2020-07-29

O zabijaniu bohaterów (ciut marudzenia)


Ponieważ piszę dark fantasy, a nie książki dla dzieci, zdarza mi się zabijać bohaterów. Czynię to w sytuacjach fabularnie uzasadnionych i, niestety, bez specjalnego sentymentu: jak trzeba, to trzeba. Wiem, że zdarza mi się poprowadzić fabułę w taki sposób, że czytelnicy gniewają się później i wołają „ale jak to?”. Jedyne, co mogę powiedzieć na swoje usprawiedliwienie, to że opowieść ma swoje wymogi, a karta cudownego ocalenia rozegrana o jeden raz za dużo wkurza i psuje cały efekt. (Kto jeszcze oprócz mnie wściekł się za śmierć i zmartwychwstanie Harry’ego Pottera w siódmym tomie? OK, wiem, że Harry nie mógł zginąć w końcówce serii, bo to nie ta konwencja, ale…)

Tym niemniej – rozumiem czytelniczy żal i wkurw, kiedy fajna postać ginie, zwłaszcza jeśli ginie głupio i tragicznie. Jako czytelniczka, z racji obycia z „drugą stroną kamery”, jestem emocjonalnie dość zahartowana i skupiam się raczej na technicznych aspektach historii. Albo przyjmuję zamysł autorski bez kwestionowania (śmierć Freda w czasie bitwy o Hogwart), albo postrzegam śmierć bohatera jako źle rozegraną, wypadającą w nieodpowiednim momencie, nie w tym punkcie łuku fabularnego co trzeba, i wtedy się wściekam. Na myśl przychodzą mi śmierć Lupina i Tonks oraz śmierć Syriusza Blacka – w jednym i drugim przypadku mam żal do autorki nie o samo zabicie bohaterów, ale o niedostateczne wykorzystanie wcześniej w fabule tak barwnych i ważnych postaci drugoplanowych. Syriusz w dodatku ginie w niejasnych okolicznościach: wpada za zasłonę, nie widzimy ciała, aż do siódmego tomu miałam nadzieję, że ojciec chrzestny Harry’ego powróci z zaświatów niczym Gandalf.






Joanno, jak mogłaś?!


Tłumaczę teraz cykl fantasy Znanego Autora, męczę się nad drugim tomem. Jest to grube tomiszcze, bodaj trzydzieści jeden rozdziałów, ponad pięćset siedemdziesiąt stron wydruku. Ponieważ polubiłam bohaterów, z ciekawości przejrzałam już tom trzeci, no i w końcówce trzeciego tomu dzieją się rzeczy Złe. Autor robi dwóm postaciom paskudną rzecz, jedna z tych postaci przeżywa, druga nie. Ta, która traci życie, to być może najsympatyczniejsza postać w całym cyklu (a mówimy o przyjemnym przygodowym fantasy, gdzie bohaterowie pozytywni generalnie służą do tego, żeby ich lubić). No, nie ukrywam – jestem rozczarowana i zła, dalszy ciąg cyklu bez tej postaci to już nie będzie to samo. Niektórych bohaterów po prostu nie pisze się po to, żeby ich zabić! (Ja nigdy nie brałam pod uwagę opcji, żeby zabić Zazela!)

Temat, kiedy „można” zabić bohatera, kiedy „nie można”, kiedy czytelnicy przeżyją katharsis, a kiedy będą mieli ochotę obrzucić autora zgniłymi pomidorami (oby tylko pomidorami), jest skomplikowany, sprawa mocno zależy od tego, w jakiej konwencji piszemy. Parę lat temu na Wrocławskich Dniach Fantastyki brałam udział w bardzo ciekawym panelu „How to kill the hero”, w którym uczestniczyli również Angus Watson, Brian McClellan i (fanfary) Graham Masterton. Nie pamiętam, do jakich dokładnie wniosków doszliśmy – Graham jako autor horrorów postulował, żeby nie mieć żadnych sentymentów i mordować wszystkich jak leci, ale nawet ja uważam, że w konwencjach innych niż horror takie podejście może mieć, ekhm, krótkie nogi. Zapamiętałam anegdotę, którą opowiedział Brian. Otóż miał w Trylogii Magów Prochowych jednego bohatera, którego typował do zabicia w losowym momencie sensacyjnej akcji, pechowym strzałem (ten żołnierz, który nie sypia i ciągle pali papierosy, nie pamiętam imienia), ale się powstrzymał, bo wiedział, że to bodaj najsympatyczniejsza postać drugoplanowa w książce i czytelnicy by go rozszarpali. Rozsądny autor!

