2019-08-10

W pogoni za uciekającym czasem


W dzieciństwie strasznie się złościłam, ilekroć ktoś mówił o jakiejś sprawie "zrozumiesz, jak dorośniesz". Dopiero z wiekiem zaczyna do mnie docierać, do jakiego stopnia to jest prawda. To straszny truizm, ale faktycznie niektóre rzeczy człowiek zaczyna rozumieć dopiero wtedy, kiedy je sam zobaczy, poczuje, przeżyje.

Mam trzydzieści osiem lat. To ani mało, ani dużo, ale bardzo często myślę o tym, że czterdziestka coraz bliżej. Mam przy tym nieustające wrażenie, że ktoś w moim życiu wcisnął guzik szybkiego przewijania. Dni i tygodnie upływają jak błyskawica, nie wiadomo kiedy. Jeszcze wczoraj, zdawałoby się, był maj i wędrowaliśmy z mężem po szlakach wokół Piwnicznej; jeszcze wczoraj był czerwiec i jechałam na Warszawskie Targi Książki. Co mówię, jeszcze wczoraj był rok 2012 i zakładałam swojego pierwszego bloga, a przedwczoraj był luty roku 2010 i brałam ślub w zimowy, śnieżny dzień.

W przededniu czterdziestki coraz częściej dopadają mnie myśli podpadające pod mityczny "kryzys wieku średniego". Zaczyna do mnie docierać, że pewnie nie napiszę tych wszystkich książek i opowiadań, których konspekty mam na laptopie; że nie pojadę w wiele miejsc, które chciałabym odwiedzić, i nie zobaczę wielu widoków, które chciałabym zobaczyć. Że zasób czasu jest tak boleśnie ograniczony i trzeba wybierać, a niektóre rzeczy trzeba robić TERAZ, JUŻ, nie odkładać. Że życie trwa właśnie dzisiaj, właśnie tu, nie jutro, nie za miesiąc.

To są straszne truizmy, wiem. Ale kiedy byłam młoda, egzystowałam w bańce pozornej nieskończoności - wydawało mi się, że na wszystko kiedyś będzie czas. Zaczynam się budzić z tego snu i nagle widzę, że halo, niektórych rzeczy nie mogę odkładać na jutro (czy na święte nigdy). Między innymi dlatego piszę teraz twardo i systematycznie - po długich zmaganiach z wątpliwościami podjęłam pewne decyzje życiowe, trochę wbrew rozsądkowi, ale jest mi z nimi lepiej.

Ofelia, królewna o białych łapkach grzejąca brzuszek w słoneczku, też stanowczo daje światu do zrozumienia, że "carpe diem" jest słuszną strategią.




2019-08-08

Podcast o świecie Zmroczy


Niespodzianka! Dzięki pożyczonemu dyktafonowi oraz wsparciu technicznemu ekipy Fenixa: Antologii, na sieci pojawił się 30-minutowy podcast z mojej prelekcji o świecie Zmroczy wygłoszonej na tegorocznym Seminarium Literackim Śląskiego Klubu Fantastyki w Chorzowie, zatytułowanej "Świat Zmroczy: zatargi magów, igraszki demonów". Możecie wysłuchać nagrania tutaj, jak również obejrzeć zamieszczony pod nim komplet slajdów z prelekcji.

W skład podcastu weszło jakieś 80% prelekcji: opowiadam najpierw o perypetiach wydawniczych żmija, później o mechanice uniwersum Zmroczy (dwie barwy magii, Ekwilibrium i zachwiania, odmieńcy, Otchłań) oraz oczywiście o samym Krzyczącym w Ciemności. Ze względu na ograniczenia sprzętowe wycięta została sama końcówka, gdzie odpowiadałam na pytania z sali (pytania się nie nagrały).

Raczej nie planuję powtarzać tej prelekcji na innych konwentach, stąd decyzja o jej udostępnieniu w tej formie.



2019-08-07

"Teatr węży" - linki do recenzji i omówień





Z biegiem lat w sieci namnożyło się już naprawdę dużo recenzji i opinii blogowych na temat Teatru węży. W ramach porządków na blogu postanowiłam zebrać w jednym miejscu linki do co ciekawszych - zarówno tych starszych, jak i nowych. Sukcesywnie będę wyszukiwać i dodawać coraz więcej.


Omówienia zbiorcze



Tom 1. Dwie karty


  
Tom 2. Pośród cieni

Tom 3. W mocy wichru


2019-08-02

Wieści na początek sierpnia


Lato mija nieubłaganie - cichutko i niepostrzeżenie nastał sierpień. Mieliśmy w drugiej połowie lipca jechać z mężem w Beskid Niski, do Jaślisk, ale zmieniliśmy plany, pojedziemy dopiero za jakieś dwa tygodnie. Na razie siedzę w Lublinie i spokojnie pracuję. 

