że nie pojawię się na panelu o depresji, a przez następne kilka godzin z bólem serca odbierałam smsy od znajomych, którzy dobrze się bawili na końcówce konwentu... Po południu samopoczucie mi się mocno pogorszyło (opóźniona reakcja zapalna w tej sforsowanej krtani?), szczegółów Wam oszczędzę, ale to była ogólnie paskudna niedziela i nieprzyjemna noc. Nie polecam. Od tamtej pory dzielnie próbuję się wyleczyć, co wygląda tak, że nigdzie nie wychodzę, siedzę w czterech ścianach i tłumaczę, z przerwami na robienie inhalacji, płukanie gardła i picie różnych specyfików typu Flegamina.

Na otarcie łez zostały mi pamiątki z Falkonu - Triskel. Gwardia i Baśń o wężowym sercu z autografem oraz woreczek upominków, który dostawali goście: piękny duży kubek z napisem „Lublin”, dwie czarne czapki z wyhaftowanym napisem „Falkon”, ołówek i długopis, notes i mały przewodnik po Lublinie. Bardzo miły gest ze strony organizatorów, dziękuję!

Poniżej zdjęcia. Z ciekawszych scenek: 
Joker pije piwo (każdemu należy się chwila relaksu na konwencie), Alicja Janusz reklamuje projekt Fantazmaty, Cranberry i Iszek chwalą się hennowymi obrazkami autorstwa Joanny „Cyd” Petruczenko, nieznana mi punkowa ekipa gra i śpiewa w holu, Wiktoria pozuje z różdżką, książki Ignita na stoisku księgarni Solaris, a Ignit na dyżurze autografowym.












 




















Fotka z dyżuru autografowego - Tomasz Rawiński, blog Soundtracki do ebooków.



2019-11-03

Falkon 2019 - rozkład jazdy



Złota polska jesień z końcem października zamieniła się w chłodną polską jesień, a tymczasem wielkimi krokami zbliża się kolejny Festiwal Fantastyki Falkon w Lublinie! Wprawdzie aż do wiosny mam tak napięty grafik zobowiązań, że zasadniczo nie powinno mnie w ogóle na tym konwencie być, ale to FALKON!!!!! Mój lubelski, ukochany! Jeśli tylko coś się nie posypie w ostatniej chwili, zamierzam się tam zjawić i szaleć, zwłaszcza w sobotę!

Mój falkonowy plan zajęć wygląda tak:

PIĄTEK 8 listopada


18.00–18.50 Przyczajony gwóźdź, ukryte powrósło: czary i przesądy w hodowli zwierząt – Aula 2

Hodowli bydła i owiec towarzyszyło w dawnej Polsce mnóstwo najróżniejszych zabobonów. Czarownice odbierały krowom mleko i zsyłały choroby na inwentarz, a na terenach górskich każdy baca musiał być wprawnym czarownikiem. Jak można wydoić rzemień? Co zakopywano pod zagrodą dla owiec? Od czego krowy doją się krwią i jak sprawić, żeby czarownicy wypadły zęby? Przyjdźcie i posłuchajcie tych oraz innych ciekawostek.


SOBOTA 9 listopada


10.00–10.50 Współpraca redaktora i pisarza – Aula 1
Panel dyskusyjny. Prowadząca: Aga "Shee" Magnuszewska, dyskutują: Agnieszka Zygmunt, Andrzej Pilipiuk, Agnieszka Hałas, Cezary Zbierzchowski.

Dyżur autografowy 11.00–11.50 

13.00–13.50 Nieporadnik młodego autora: pisanie dla początkujących – Aula 1

W wolnych chwilach wymyślasz i piszesz historie, bardzo chcesz debiutować, ale boisz się, że tekst zostanie odrzucony albo czytelnicy zmiażdżą go krytyką? A może właśnie odrzucono Ci kolejne opowiadanie i nie wiesz, co robisz źle? Czy też jesteś już po debiucie, ale chętnie posłuchasz garści praktycznych rad i przestróg? Dział literacki magazynu Esensja widział i ocenił już setki tekstów. Rzeczowo i bez naśmiewania się opowiem o najczęstszych problemach, jakie obserwujemy w twórczości początkujących autorów. Przyjdź i dowiedz się, czy można zanurzyć pióro w bakałarzu, jakie pułapki wiążą się z różnymi gatunkami fantastyki i na ile sposobów można spaprać zakończenie.