Nawiasem mówiąc – chyba udało mi się rozstrzygnąć kwestię przynależności gatunkowej Teatru węży. Otóż, po wczytaniu się w definicje, jak najbardziej JEST to dark fantasy (nie ma czarno-białego podziału na dobro i zło, nie ma żadnej frakcji jednoznacznie pozytywnej, bogowie odeszli ze świata, ludzkości zagrażają demony, a w dłuższej perspektywie świat raczej nie zmierza w dobrą stronę), natomiast NIE jest to grimdark, gdzie wszędzie tylko syf, kiła, mogiła i brudni przeklinający najemnicy, którzy palą wioski i mordują dzieci, żeby je upiec i zjeść.

Na koniec pochwalę się kolejną recenzją blogową piątego tomu Teatru:




2020-07-22

Kiedy z podjętych decyzji rodzą się kolejne rozterki


Parę miesięcy temu powzięłam solenne postanowienie, że przestanę zaniedbywać niniejszego bloga - choćbym była nie wiem jak zajęta, raz w tygodniu ma się pojawić nowy wpis. Oczywiście nie minęło wiele czasu, a dotrzymanie tego postanowienia już staje się trudne. Walczę teraz z tłumaczeniem grubej cegły (fantasy, drugi tom cyklu pewnego znanego autora; tom pierwszy powinien się ukazać w najbliższych miesiącach). Termin oddania przekładu (wstyd się przyznać, przekładany dwukrotnie, bo kończenie piątego tomu Teatru węży przeciągnęło się dłużej niż planowałam i rozbiło mi grafik) zbliża się nieubłaganie... Ale nie o tym chciałam dziś napisać.

Parę razy wspominałam tu na blogu, że mam problemy z podejmowaniem Ważnych Decyzji dotyczących Życia. Trochę mści się wpojone mi w dzieciństwie/młodości podejście "nie ma rzeczy niemożliwych, mierz jak najwyżej" - z natury jestem chyba dość zachowawcza i wolę bezpieczniejsze opcje. Bywa, że generuję ambitne plany, ale szybko dopada mnie rozterka "zaszaleć i zaryzykować, czy jednak nie". Mam też trudności z ustaleniem, na czym mi NAPRAWDĘ zależy i czego bym NAPRAWDĘ chciała, kiedy głos ambicji, głos rozsądku i głos "chcę robić to, co mnie interesuje" nie potrafią się dogadać.

Dwa lata temu znalazłam się na rozdrożu, gdy chodzi o pomysły i plany. Dokonałam wyboru, w efekcie którego Teatr węży ma teraz pięć tomów, a nie trzy, zaś moje CV wzbogaciło się o drugą nominację do Nagrody Żuławskiego. Wiosną 2020 podjęłam kolejną decyzję - taką z gatunku "raz się żyje" i "strach się przyznawać" - a teraz... cóż, oczywiście okazuje się, że (to truizm, wiem!) każda podjęta decyzja prędzej czy później doprowadza nas na kolejne rozdroże. Ujmując to metaforycznie, dopiero co minęłam jedno rozgałęzienie szlaku ze strzałkami w różnych kierunkach, a już widzę przed sobą następne rozstaje z drogowskazem, do którego dotrę, kiedy wreszcie dokończę i oddam ten nieszczęsny przekład. Pięć strzałek. W różne strony. Nawet jeśli po głębszej refleksji piątą opcję chyba można skreślić, nadal pozostają cztery.

Jeszcze niedawno wydawało mi się, że strzałek na tym nowym drogowskazie jest mniej, a wybór jawił się jako oczywisty. Ale im dłużej o tym myślę, tym mocniej zaczynają mnie pociągać szalone opcje, które oznaczałyby zniknięcie na 3-4 lata z polskiego rynku książki (coś za coś) w pogoni za wariackim marzeniem, od kilku lat odkładanym "na kiedyś" - bez gwarancji, że udałoby się je zrealizować choćby w części. Poprzeczka bardzo wysoka, prawdopodobieństwo porażki ogromne, a kusi mnie dziko, żeby pobiec w tę stronę. Ale mam też przed sobą konspekt książki, którą planowałam pisać w drugiej połowie roku, a prawo rynku mówi, że za jednym tytułem powinny pójść kolejne... Podtrzymuję także chęć powrotu do świata Zmroczy z samodzielnymi powieściami, ale nie mam pojęcia, w jakiej perspektywie czasowej. To trudne decyzje (byłyby na pewno prostsze, gdyby napisanie powieści zajmowało mi cztery miesiące, a nie dziewięć, ale cóż - jest jak jest).

