2020-05-30

"Czerń nie zapomina" z okładką!


It's official! Czerń nie zapomina, piąty i ostatni tom cyklu Teatr węży, będzie mieć premierę 14 lipca. Mimo zamętu, jakiego koronawirus narobił na rynku książki, na szczęście udało się uniknąć przekładania premiery na jesień lub co gorsza na przyszły rok. 

Cudną ilustrację okładkową ponownie wykonał Robert Rajszczak, który jest również autorem okładki do Śpiewu potępionych (okładki do trzech pierwszych tomów robił kto inny). Strasznie się cieszę z tej grafiki, bo przedstawione na niej postacie (nie, ten ciemnowłosy pan o awanturniczym wyglądzie to NIE Krzyczący w Ciemności) idealnie odpowiadają moim wyobrażeniom na ich temat. 

W Empiku trwa przedsprzedaż wydania papierowego ze zniżką 25%. Ebook będzie dostępny od dnia oficjalnej premiery. Mam nadzieję, że już niedługo będę mogła podlinkować jakąś recenzję przedpremierową.

Przypominam też, że niezorientowani, którzy niewiele wiedzą na temat Teatru węży, ale chcieliby dowiedzieć się więcej, tu na blogu znajdą informacje o całej serii i garść przydatnych linków. W oddzielnym wpisie znajduje się też lista darmowych opowiadań ze świata Zmroczy ułożonych chronologicznie, z linkami.




Opis wydawcy:

Po wydarzeniach na Wyspach Śpiewu Krzyczący w Ciemności przepadł jak kamień w wodę. Poszukują go wszyscy – demony Doliny Śniedzi, srebrna magini Akhania ar Vithanare, młoda wróżbitka Lorraine.

Dolina Śniedzi zrobi wszystko, by zemścić się na Krzyczącym i na Akhanii za pokrzyżowanie planów na archipelagu. Tymczasem w Bel Ingre, stolicy Lossoru, dojrzewa nowa intryga Otchłani. Dolina Rdzy szykuje się do wzniecenia tam epidemii, by zdobyć dziesiątki tysięcy dusz.

Kiedy sytuacja w Bel Ingre zaczyna się pogarszać, konsekwencje okazują się groźniejsze, niż ktokolwiek przypuszczał. Czy w sytuacji ogromnego zagrożenia możliwe stanie się współdziałanie między srebrem a czernią?




2020-05-23

Koniec maja - plany, decyzje i insze inszości


Non stop gonią mnie terminy na różne rzeczy, ale powzięłam twarde postanowienie, że na blogu raz w tygodniu ma się pojawiać nowy wpis. Choć bardzo żałuję odwołanych imprez i wyjazdów w tym pechowym koronaroku, jest to też w pewnym sensie błogosławieństwo – epidemia odciążyła mój grafik i mogę się lepiej skupić na pracy.

Przedwczoraj odesłałam korektę autorską piątego tomu „Teatru węży” po redakcji. Dwukrotne sczytanie (tak, jestem nieuleczalną perfekcjonistką na własną zgubę) tych 20 rozdziałów, czyli ponad 18 arkuszy, było zaskakująco miłym obowiązkiem, bo utwierdziłam się w poczuciu, że książka jest dobra. Inna od poprzednich (zawiera niespodzianki ^____*), ale dobra.

Co ważniejsze – w ostatnich dniach definitywnie podjęłam pewną decyzję, z którą mocowałam się od ponad czterech lat i w zasadzie podejmowałam ją krok za krokiem, etapami. Mam tendencje do wahania się w nieskończoność, kiedy decyzja nie ma „daty ważności” – nie trzeba jej podjąć w określonym czasie. W końcu – w cieniu pandemii koronawirusowej i swoich zbliżających się czterdziestych urodzin – dojrzałam do tego, żeby z paru możliwych opcji wybrać ryzykowną. Zobaczymy, jak bardzo będę tego żałować za kilka(naście) lat. Na razie zostałam nagrodzona taką zwyżką nastroju, taką falą optymizmu i energii, jakiej dawno nie doświadczyłam – nagle mam mnóstwo pomysłów, natłok planów i trzeba je tylko uszeregować jakoś z sensem.