Jak to w sezonie ogórkowym, dzieje się niewiele, wieści mam ledwie garstkę. Na łamach Esensji jakiś czas temu pojawiła się dość obszerna analiza trzech pierwszych tomów Teatru węży zatytułowana Dwie barwy magii, wiele barw świata. Autorką jest Aleksandra Klęczar z bloga "Terrae Ignotae". Omawia uniwersum Zmroczy, postać Krzyczącego w Ciemności oraz konstrukcję fabularną poszczególnych tomów. Zachęcam do lektury! 

Z kolei Śpiew potępionych doczekał się trzech kolejnych recenzji:




Jeśli jeszcze nie znacie żmija, cztery tomy Teatru węży polecają się czułej uwadze ;)



Nie będzie mnie na Polconie w Białymstoku - rodzice wyjechali na urlop w góry, więc muszę być w Lublinie i zajmować się kotami. Najbliższy konwent, na jaki planuję się wybrać, to Copernicon w Toruniu (13-15 sierpnia). Poprowadzę tam po raz kolejny prelekcje "Nieporadnik młodego autora" i "Przyczajony gwóźdź, ukryte powrósło: czary i przesądy w hodowli zwierząt", wezmę też udział w kilku panelach dyskusyjnych. 

Nie jest jeszcze pewne, czy będę jechać w październiku na Krakowskie Targi Książki, ale istnieje taka możliwość. Wiadomo za to, że w semestrze zimowym będę znowu prowadziła warsztaty literackie w siedzibie lubelskiego Stowarzyszenia Fantastyki "Cytadela Syriusza" na Lwowskiej 12. W okresie od października do grudnia odbędzie się sześć dwugodzinnych spotkań, szczegóły podam na początku września.

Dział literacki Esensji żyje, ostatnimi czasy nawet zaktywizował się troszkę bardziej. Tym, którzy nie czytali, polecam dwa opowiadania opublikowane w lipcu, pierwsze ponure, drugie ciepłe i podnoszące na duchu jak kubek kakao:

Magdalena Świerczek-Gryboś - Bardzo trudne samobójstwo
Uczestniczka ekstremalnego wyścigu jachtów usiłuje przetrwać potworny sztorm. Opowiadanie o sensie ludzkiego życia i o jego kruchości.

Agnieszka "Raven" Szmatoła - O księżniczce i smokach
Urocza baśń o księżniczce, której życiową pasją stało się poznawanie smoczych zwyczajów.

* * *

Z bieżących wieści to tyle, a z drobiazgów ogólnożyciowych - łapcie pięć zdjęć fotogenicznego kota Sammeta w krótszej letniej szacie, koty są dobre na wszystko.

Sammet jest piękny, ale niezbyt głaskliwy: próby głaskania zwykle wywołują reakcję w postaci ostrzegawczego, piskliwego "miauu", a zaraz potem w ruch idą pazury... Niemniej, czasami bury książę bywa w nastroju na pieszczoty: kilka dni temu wyłożył się brzuszkiem do góry na kafelkach balkonowych, pozwolił mi się wymiziać po gardziołku i obfotografować. Łobuz jeden prowadzi aktywny tryb życia, ostatnio zniknął nam na prawie dobę. Potem wrócił wygłodniały i intensywnie mnie przepraszał, mrucząc i ocierając się o nogi, kiedy szykowałam mu śniadanko. Taki to z niego synuś marnotrawny...













2019-07-31

Naukowcy w kryzysie (Therese Bohman - "O zmierzchu", Tommy Wieringa - "Piękna młoda żona")




Wychodzę z założenia, że warto i trzeba poszerzać horyzonty czytelnicze, czytając książki niekoniecznie idealnie trafiające w gust, ale z jakichś względów interesujące. Na tej zasadzie przeczytałam "O zmierzchu" Therese Bohman i "Piękną młodą żonę" Tommy'ego Wieringi - sprawdzam ostatnio, na ile jest mi po drodze z literaturą obyczajową z wyższej półki. Chociaż pozornie obie książki opowiadają o czym innym ("O zmierzchu" o życiu Szwedki, która osiągnęła spełnienie zawodowe, ale ciąży jej samotność; "Piękna młoda żona" o perypetiach małżeńskich holenderskiego naukowca, który poślubił dziewczynę znacznie młodszą od siebie), tak naprawdę zarówno Bohman, jak i Wieringa wzięli na warsztat to, co nazywamy potocznie kryzysem wieku średniego. 