Zawzięłam się ostatnio i zaczęłam znowu systematycznie wychodzić na nordic walking w nadziei, że zachowam kondycję złapaną po 10 dniach w Komańczy. To dość monotonne treningi, człowiek przez blisko godzinę zasuwa z kijkami jak automat, ręce bolą - ale podobno wysiłek fizyczny dobrze wpływa na pracę mózgu, więc może jakimś cudem doznam olśnienia i wybór, w którą stronę powędrować z rozstajnych dróg, nagle stanie się prosty. (Zazwyczaj snuję rozważania właśnie na spacerach, ale podczas szybkiego marszu z kijkami człowiek raczej się wycisza niż kmini nad Życiem.)




Na zdjęciu - drogowskaz w Tatrach Słowackich (Hrebienok, punkt wyjścia wielu fajnych szlaków prowadzących w wyższe rejony Tatr).

A z innej beczki - ku mojej radości, w sieci pojawiły się pierwsze recenzje blogowe piątego tomu Teatru węży (i są pozytywne):





Mogę też zdradzić, że - choć koronawirus mocno nabruździł - antologia Harde Baśnie figuruje w planie wydawniczym wydawnictwa SQN i na pewno wyjdzie drukiem! Insz Allah może przed końcem wakacji będziemy mogły powiedzieć coś więcej w tym temacie.




2020-07-14

"Czerń nie zapomina" w księgarniach!





It's official! Piąty i ostatni tom cyklu Teatr węży - Czerń nie zapomina - od dzisiaj w sprzedaży! Niniejszym mam w dorobku pięć powieści o Krzyczącym w Ciemności, razem dobrze ponad trzy miliony znaków (nie licząc opowiadań). Jestem dumna i szczęśliwa! 

Kiedy w listopadzie 2008 roku na emigracji w Heidelbergu zaczynałam pisać Dwie karty, nie miałam pojęcia, dokąd mnie ta ścieżka finalnie doprowadzi. Po drodze pojawiło się trochę zakrętów, nieprzewidzianych trudności i wilczych dołów (niezrealizowana pierwsza umowa wydawnicza z Fabryką Słów, bankructwo wydawnictwa Ifryt, tomy 2-3 wydane jako e-booki i niszówka papierowa). Można powiedzieć, że musiałam przez jakiś czas grać jako muzyk uliczny, zanim udało się wrócić na sale koncertowe. Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy czytając te książki oraz pisząc o nich w sieci dopingują mnie, motywują i wspierają!!! Jesteście kochani i bez Was tego cyklu by nie było, a na pewno nie w takiej formie.

Dziękuję również wydawnictwu Dom Wydawniczy REBIS, które w 2017 r. przyjęło żmija pod swoje skrzydła i pozwoliło mu znów zadawać szyku na papierze, w księgarniach, w efektownych okładkach.

Teatr węży jest zamknięty jako cykl, natomiast do świata Zmroczy zamierzam jeszcze wracać w przyszłości - jeśli życie i rynek pozwolą - w powieściach standalone, bo wszyscy, którzy czytali opowiadania o Krzyczącym w Ciemności, orientują się, że Czerń nie zapomina nie jest ostatnią odsłoną jego przygód. Brune, jak zły szeląg, nigdy nie znika na długo!

Niezorientowani, którzy dopiero planują zapoznać się ze światem Zmroczy (lub się wahają), tu znajdą podstawowe informacje o cyklu i przydatne linki.

Uwadze czytelniczej nieustająco polecają się bezpłatne promobooki - opowiadania ze świata Zmroczy:

- Królestwo i jego cienie (samodzielny odprysk)

- W królestwie sylfów (preludium do 4. tomu)

- Śnieg i lód (samodzielny odprysk bez Krzyczącego).

A najbardziej "leniwi" mogą poczytać online np. Pokłosie pewnego bankructwa (dostępne również do ściągnięcia jako epub i pdf).


Korzystając z okazji chciałam jeszcze zaznaczyć, że fakt, że w Czerń nie zapomina ważną rolę odgrywa epidemia niebezpiecznej choroby, jest zbiegiem okoliczności - zaczęłam pisać tę książkę latem 2019, kiedy nikt jeszcze nie słyszał o żadnym cholernym Covid-19!