Cały ten wpis jest dość enigmatyczny, bo nie chcę się chwalić wprost, o jaką decyzję chodzi (może pochwalę się za rok), ale jedno mogę wyjawić już teraz. Po piątym tomie „Teatru węży” planuję na dłuższy czas pożegnać się ze światem Zmroczy – przez co najmniej dwa lata nie będzie następnych powieści z tego uniwersum (może będą powstawać jakieś opowiadania żmijowe, może nie, zobaczymy). Następna książka będzie osadzona w naszym świecie i z dużym prawdopodobieństwem nie będzie zawierać fantastyki.

Zmieniacz czasu oczywiście potrzebny nieustająco. W braku zmieniacza ciągle próbuję tak modyfikować swoje nawyki, żeby poświęcać czas na rzeczy ważne, a nie nieważne (lub co gorsza na prokrastynację w internetach). Już dawno odkryłam, że największy problem z prokrastynacją mam wtedy, kiedy jestem ZMĘCZONA i senna (czytając Facebooka i internety, próbuję się obudzić i nabrać energii, żeby jeszcze trochę popracować – taki substytut kawy). Zadziwiające, jak trudno się wyzbyć złego przyzwyczajenia do pracy po nocach. Problem polega na tym, że w nocy jest cicho, za oknem nie świeci słońce, nie jeżdżą samochody, nic mnie nie rozprasza, więc działam trzy razy bardziej efektywnie niż w dzień…

Z całkiem innej beczki – dział literacki Esensji cierpi na niedobór publikowalnych tekstów (owszem, jesteśmy wybredni i wybrzydzamy, ale jednak poniżej pewnej poprzeczki po prostu nie chcemy schodzić), więc zachęcam piszących do przysyłania opowiadań, a nuż się spodobają? Ostatnio zamieściliśmy opowiadanie Wiktora Orłowskiego Nocna parada stu demonów – groza w klimatach japońskich, bardzo polecam. Ten tekst jest niczym kunsztowna porcelanowa miseczka wypełniona lepką, czarną esencją koszmarów. Na zachętę – fragmencik oraz ilustracja.


"Głuchy stukot fontanny sōzu budzi Akiko ze snu.
Dziewczyna przez chwilę leży nieruchomo, jej blade ręce spoczywają na pościeli niczym przywiędłe kwiaty lotosu. Mocno zaciska powieki, usiłując pochwycić odpływający powidok Tamtego Miejsca: Osaka w środku mroźnej zimy, czyste zaspy śniegu spiętrzone po obu stronach ulic niczym miniaturowe góry Fuji. Szczerbaty uśmiech Kentaro. Ciepło domowego kotatsu. Ręce matki pachnące jaśminem, jej ukochane zwoje pełne miniatur yōkai. Wiszący w tokonoma obraz, który napawał ją dreszczem: „Hyakki-yakō”, „Nocna parada stu demonów”.
Akiko gwałtownie otwiera oczy. Tutaj nie ma matki i Kentaro, nie ma cichego, wiecznie zapracowanego ojca, nie ma potworów wymalowanych czarnym tuszem. Jest tępy odgłos bambusa shishi-odoshi w domu, którego nauczyła się nienawidzić.
Wuj Kenjirō już nie śpi. Akiko słyszy jego kroki w korytarzu; stare drewno jęczy śpiewnie pod jego stopami, jakby się skarżyło. Aby przejść do łazienki, wuj musi minąć jej pokój. Przez chwilę są bardzo blisko, dzieli ich jedynie papierowe shōji. Dziewczyna sztywnieje; wydaje jej się, że słyszy jego oddech.
Rytuał dnia jest ustalony: Akiko wstaje i zwija futon, a potem ubiera się w marynarski mundurek i czesze włosy przed toaletką. Mebel jest stary – może pamiętać jeszcze okres Meiji – i bardzo piękny, blat ma inkrustowany szylkretem. Z lustra spogląda na nią istota pogranicza: już nie dziecko, ale jeszcze nie kobieta, kolaż dużych oczu i lekko zapadłych policzków, wysokiego czoła i kącików ust opuszczonych w wyrazie pełnego powagi smutku.
Akiko zakłada uśmiech, zanim zejdzie do jadalni. Trochę uwiera ją w usta, jak nowe, nierozchodzone jeszcze buty.
– Coś się stało? – Wuj spogląda na nią znad szkieł okularów.
Śniadanie jedzą przy odsuniętych shōji. Jest piękny jesienny poranek, słońce nieśmiało wspina się po czerwonych łupkach błyszczących od nocnego deszczu. Wiatr kołysze gałęziami smukłych miłorzębów – zdają się tańczyć w ogrodzie niczym gejsze, potrząsając złocistymi wachlarzami liści w skomplikowanych figurach tachikata.
Akiko nienawidzi ich tańca."