19.00–19.50 Tłumacz jako drugi autor – Antresola
Panel dyskusyjny. Moderator: Aga "Shee" Magnuszewska, dyskutują: Anna Studniarek, Agnieszka Hałas, Katarzyna "Ophelia" Koćma, Marta Duda-Gryc.

20.00–20.50 Mój bohater pije, klnie i ćpa. I dobrze mi z tym – Antresola
Panel dyskusyjny. Moderator: Bartłomiej Sztobryn, dyskutują: Radosław Rak, Agnieszka Hałas, Anna Nieznaj, Marcin Przybyłek.


NIEDZIELA 10 listopada

11.00–11.50 Depresja: obraz a rzeczywistość – Antresola
Panel dyskusyjny. Dyskutują: Agnieszka Zygmunt, Magda Kozłowska, Agnieszka Hałas, Krzysztof Biliński.


Falkon to dla mnie co roku ostatni punkt sezonu konwentowego i ostatnia okazja na fantastyczno-towarzyskie naładowanie baterii przed długą, ponurą zimą. Ciekawostka: w kuluarach słyszałam interesujące i straszliwe rzeczy o tym, ile życzą sobie za przyjazd na konwent takie sławy, jak odtwórca jednej z pobocznych ról z serialu "Wiedźmin" (kwota pięciocyfrowa), cosplayer robota Bumblebee albo wzięci youtuberzy (kwoty czterocyfrowe). Pisarze fantastyczni to przy tym kompletnie nic nieznaczące żuczki, nie cenimy się i nikt nam za uśmiechanie się na konwencie nie zapłaci - to nie jest nasza epoka! Pozostaje nam z humorem przyjąć swój trudny los!

P.S. Niezorientowanym (są tacy??) polecam sympatyczny filmik reklamowy pokazujący, czym jest Festiwal Fantastyki Falkon i czego można się na nim spodziewać:





P.P.S. Niestety potwierdzają się moje złe przeczucia: w obliczu przeładowania obowiązkami blog chyba przejdzie tej jesieni w stan częściowej hibernacji, zobaczymy jeszcze. Na razie miotam się między rozgrzebanymi tłumaczeniami a napisaną w 1/3 książką i nie jest dobrze. Ale walczę!!




2019-10-19

Wieści na koniec października: Kraków i praca



Dwa tygodnie temu radośnie prokrastynowałam, myjąc okna i smażąc dżem ze śliwek. Teraz... no cóż, czas prokrastynacji brutalnie dobiegł końca. Zbieram owoce kilku decyzji i tak jakoś wyszło, że kalendarz zobowiązań mam aktualnie zapakowany po korek aż do końca kwietnia 2020! Jestem z jednej strony szczęśliwa i podekscytowana (bo wszystko to są rzeczy, na których mi zależy, które uwielbiam robić i które przyniosą wymierne efekty), a z drugiej - przerażona, bo tyle tego jest. Tłumaczenie dwóch długich książek, z których jedna liczy sobie ponad 20 arkuszy, tom 5 Teatru węży (na razie napisane jest siedem i pół rozdziału z dziewiętnastu), warsztaty literackie (jeszcze cztery spotkania w semestrze zimowym i sześć w letnim), jeden weekendowy wyjazd służbowy, jeden konwent w Lublinie i króciutkie tłumaczenie do wciśnięcia gdzieś po drodze. Zmieniacz czasu potrzebny na wczoraj!