Z niecierpliwością czekam teraz na opinie czytelnicze na temat piątego tomu. Pierwsza recenzja (autorstwa Kulturalnej Meduzy) już ukazała się online. Certyfikowana, bez spoilerów!

Z okazji premiery mam też dla Was anegdotę. Miauż mój dorwał się do książki po powrocie z Komańczy (w domu czekały na nas egzemplarze autorskie, rodzina odebrała przesyłkę pod moją nieobecność). Najpierw zaczął wertować, potem czytać i tak go wciągnęło, że czytał ciurkiem do pierwszej nad ranem, nawet nie rozpakowawszy plecaka, a dokończył przed południem następnego dnia. Ale jest tak małomówną bestią, że nawet w dwóch słowach nie podsumował swoich wrażeń! Pozwolił jedynie, żebym mu zrobiła zdjęcie przy lekturze. 




P.S. Disclaimer na koniec, bo na Facebooku powróciła dziś kwestia "czy kolejne wydania Teatru węży różnią się treścią". Wyjaśniam zatem, że:

1) WSZYSTKIE opowiadania o Krzyczącym w Ciemności dostępne aktualnie w internetach i zalinkowane u mnie na blogu są kanoniczne, staram się, żeby nie było między nimi rozbieżności ani sprzeczności (chyba że coś mi przypadkiem umknęło, bo tych tekstów jest już sporo).

2) Tomy 1-3 Teatru... były wydawane trzy razy (wydanie papierowe Ifryt/Solaris, e-booki z RW2010, wznowienie Rebisu), ale TREŚĆ KSIĄŻEK SIĘ NIE ZMIENIŁA! Wydanie Rebisu ma jedynie zrobioną po raz kolejny redakcję stylistyczną, więc brzmienie pojedynczych zdań może być ciut inne. W Dwóch kartach poprawiony został jeden jedyny kiksik - dopisany jest bodajże jeden akapit w stosunku do wersji Ifrytu i RW2010.

Generalnie, jeśli znacie tomy 1-3 Teatru... w wydaniu Ifryt/Solaris/RW2010, to znacie jedyną, kanoniczną i obowiązującą wersję przygód Krzyczącego. (Może gdzieś na jakimś Chomiku krążą jeszcze przedpotopowe pliki Worda z moimi pierwszymi opowiadaniami z końca lat 90-tych - jeśli komuś wpadnie w ręce plik pt. "Reinkarnacja", "Wspomnienie" czy "Krótkie spojrzenie wstecz", to one nie są kanoniczne, ale te teksty nigdy nie wyszły drukiem.)




2020-07-11

Jest już bezpłatny promobook "Śnieg i lód"!


Na drugi dzień po powrocie z Komańczy dzielę się dobrą informacją (czujni czytelnicy i tak zorientowali się szybciej niż ja): można już pobrać w e-booku darmowe opowiadanie Śnieg i lód będące odpryskiem do Teatru węży i przystawką przed piątym tomem! Beta-czytelniczka stwierdziła, że ten tekst jest "elegancki jak pudełko marcepanowych serc z ekskluzywną wstążeczką". Nie ma tu Krzyczącego w Ciemności, pierwsze skrzypce gra tym razem Shial Manesseria zwana Śnieg - białowłosa żmijka, która przewinęła się w krótkim, ale ważnym epizodzie w Pośród cieni, a w Czerń nie zapomina powraca jako jedna z głównych postaci.


Proszę uprzejmie, częstujcie się - oto linki.







Jednocześnie przypominam, że premiera piątego tomu pt. Czerń nie zapomina nastąpi za kilka dni, 14 lipca, aczkolwiek doszły mnie słuchy, że Empik już rozpoczął wysyłkę egzemplarzy zamówionych przedpremierowo. Egzemplarze recenzenckie trafiły do recenzentów, więc mam nadzieję, że wkrótce będę mogła podlinkować tu jakiś ciekawy feedback o książce. Nie ukrywam, że czekam niecierpliwie, żeby się przekonać, jaki będzie odbiór czytelniczy - ten tom jest trochę inny od poprzednich (w sumie to każdy z tomów Teatru... jest trochę inny od pozostałych), zawiera niespodzianki i śmiem twierdzić, że kilka razy Was zaskoczy! Ja się dobrze bawiłam w trakcie pisania (zresztą przy opowiadaniu o Śnieg też).



2020-07-03

Rozdroża i drogowskazy, czyli jak Ignit podjął decyzję (ale nadal się boi)


Jestem teraz na wyjeździe w Komańczy, z internetem tylko w telefonie, ale dzięki możliwości wcześniejszego ustawiania publikacji postów mogę Wam zdalnie pomachać łapką :) i podzielić się garstką zwierzeń snutych między miseczką świeżych truskawek a pakowaniem się na urlop.