Rys. Agnieszka "Achika" Szady


2020-05-14

Pracowity maj w cieniu kwitnących bzów



Pandemia, nie pandemia – w tym roku maj zmusza mnie do poważnego przemyślenia (po raz nie wiem który!) moich nawyków w zakresie organizacji czasu. Od dawna mam świadomość, że średnio sobie radzę z tym tematem, a wszystkie sztuczki, jakimi próbuję się wspierać (głównie żonglowanie listami to-do na miesiąc, tydzień i dwa najbliższe dni), działają tylko w ograniczonym zakresie.

Chwilowo jestem dumna z siebie, bo w mniej niż tydzień napisałam opowiadanie do drugiej edycji antologii „Tarnowskie Góry Fantastycznie”, ładnie mieszcząc się w terminie, ale nie zmienia to faktu, że od miesięcy funkcjonuję mniej lub bardziej w trybie #nieogarniam. Chciałabym (takie wielkopańskie fanaberie mam, wiecie) móc zaliczyć codziennie spacer na świeżym powietrzu i pół godziny gimnastyki, poczytać coś z rosnącej nieubłaganie Sterty Wstydu oraz sypiać siedem godzin na dobę, a nie pięć, jak również skuteczniej reanimować dział literacki Esensji i bardziej systematycznie udzielać się tu na blogu. Na razie od marca sytuacja wygląda tak, że pełznę – z opóźnieniami – od jednego deadline’u od drugiego, na zmianę pisząc i tłumacząc. Wszystko inne ogarniam zrywami (przy czym jedno mogę powiedzieć – w miarę ogarniam prozę życia, jem ciepłe posiłki oraz sprzątam mieszkanie) i chodzę permanentnie niewyspana. 

Kłopoty wzięły się stąd, że kończenie piątego tomu „Teatru węży” przeciągnęło się o ponad miesiąc dłużej niż było planowane (na szczęście i tak było wiadomo, że premiera odwlecze się w związku z koronakatastrofą). Ku swojej ogromnej radości skończyłam i odesłałam go do wydawnictwa na początku kwietnia. Jakimś cudem wyrobiłam się terminowo ze wspomnianym wyżej opowiadaniem do antologii tarnogórskiej, a teraz w dużym niedoczasie kończę przekład trzeciej części cyklu „Ruchomy chaos” Patricka Nessa (bardzo polecam - naprawdę niegłupie socjologiczne SF, nie zrażajcie się etykietką, że to dla młodzieży!). Do 25 maja muszę odhaczyć korektę autorską mojego piątego tomu po redakcji, a potem do 15 czerwca napisać kolejne żmijowe opowiadanie promocyjne, równolegle tłumacząc wstęp do książki naukowej (miałam go dostać do przełożenia już teraz w maju, ale profesorowie, którzy piszą ten tekst, też funkcjonują w niedoczasie, więc umówiliśmy się na czerwiec). O, i tak to wygląda.