Ta lista zobowiązań wygląda - delikatnie mówiąc - dość kozacko, ale śpieszę zapewnić, że jest nadzieja, że nie zakończy się to wszystko katastrofą. Jestem osobą raczej spontaniczną, chaotyczną, permanentnie żonglującą dziesięcioma rzeczami do zrobienia i lubiącą w ostatniej chwili zmieniać plany, zarządzanie czasem należy do moich słabych stron, ale po 10 latach radosnej egzystencji bez etatu, pracując od deadline'u do deadline'u, opracowałam na to patenty, które W MIARĘ działają. Kiedy nie mogę sobie pozwolić na to, żeby czas przeciekał przez palce, rytm mojego życia wyznaczają cztery listy: lista rzeczy do zrobienia w ciągu miesiąca, w ciągu tygodnia, w ciągu trzech dni i w ciągu danego dnia. Nie trzymam się ich niewolniczo, notorycznie przenoszę pojedyncze pozycje z jednego dnia na następny, ale skreślanie punktów z listy ma magiczną moc i pomaga zapanować nad problemem pt. "doba nie ma drogowskazów". Dodatkowo odkryłam, że z internetów można sobie ściągnąć kalendarz w formie pdf-a, drukować kartki z poszczególnymi miesiącami i bazgrać po nich skolko ugodno - przydatne narzędzie dla osoby, która zupełnie nie współpracuje z wszelkimi planerami czy terminarzami (u mnie sprawdzają się tylko luźne kartki, które można pobazgrać, pokreślić i wyrzucić). Życzcie mi teraz, żeby dzięki dyscyplinie udało się dokonać rzeczy pozornie niemożliwej, to znaczy wcisnąć ekwilibrystycznie pisanie dość długiej książki pomiędzy dwa duże tłumaczenia, i żeby nic się (odpukać!!!) nie posypało po drodze.


A tymczasem Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie coraz bliżej! Oto mój zaktualizowany harmonogram:

PIĄTEK 25 października

➡️18.00–19.00 – Robert Szmidt i Agnieszka Hałas podpisują swoje książki (stoisko Domu Wydawniczego Rebis, D16)

SOBOTA 26 października

➡️12.00–13.00 – spotkanie z Hardą Hordą: Aneta Jadowska, Anna Hrycyszyn, Anna Kańtoch, Milena Wójtowicz, Aleksandra Zielińska (Strefa Fantastyki, Scena Dunajec)
➡️13.00–14.00 – spotkanie autorskie z Agnieszką Hałas (Strefa Fantastyki, Scena Dunajec)



W listopadzie będę się udzielać jeszcze na Falkonie w Lublinie - ambitnie zgłosiłam dwie prelekcje oraz chęć udziału w czterech panelach dyskusyjnych, więc będę na konwencie i w piątek, i w sobotę, i w niedzielę. Szczegóły podam przed końcem października, kiedy organizatorzy przyślą mi rozpiskę godzinową. To falkonowe szaleństwo zamknie mój okres aktywności konwentowej w 2019 (hej, jak zamykać, to z przytupem!), a następną imprezą, na jakiej się pojawię, będą najprawdopodobniej dopiero Warszawskie Targi Książki w maju 2020.

Mam ambitny plan, żeby pomimo nawału obowiązków nie dać blogowi umrzeć w okresie listopad-luty, ale zobaczymy, jak z tym będzie w praktyce... Na razie, żeby zakończyć optymistyczną nutą, dzielę się zdjęciami z niedzielnych wypadów piechotą za miasto. Podziwiam te sielskie widoczki co tydzień na jednej ze swoich podlubelskich tras spacerowych. Zdjęcie pola buraczanego jest z końca września (pstryknięte w przeddzień kalendarzowej jesieni). Pozostałe zrobiłam w październiku, ale wyglądają mało październikowo, bo oziminy się zielenią, a rzepak (?? - nie jestem pewna, czy to rzepak, czy coś rzepakopodobnego) malowniczo się żółci.





2019-10-08

Jonathan Carroll i inne atrakcje na Międzynarodowych Targach Książki w Krakowie


Kto się wybiera na 23. edycję Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie 24-27 października? Znam już plan atrakcji, które szykuje dla czytelników Dom Wydawniczy Rebis od piątku do niedzieli! Do Krakowa przyjadą pisarze, których książki czytałam ponad dwadzieścia lat temu, na początku liceum, kiedy zaczynałam swoją przygodę z fantastyką. A ja będę brylować tam przy nich jak dzielny karzełek wśród gigantów. 