Zabrzmi to jak tandetne pseudomądrości różnych "kołczów", ale kiedy wybory życiowe zmieniają naszą trajektorię, nigdy nie wiemy, dokąd ostatecznie dotrzemy i jakie będą tego implikacje. Zarazem - pomijając jakieś kompletnie nieprzewidziane sytuacje, od dziwnych psikusów losu po życiowe tragedie - mam wrażenie, że mimo wszelkich rozterek i zmian kursu w ostatecznym rozrachunku zawsze zmierzamy w stronę tego, na czym nam najbardziej zależało - tylko niekoniecznie nazywaliśmy ten cel po imieniu i mogliśmy nie zdawać sobie sprawy, że właśnie ta rzecz była naszym priorytetem (a jeśli priorytet nr 1 wyklucza realizację innych celów, na których też nam zależało/zależy, oj, wtedy robi się niewesoło). 

U mnie takim niezwerbalizowanym priorytetem bardzo długo było "chcę robić zawodowo coś, co sprawia mi przyjemność i w czym czuję się kompetentna". Brzmi to dobrze, ale doprowadziło do mnóstwa rozterek i zawodowych meandrów. Czułam się radykalnie niekompetentna jako młody pracownik naukowy i tylko ciut mniej niekompetentna jako autorka, a z domu wyniosłam przeświadczenie, że na sztuce się nie zarabia, sztuka powinna być pasją, a nie zawodem. Zerwałam z nauką, poszłam w tłumaczenia, po czym przez dziesięć lat płakałam, że łączenie ich z pisaniem to ekwilibrystyka i rozsądniej byłoby iść intensywnie w same tłumaczenia specjalistyczne, zbudować sobie bazę klientów, założyć firmę, zostać tłumaczem medycznym na pełny etat... tyle że bez pisania mam po 2-3 latach krach psychiczny jak w banku, ćwiczyłam to już.

Dwa lata temu po wielu burzach myślowych i trudnych rozkminach przewartościowałam swoje podejście (lepiej późno niż wcale, ha) i doszłam do postanowienia: odpuszczam zadanie "spróbuj wreszcie sensownie zaplanować swoje życie", będę realizować cele krótkoterminowe i zobaczymy, co z tego wyniknie. Najpierw takim celem było "chcę napisać czwarty tom Teatru węży". Potem "chcę napisać piąty tom Teatru węży, zamykając cykl". Na początku 2020 dojrzałam do tego, żeby kolejną poprzeczkę ustawić wyżej. Chcę do 2024 r. napisać jeszcze 5-6 książek, czyli zrealizować mniej więcej 25% tych pomysłów, które na przestrzeni ostatniego dziesięciolecia zgromadziły mi się na dysku w postaci luźnych konspektów i czekają na swoją chwilę. Dokąd mnie to zaprowadzi w sensie pozycji na rynku książki, nakładów, nominacji do nagród - nie wiadomo, to loteria. Koronawirus nabruździł, warunki są chwilowo kryzysowe, nie mam pewności, czy książka, którą teraz zaczynam pisać, wyjdzie drukiem w 2021 (będę o to zabiegać, rzecz jasna). Dofinansowywanie pisania zleceniami translatorskimi i związane z tym żonglowanie deadline'ami nieustająco przypomina bieg przez płotki, a o (nie)wysokości swoich zarobków nie będę nawet mówić. Ale jednak po długich rozkminach i rozważaniu różnych możliwości, w tym pijanych wolt zawodowych, finalnie wychodzi na to, że cholerne pisanie musi w końcu dostać priorytet. Mimo że w latach 1999-2018 miewało go tylko w krótkich oknach czasowych, kiedy chciałam dokończyć konkretny projekt.

Zastanawiam się teraz, ale już bez rozterek i dramy, które pomysły z długiej listy skierować do realizacji i w jakiej kolejności ^____^ (Muszę przede wszystkim dać radę je napisać, bo na przestrzeni lat miałam z dziesięć falstartów powieściowych: zaczynałam pisać, ale po kilkunastu czy kilkudziesięciu stronach orientowałam się, że nope, nie "czuję" tego tekstu, nic z niego nie będzie...)

Na zdjęciu - jakże adekwatnie - rozwidlenie szlaków na jednej z odludnych tras w okolicach Komańczy. Niedaleko drogowskazu znajduje się stalowa ambona myśliwska czy też miniplatforma widokowa. Byliśmy tam w 2016 r. i zamierzamy wybrać się ponownie.