(Uprzedzając pytania - nie mam jeszcze informacji od wydawcy na temat planowanej daty premiery piątego tomu, ale myślę, że to się wyklaruje niedługo. Mogę za to zdradzić, że widziałam już projekt okładki - jest cudna!)

Prace nad antologią „Harde Baśnie”, czyli kontynuacją świetnie przyjętej „Hardej Hordy”, na razie niestety pozostają wstrzymane w związku z bizancjum, jakiego koronawirus narobił na rynku książki. Trzymajcie kciuki za pozytywny rozwój tej sytuacji, bo opowiadania mamy gotowe już od lutego, zbiorek wyszedł absolutnie PRZECUDNY, chyba jeszcze lepszy od swojego poprzednika, i ogromnie byśmy chciały, żeby jak najszybciej trafił w Wasze czytelnicze łapki!! 

Promocja na antologię „Harda Horda” w księgarni wydawnictwa SQN (wersja papierowa za 30 zł + ebook gratis, bookbox z gadżetami za 59 zł) trwa nadal, więc jeśli nie macie papierowego wydania albo ktoś w Waszym otoczeniu ucieszyłby się z prezentu, warto skorzystać.

W Lublinie jest chwilowo zimno, jakby trwał marzec, a nie maj, ale bzy pięknie kwitną, więc fotografuję je podczas spacerów (kiedy już udaje mi się wyjść na dwór). Łapcie też trzy zdjęcia równie pięknej, acz naburmuszonej Ofelii. Wspominałam już na Fb, że mama miała ostatnio telekonferencję, więc koty trzeba było eksmitować w plener (miauczą, dobijają się do drzwi i koniecznie chcą się pakować na kolana). Wkurzoną Ofelię ojciec musiał złapać i siłą wynieść na dwór. W skórzanych rękawicach… ^___^ #złekitku












2020-04-30

Promocja w SQN Store


Trudno uwierzyć, ale minął już prawie rok, odkąd na Warszawskich Targach Książki 2019 pojawiła się cała Harda Horda w komplecie i doszło do pamiętnego szaleństwa z kilometrową kolejką po autografy na naszej antologii! W tym roku niestety wkroczył koronawirus, cały na wirusowo - WTK się nie odbędą, wszystkie imprezy branżowe i konwenty poodwoływane, księgarnie stacjonarne na razie zamknięte, rynek książki w kryzysie. W tych uroczych okolicznościach przyrody chcę jednakowoż przypomnieć, że antologia jest nadal w sprzedaży, a co więcej - Wydawnictwo SQN przygotowało dla Was fajną promocję. Kupując w SQN Store egzemplarz papierowy "Hardej Hordy" w promocyjnej cenie 30 zł dostaniecie ebook za darmo. Idealna okazja, żeby na przykład zrobić za jednym zamachem prezent fetyszyście książek papierowych i czytelnikowi ebooków! Zajrzyjcie tu:

👉 Link do promocji w SQN Store.

Ebook otrzymuje się za darmo również w przypadku wybrania bookboxa Hardej Hordy (w cenie 59 zł, czyli ze zniżką prawie 35%) lub wersji z autografem Anety Jadowskiej, jeśli zaś ktoś absolutnie nie potrzebuje wersji papierowej i nie kuszą go ani gadżety, ani autograf, może zakupić ebooka solo z 40% rabatu.

Promocja trwa od dzisiaj, czyli od czwartku 30 kwietnia. W SQN Store przez cały czas dostępne są również gadżety okładkowe z napisem "Harda Horda" (notes, zakładki magnetyczne).






Dodam cichutko, że jeśli nie znajdujecie się w grupie zagrożonej utratą pracy z powodu koronawirusa, to teraz jest lepszy moment niż kiedykolwiek, żeby rzucać pieniądzem w wydawnictwa, kupując wysyłkowo bezpośrednio z ich księgarń (i wspierając w ten sposób także autorów).