ERRATA: 2 dni po publikacji tego posta dowiedziałam się, że niestety Tad Williams jednak nie dotrze do Krakowa, w związku z czym piątkowy panel o kreacji światów nieistniejących nie dojdzie do skutku. Szkoda :(

Zaktualizowany harmonogram autorów Rebisu wygląda tak:


PIĄTEK 25 października

16.00–17.00 – spotkanie z Jonathanem Carrollem związane z premierą jego najnowszej powieści Mr Breakfast (sala Budapeszt C)

17.00–18.00Jonathan Carroll podpisuje książki (stoisko D16)

18.00–19.00Robert Szmidt i Agnieszka Hałas podpisują swoje książki (stoisko D16)


SOBOTA 26 października

13.00–14.00Marta Orzeszyna podpisuje książkę Antoine de Paris. Polski geniusz światowego fryzjerstwa (stoisko D16)

15.00–16.00 – spotkanie z Hanną Cygler, autorką bestsellerowych powieści dla kobiet (stoisko D16)

16.00–17.00 – spotkanie z Jonathanem Carrollem w salonie Empik Rynek, Rynek Główny 23, Kraków

17.00–18.00Lech Majewski, pisarz, poeta, malarz i reżyser podpisuje swoje książki (stoisko D16)


NIEDZIELA 27 października

12.00–13.00Przemysław Semczuk podpisuje swoje książki (stoisko D16)

13.00–14.00Bernadeta Prandzioch podpisuje swoje książki (stoisko D16)

14.00–15.00Piotr Zychowicz zaprasza. Autor będzie podpisywał swoje książki, w tym najnowszą, Wołyń zdradzony (stoisko D16)



Będę miała również swoje punkty programu w sobotę, w bloku fantastycznym (uczestniczę w panelu Hardej Hordy o 12.00 i będę mieć spotkanie autorskie o 13.00)  szczegóły podam bliżej imprezy!


2019-10-05

Październikowa prokrastynacja, la, la, la


Mam do dokończenia krótkie tłumaczenie, korektę językową artykułu naukowego oraz POWINNAM PISAĆ, więc co zrobiłam, kiedy nadeszła sobota? To oczywiste: pomyłam wszystkie okna w mieszkaniu, wyczyściłam zlew w kuchni i usmażyłam dżem... Korektę właśnie robię (łamaną przez miniwpisik na blogu). Gdyby ktoś się zastanawiał, jak żyją autorzy i czemu nie dotrzymują terminów, to właśnie dlatego.

Pisanie piątego tomu Teatru węży chwilowo wygląda tak, że walczę z notatkami: znalazłam się w tym irytującym punkcie (w okolicach 1/3 objętości), gdzie człowiek traci pierwszy impet i widzi, które wątki z konspektu są do przeróbki. Na Coperniconie podczas panelu o debiutach Andrzej Pilipiuk stwierdził optymistycznie, że kiedy człowiek napisze dziesięć powieści, pisanie kolejnych staje się wyraźnie łatwiejsze. Pisząc swoją szóstą stwierdzam, że na razie łatwo nie jest - zawsze lepiej czułam się w krótkiej formie i to się, niestety, nie zmienia. Przynajmniej póki co.

Na dworze coraz zimniej i coraz jesienniej, więc podrzucam coś optymistycznego: łapcie piękne wspólne zdjęcie Ofelii i Sammeta! Ich miny mówią wszystko! Ktoś na Fb już skomentował, że wyglądają, jakby przyszły po haracz, ale jeden został na zewnątrz na czatach... (Tak naprawdę to Ofelia chciała wejść do domu przez drzwi balkonowe, a Sammet usiadł na parapecie, żeby ją zniechęcić. Wzajemna animozja niestety kwitnie i to już się raczej nie zmieni.)