2020-06-26

Wieści w końcówce czerwca





Data premiery piątego tomu "Teatru węży" zbliża się wielkimi krokami, ale nie tak szybko, jak wyjazd do Komańczy, na który planuje mnie porwać miauż już w najbliższy poniedziałek - 29 czerwca. Pełzająca epidemia w Polsce trochę nas niepokoi (zwłaszcza że po wyborach prezydenckich może przestać być pełzająca), ale nie zanosi się na to, by sytuacja miała się poprawić przed wrześniem, więc ryzyk fizyk, tym bardziej że zarówno w województwie lubelskim, jak i w podkarpackim zachorowań jest niewiele. Wybywamy na dziesięć dni, planujemy wędrować po lasach, wspiąć się na Chryszczatą i odwiedzić ponownie Jeziorka Duszatyńskie, a co jeszcze, to się zobaczy. Trzy lata temu trochę baliśmy się niedźwiedzia, który buszował w okolicach Komańczy - przy wejściu na jeden ze szlaków stały tablice ostrzegawcze, a gospodyni ostrzegała nas, że jacyś turyści napatoczyli się na tego misia i musieli uciekać. Ciekawe, czy nadal żyje i buszuje!

Zastanawiałam się, co jeszcze ciekawego wykluło się u mnie ostatnio, czy to na polu pisarskim, czy na innych polach. W tym pechowym koronaczerwcu bez konwentów mogę meldować głównie o tym, że siedzę w fotelu i tłumaczę (chyba że akurat przyjmuję opowiadania przysłane do Esensji, odrzucam opowiadania przysłane do Esensji albo piszę propozycję wydawniczą... ale o tym na razie ciii!). Inna sprawa, że rok bez wyjazdów obnażył niewygodną prawdę: konwenty czy targi książki są co prawda przyjemne i inspirujące, ale też czasożerne i energożerne jak jasny piorun. Rezygnując z konwentowania można ten czas i energię przeznaczyć na inne cele... no i nie ukrywam, że kiedy już pandemia się skończy, będzie to dla mnie trudny orzech do zgryzienia. Zobaczymy.

Próbuję się trochę zmobilizować i uruchomić sportowo przed górami, ale przez nieruchawą pandemiczną wiosnę i tak pewnie będą mnie w Komańczy boleć kolana... Wyszłam dzisiaj na nordic walking jedną ze swoich standardowych tras podmiejskich przez pola, a tam deszcze zrobiły swoje - pełno kałuż i rzesze wędrujących pomrowów (fe).

Z pozytywów mogę się pochwalić, że mam już całkiem szczegółowy konspekt kolejnej książki - bez Krzyczącego, bez fantastyki - tylko na razie blokuje mnie znajomy paraliż "jak ja to napiszę, jak mam zacząć, aaa, brakuje mi słów". Co ja bym dała, żeby po rozplanowaniu tekstu umieć po prostu siadać i pisać zamiast męczyć się z poczuciem, że co prawda umiem wymyślić fabułę, ale po 21 latach od debiutu nadal nie do końca wiem, jak się dzierga sensowne zdania!

Tymczasem dział literacki Esensji żyje i poleca kolejne opowiadanie:

Marcin Pindel - Zerwany kwiat

To historia bez grama fantastyki, z wątkiem historycznym i z Nowym Targiem w tle. Poniżej fragmencik na zachętę.

"Ulewa złapała mnie na Placu Słowackiego. Grube krople deszczu zaczęły bębnić w baldachim liści nad moją głową. Nie miałem ze sobą parasola, szczęściem do celu byłomiałem już niedaleko. Pozostawało tylko wyskoczyć spomiędzy dających względnie komfortowe schronienie drzew i przebiec sprintem jakieś sto metrów.


Odczekałem jeszcze chwilę w nadziei, że ulewa choć trochę złagodnieje, lecz na próżno; wcześniejsze słabe, łagodzone przez liście odpryski grubych kropel zamieniły się w gęsty strumień lecący wprost na moją głowę i ramiona.

Raz kozie śmierć…

Wziąłem głębszy oddech i puściłem się biegiem w ulicę Kościelną. Wzdłuż murów okalających świątynię dotarłem do dzwonnicy bramnej, gdzie odbiłem w prawo. Krótka uliczka Świętej Katarzyny wiodła wprost do rynku, na rogu którego znajdowała się interesująca mnie kamienica.