Podzielę się przy okazji melancholijnym zwierzeniem. Kilka dni temu byłam tak zmęczona i obolała od siedzenia kołkiem przy laptopie, że postanowiłam sobie zrobić dzień przerwy od pracy umysłowej i między innymi posprzątałam w szafie. Abstrahując od tego, że sprzątanie szafy to zawsze przygoda, bo człowiek nigdy nie wie, co tam znajdzie (ja znalazłam między innymi artykuły żywnościowe kupione w ramach robienia zapasów przed epidemią, które nie zmieściły się w szafce kuchennej), zrobiłam zaległy remanent w bluzkach, koszulach i T-shirtach, dzieląc je na "domowe" oraz "wyjściowe", i po raz kolejny zrobiło mi się smutno, kiedy pomyślałam, w ilu konwentach, imprezach branżowych i spotkaniach miałam zamiar wziąć udział w tym roku i najprawdopodobniej nic z tego wszystkiego nie wyjdzie, bo koronawirus. Ech...


2020-04-25

Koronawiosna



Na facebookowym Forum Tłumaczy Literatury toczyła się ostatnio dyskusja o produktywności i mnóstwo osób stwierdziło, że pandemia fatalnie wpływa na ich wydajność. Posiadacze dzieci oczywiście cierpią z powodu zamknięcia szkół, przedszkoli i żłobków, ale większym problemem są chyba emocje - niepewność, lęk, obawy o przyszłość - które dopadają wszystkich bez względu na wiek i status rodzinny: od niepokoju o najbliższych po nawracające pytania, jak długo wirus będzie stanowił zagrożenie, jak będą wyglądać skutki recesji gospodarczej i kiedy świat zacznie powracać do normalności (pesymiści twierdzą, że za kilka lat, ultrapesymiści straszą, że obserwujemy dopiero preludium do Wielkiej Światowej Katastrofy Gospodarczej i nic już nie będzie takie samo). Rynek książki mocno ucierpiał przez koronawirusa (a konkretnie przez zamknięcie księgarni stacjonarnych), zaś recesja przypuszczalnie rąbnie go jeszcze dotkliwiej - nawet w najlepszych czasach czytelnictwo w naszym pięknym kraju wyglądało tak, jak wyglądało, książki nie są artykułem pierwszej ani drugiej potrzeby... Może wydawnictwa nie znalazły się w tak tragicznej sytuacji, jak turystyka, hotelarstwo czy branża eventowa, ale przyszłość nie rysuje się różowo, a nastroje wśród tłumaczy literackich i autorów są raczej minorowe.

Jeśli o mnie chodzi, bardzo źle mi się pracowało w marcu - nie mogłam się oderwać od czytania doniesień prasowych o koronawirusie - ale oswoiłam się z sytuacją i teraz już jest lepiej. W mediach można znaleźć rozbieżne prognozy na temat nadchodzących miesięcy, ale myślę, że SARS-CoV-2 będzie nad nami wisiał jak cień przynajmniej do przyszłego roku (staram się nie rozmyślać o możliwości, że paskudztwo mutuje zbyt szybko, żeby dało się opracować skuteczną szczepionkę). Na czysto osobistym poziomie pandemia na razie - ODPUKAĆ - nie skomplikowała mi przesadnie życia. Nie pojadę na kilka imprez literackich, przesunięto premierę mojej książki i przepadł mi planowany od dawna majowy wyjazd w góry, ale to w sumie drobiazgi. Zastanawiam się, czy jest szansa, abyśmy z miaużem wymknęli się na wypad górski w lipcu.