Ledwie pół minuty w deszczu, a ja już cały ociekałem wodą. Ach, te majowe ulewy… Bez zastanowienia pchnąłem drzwi kamienicy; na szczęście okazały się otwarte.

– Które to było piętro? – mruknąłem sam do siebie. – Zdaje się, że ostatnie.

Ruszyłem w górę schodów, sunąc dłonią po drewnianej poręczy. Na każdym z kolejnych półpięter zerkałem przez okno na pogrążone w strugach deszczu miasto. Lubiłem taką pogodę, nawet jeśli czasem stawałem się jej ofiarą. Przynajmniej gorąca kawa smakowała po takiej przygodzie jeszcze lepiej niż zazwyczaj.

Skończywszy wspinaczkę, stanąłem przed dwuskrzydłowymi drzwiami. Z podziwem przyjrzałem się ich bogatym żłobieniom, po czym zastukałem."



Przypomnę też, korzystając z okazji, że Esensja nieustająco zachęca do przysyłania opowiadań (byle mieszczących się w limicie objętości - do 50 tys znaków ze spacjami), bo ostatnimi czasy jakoś nie widujemy nadmiaru ciekawych tekstów! Więcej informacji tutaj.



2020-06-19

"Śnieg i lód" - fragment (2)



Ostatnie dwa miesiące były... pracowite, przypominały w zasadzie nieustający bieg przez płotki. Skończyłam piąty tom "Teatru węży", skończyłam przekład trzeciego tomu cyklu "Ruchomy chaos", napisałam opowiadanie do antologii o Tarnowskich Górach, ogarnęłam poprawki redakcyjne do swojej powieści, przetłumaczyłam wprowadzenie do książki o socjologii relacyjnej, napisałam opowiadanie promocyjne zamówione przez Rebis i wreszcie oddycham trochę swobodniej, choć wisi nade mną kolejny przekład z terminem na połowę sierpnia... W końcówce czerwca może uda nam się z mężem pojechać do Komańczy (z pewnym niepokojem śledzimy tlącą się epidemię, ale wygląda na to, że ani w województwie lubelskim, ani w podkarpackim sytuacja nie rozwija się w złym kierunku). 

Chodzą mi po głowie pomysły na różne ciekawe wpisy blogowe o świecie Zmroczy, ale na razie podrzucam tylko drugi fragment opowiadania promocyjnego do piątego tomu "Teatru węży" - darmowy ebook już niedługo pojawi się w sieci. Opowiadanie nosi tytuł "Śnieg i lód", a jego pierwszy fragment przeczytacie tu.