Pracuję teraz intensywnie nad zaległym długim przekładem - zabrałam się za niego później niż planowałam, bo kończenie mojej własnej powieści opóźniło się o miesiąc w stosunku do pierwotnego planu. (Wszystko dlatego, że zamiast pisać, kompulsywnie czytałam newsy o koronawirusie, oglądałam reportaże oraz wdawałam się w dyskusje na Fb z czarnowidzami, którzy wróżyli rozwój sytuacji rodem z "Bastionu" Kinga - swoją drogą teraz jakoś zamilkli, ciekawe czemu?) Chwilowo bardziej od koronawirusa przeraża mnie koszmarna susza - w Lublinie od jakichś pięciu tygodni padało tylko raz (!!!!) i to niezbyt obficie. Na dziś zapowiadano przelotne deszcze, ale na moim osiedlu nie spadła ani kropelka. Ziemia jest sucha i twarda jak kamień, trawa na trawnikach podsycha, nawet nie chcę się zastanawiać, co dzieje się z oziminami na polach...

Miałam ambitne plany, żeby po skończeniu 5. tomu "Teatru węży" reanimować bloga, napisać kilka zaległych recenzji i podsumowanie lekturowe roku 2019, ale na razie brak mi łyżek - muszę pchać do przodu wspomniany wcześniej długi przekład (było 604 stron wydruku, zostało jeszcze 190), domknąć prace nad przetłumaczonym w marcu artykułem naukowym (dostałam go z powrotem po poprawkach do sczytania, w bonusie do zrobienia są podpisy do wykresów) i pisać ASAP opowiadanie do pewnej antologii, bo deadline goni. Może zbiorę się przynajmniej, żeby sfotografować książki kupione tuż przed pandemią. Zaszalałam i zamówiłam z Madbooks kilkanaście pozycji - zakładałam, że dam sobie spokój z kolejnymi zakupami na jakieś trzy kwartały, tymczasem nie minęły dwa miesiące, a ja już zaczynam spisywać nową listę tytułów do nabycia...

Trzymajcie się, uważajcie na siebie, dbajcie o starszych członków rodziny i nie wychodźcie za często. Kiedyś powetujemy sobie wszystkie zaległe targi, konwenty i spotkania. A żeby zakończyć ten wpis choć połowicznie optymistyczną nutą - łapcie kilka zdjęć wiosennego kwitnienia.






2020-04-16

Dobre wieści przychodzą z zaskoczenia


Ogłoszono wyniki głosowania Elektorów Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego za rok 2019. Nominacje zdobyły następujące książki (uszeregowane wg liczby przyznanych głosów, w porządku malejącym):









(Przy okazji - jakie śliczne okładki mają Baśń o wężowym sercu i Necrolotum!)

Głosowanie jak zwykle przeprowadzono wśród Elektorów: imiennie zaproszonych opiniotwórczych czytelników i recenzentów literatury fantastycznej. 
Wg oficjalnych informacji podanych na stronie Nagrody, liczba głosujących wyniosła 40, a okres głosowania trwał od 1 do 15 kwietnia 2020.

Nominacja dla Śpiewu... to nomen omen fantastyczna niespodzianka, bardzo się cieszę! W tym pechowym koronawirusowym roku pewnie nie uda mi się nigdzie pojechać w celach promocyjnych (już dostałam informację, że np. Wrocławskie Dni Fantastyki będą się odbywać zdalnie, jako konwent online...), więc przyda się każda odrobina szumu wokół żmijowego cyklu przed premierą piątego tomu.


2020-04-11

Wielkanoc w czasach zarazy


Patrzę dzisiaj na słońce za oknem i myślę po raz kolejny, że ta słoneczna wiosna 2020 (swoją drogą podobnie słoneczna, bezchmurna pogoda panowała pod koniec kwietnia i w maju 1986 roku, kto pamięta?) zapadnie nam w pamięć na resztę życia. Spokojnym, sytym i uporządkowanym światem Zachodu zatrzęsło coś, co dotąd znaliśmy z filmów i powieści. Ilekroć wchodzę do osiedlowego spożywczaka i widzę, jak znajoma sprzedawczyni w rękawiczkach i przyłbicy przeciera środkiem dezynfekującym uchwyty wózków, dopada mnie wrażenie surrealizmu i lekkiego absurdu, jakbym się obudziła w innej rzeczywistości, gdzie wszyscy się zmówili, żeby grać w grę "pandemia". A tymczasem czas mija, kwiecień w rozkwicie, nadeszła Wielkanoc. Wielkanoc, którą zapamiętamy jako „święta w cieniu koronawirusa” (pierwsze i jeszcze nie wiadomo, czy ostatnie).

Muszę Wam się do czegoś przyznać: od wejścia w dorosłość nie przepadam za świętami. Ani za Bożym Narodzeniem, ani za Wielkanocą. Stresuje mnie rytualne zasiadanie do uroczystych posiłków w rodzinnym gronie (nie ze względu na rodzinę, atmosfera tych spotkań jest miła – po prostu nie lubię polskich świątecznych uczt połączonych z zachęcaniem prośbą, groźbą i szantażem do jedzenia). Spójrzmy prawdzie w oczy – jestem samolubnym dzikusem, który wolałby jak co dzień zamknąć się w swoim pokoju, żeby samotnie pożreć przy laptopie owsiankę i kanapki, zamiast ładnie się ubrać i iść konsumować smakołyki u teściów (ponownie – bardzo lubię moich teściów, problemem nie są rozmowy przy stole, tylko Przerażający Rytuał Jedzenia). Tradycja jest mi głęboko obojętna, podobnie jak religijny wymiar świąt (pochodzę z wierzącej rodziny, ale sama w temacie wiary chrześcijańskiej jestem ewidentnie jak daltonista próbujący czytać czerwone napisy na zielonym tle, w moim życiu nie ma Boga i raczej nie będzie). Co gorsza, od kilku lat zarówno Boże Narodzenie, jak i Wielkanoc – ze względu na swoją cykliczność – kojarzą mi się źle i depresyjnie, bo przypominają o nieubłaganym upływie czasu.

Krótko mówiąc, koronawirus zasadniczo spadł mi z nieba, ofiarowując dokładnie taką Wielkanoc, o jakiej zawsze marzyłam. Zero wizyt, brak śniadania wielkanocnego (z moim fiksującym żołądkiem przez 364 dni w roku jem rano lekkie, słodkie połączenia nabiału z węglowodanami, więc poranne menu w Wielką Niedzielę budzi moją niechęć, chociaż bez problemu mogłabym zjeść te same wędliny, jajka na twardo z chrzanem, żurek z kiełbasą etc. na obiad). Jakieś smakołyki świąteczne oczywiście powstaną – acz w mniejszej ilości niż zazwyczaj – i będą przekazywane wewnątrzrodzinnie. Sama mam ambitny plan po raz pierwszy od lat upiec to i owo, bo rodzice tym razem nie zamawiają żadnych ciast z cukierni. Nie wiem, jak moja babcia przyjmie fakt, że w Wielką Sobotę nikt nie pójdzie święcić koszyczka – no cóż.

Na razie dzielnie pomyłam okna (jestem z siebie dumna, jakbym co najmniej mamuta upolowała) i razem z miaużem wysprzątaliśmy mieszkanko na wysoki połysk. Wirus, nie wirus, ze sprzątania przed Wielkanocą zrezygnować nie można - zdumiewające, jak głęboko w człowieku siedzą takie wdrukowane przekonania.

W tych dziwnych czasach izolacji społecznej, niepewności i niepokoju o przyszłość życzę Wam, żeby Wielkanoc 2020 pod znakiem koronawirusa (bodajby mu się rozpadła otoczka lipidowa i pękł nukleokapsyd) mimo wszystko - tym bardziej! - zapisała nam się w pamięci jako coś dobrego i cennego. Żebyśmy, spędzając te święta z dala od bliskich nam osób (spokrewnionych czy nie), czuli z nimi tylko tym silniejszą więź troski i lojalności. Żeby lęk i depresja nie paraliżowały. Trzymajcie się i bądźcie zdrowi, dbajcie o swoich domowników i własny dobrostan psychiczny oraz fizyczny, głaszczcie kotki (i niekotki), wypłaszczajcie krzywą. Normalność kiedyś wróci. 


Anonimowe słodkie rude kitku pozdrawia.