* * *

W pięciu dużych suwerennych miastach nad Zatoką Snów – Shan Vaola, Tay, Eume, Yever Laren i Kangu – faktyczną władzę sprawowali srebrni magowie. Wierzyli, że miasta te tworzą wzór w tkance rzeczywistości mający kluczowe znaczenie dla równowagi świata, której strzegło ich bractwo znane jako Elita.
Niezbędnym elementem dbania o tę równowagę było tolerowanie mroczniejszych stron miejskiego życia, takich jak działalność żebraków i przestępców. Ma się rozumieć, w pewnych granicach, ale były to granice swobodnie interpretowane i negocjowalne. Żeby daleko nie szukać, srebrni magowie przyzwalali na istnienie gildii przestępczej w Tay – półlegalnie. Jej przywódca Velhard oficjalnie był kupcem. Bardzo bogatym kupcem posiadającym kilka domów, zatrudniającym liczną służbę oraz zbrojnych do ochrony magazynów.
Śnieg nie wiedziała, czym w majestacie prawa trudni się mistrzyni Agota, niewysoka, mniej więcej czterdziestoletnia kobieta o chytrych czarnych oczach. Wiele przestępczyń rozpoczynało kariery w burdelu, lecz nic w sposobie bycia Agoty nie pasowało do byłej dziwki. Do złodziejki też nie. Ubierała się ciemno, włosy miała gładko zaczesane do tyłu i nie nosiła biżuterii, ale jej suknia była z drogiego aksamitu, a akcent sugerował wykształcenie.
– Velhard ma dla ciebie pierwsze zadanie, Shial – oznajmiła.
Rozmawiały na zapleczu kramu z wyrobami kaletniczymi ulokowanego w sukiennicach przy rynku. Właściciel, rok wcześniej rozpaczliwie zadłużony, bo próbował ratować brata uzależnionego od gry w kości i karty, siedział teraz w kieszeni u Velharda, a interes służył do prania brudnych pieniędzy.
– Zamieniam się w słuch.
Mistrzyni złodziejska wstała i dyskretnie odchyliła skórzaną zasłonę, upewniając się, że kramarz jest zajęty obsługiwaniem klientów.
– Dziś rano dotarła do nas wieść o śmierci Estille Merelt – podjęła, siadając z powrotem. – Była śpiewaczką w teatrze muzycznym, uchodziła za najlepszy sopran w Tay. Miała kilku bogatych sponsorów. Wynajmowała apartament w kamienicy przy manufakturze braci Sakaldich, zaraz obok Parku Książęcego.
– Zgaduję, że nie zmarła z przyczyn naturalnych – powiedziała powoli Śnieg. – Jak zginęła?
– Służąca znalazła ją w sypialni. Drzwi apartamentu nie były zamknięte na klucz, a Estille leżała w łóżku, sztywna jak kamień. Ktoś rzucił na nią klątwę lodu. Ponoć wszystko w pokoju pokrywał szron: pościel, łóżko, dywan, meble i ściany.
– Klątwa lodu to trudny czar – zauważyła Śnieg. – Na pewno nie splótł jej laik ani fałszywy mag.
– Tak zakładamy. – Agota znów popatrzyła w stronę zasłony, zniżyła głos. – Velhard oczekuje, że wytropisz sprawcę.
Śnieg uniosła brwi.
– Druga próba, co?
Mistrzyni złodziejska uśmiechnęła się nieznacznie.
– Założyłam się z Velhardem o butelkę wina, że to będzie twoje pierwsze pytanie, Shial.
Żmijka wzruszyła ramionami.
– Zadałam sobie trud przeczytania warunków umowy, którą daliście mi do podpisania. Wiem, na jaki układ się zgodziłam. Mniejsza o to. Czy panna Merelt pracowała dla was?
– Nie.
– Kim byli jej kochankowie?
Agota pokręciła głową, uśmiechając się już jawnie, choć bez złośliwości.
– Nie dostaniesz ode mnie nazwisk, Shial. Rozpytaj się w teatrze muzycznym i wszędzie, gdzie jeszcze uznasz za stosowne. Jesteśmy bardzo ciekawi, co uda ci się ustalić.
– Momencik. – Śnieg zmarszczyła brwi, gdy tknęła ją nagła myśl. – Co się stało ze zwłokami tej kobiety? Ktoś je zabezpieczył, zdjął miazmat? Poddał służącą rytuałowi oczyszczenia? Klątwa lodu zagraża postronnym tak samo jak klątwa kamienienia albo gnicia!
– Och, tym się zajęli srebrni. Albo ktoś im błyskawicznie doniósł o sprawie, albo Opiekun Miasta zobaczył w kryształowej kuli, co się wydarzyło. Zabrali ciało Estille, przesłuchali służącą, kucharkę i innych mieszkańców kamienicy, a na koniec odprawili rytuały oczyszczenia, by nikt się nie zaraził.
– I zapewne prowadzą teraz własne śledztwo.
– Zapewne, ale szybko je umorzą. Elitę interesuje to, co zagraża równowadze Zmroczy i tkance świata, a nie przestępcze porachunki.
– Jesteście bardzo pewni siebie, gdy chodzi o srebrnych – zauważyła Śnieg.
– Równowaga Zmroczy wymaga, by miasta miały swoją brudną stronę. Srebrni tolerują nas tak, jak toleruje się wilki w lesie, dopóki nie zagryzamy zbyt wielu owiec. Ale wróćmy do sprawy nieszczęsnej panny Merelt. – Agota wyjęła z kieszeni grawerowane mosiężne puzderko i położyła je na stoliku. – Tu jest coś, co miała przy sobie w momencie śmierci. Zakładamy, że wiesz, jak zrobić użytek z takiego przedmiotu.
Aura puzderka była czarna, nieprzyjemnie rozwibrowana, a na jego powierzchni osiadły drobniutkie kropelki wilgoci. Śnieg nie musiała go dotykać, żeby wiedzieć, że jest lodowate. Jeszcze mocniej zmrużyła oczy.
– Wy wiecie, kim jest morderca. Sprawdzacie mnie tylko.
Mistrzyni złodziejska wzruszyła ramionami z nieprzeniknioną miną.
– Dostałaś zlecenie, Shial. Działaj. Oczekujemy pierwszego raportu jutro o zachodzie słońca.
– W jakiej formie mam go złożyć?
– Osobiście. Przyjdź tutaj.