Bohaterka "O zmierzchu", Karolina Andersson, jest profesorem historii sztuki w Sztokholmie. Nie ułożyła sobie życia osobistego, po rozpadzie długoletniego związku sypia z różnymi mężczyznami, pije trochę za dużo, generalnie nie jest to najlepszy czas w jej życiu. Iskrą nadziei staje się projekt jej doktoranta Antona; Anton twierdzi, że dokonał w Niemczech unikatowego odkrycia, a Karolina ma nadzieję, że również i ona dzięki temu zyska sławę. Główna bohaterka jest neurotyczną, egocentryczną osobą o irytująco wąskich (mimo wykształcenia) horyzontach, więc polemizowałabym z wydawcą w kwestii tego, czy powieść ukazuje pragnienia i marzenia całej generacji wyzwolonych, spełnionych zawodowo Szwedek. Przyznam uczciwie, że podczas lektury najbardziej mnie uderzyło nie problematyczne życie uczuciowe Karoliny, tylko rozdźwięk między jej codziennością a tym, jak wygląda codzienność znanych mi pracowników naukowych (praca, praca i więcej pracy) oraz fakt, że jej etos zawodowy leży i kwiczy. Nurtuje mnie pytanie, czy humaniści w Szwecji podlegają mniejszej presji, czy autorka jednak nie bardzo zna realia środowiska, w którym osadziła książkę? Co ciekawe, czytałam ostatnio wywiad z autorką, z którego wyłania się zupełnie inny obraz głównej bohaterki - wynikałoby z tego, że Bohman niejako zupełnie przypadkiem uchwyciła cechy, które mnie tak uderzyły.

Z kolei Tommy Wieringa w "Pięknej młodej żonie" przedstawia historię niedobranego małżeństwa. Edward Landauer, renomowany wirusolog, jeden z pionierów badań nad wirusem HIV, krótko po czterdziestce związał się z młodszą o piętnaście lat Ruth. W ciągu kilku lat dochodzi do kryzysu tego związku, a my patrząc z zewnątrz widzimy, dlaczego: obie strony traktowały się instrumentalnie, nie potrafiły rozmawiać, przy czym to Edward wydaje się znacznie bardziej samolubny i zapatrzony w siebie (ale też poznajemy całą historię tylko z jego perspektywy). Narodziny dziecka stają się początkiem rozpadu małżeństwa. Ciekawy jest poboczny wątek nieodpowiedzialnego szwagra z małym synkiem, ale autor poświęcił im niewiele miejsca.

Zaciekawiło mnie, że szwedzka autorka i holenderski autor zupełnie przypadkiem stworzyli bohaterów pochodzących ze środowiska naukowego, którzy wyglądają jak swoje lustrzane odbicia. Zarówno Karolina Andersson, jak i Edward Landauer mają skłonność do filozoficznych przemyśleń, a równocześnie są zaskakująco ślepi na niuanse relacji międzyludzkich i nie rozumieją, że z upływem czasu coraz bardziej się to na nich mści. Są też mocno - momentami rażąco - samolubni i ponoszą tego cenę (Karolina w mniejszym stopniu, Edward w większym).

Na marginesie - bardzo podoba mi się okładka "O zmierzchu", chociaż nie do końca oddaje klimat zawartości.

Więcej na temat obu książek możecie przeczytać w recenzji, która ukazała się jakiś czas temu na łamach Esensji.


2019-07-23

Wrocławskie Dni Fantastyki 2019 - sobota


Pierwsza część relacji z WDF-ów 2019 znajduje się tutaj.


W sobotę rano w restauracji hotelowej spotkałam koleżankę z Hordy, Magdę Kubasiewicz, i po śniadaniu pojechałyśmy we dwie tramwajem do Leśnicy. Obie chciałyśmy pójść na prelekcję Anny Karnickiej i Joanny Radosz „Czas ognisk i bajek” o elementach fantastycznych w literaturze dziecięcej, ale okazało się, że została odwołana, więc zamiast tego znalazłyśmy w parku ławeczkę w cieniu i przesiedziałyśmy godzinę na świeżym powietrzu, zastanawiając się, czy skwar skończy się tego dnia burzą, czy jednak nie. O ile w piątek było raczej chłodno, o tyle w sobotę słońce wyszło zza chmur i gdzieś od dziesiątej z nieba lał się biały żar. (Na marginesie: park w Leśnicy jest obszerny i piękny, ale w tym roku strasznie zaszkodziła mu susza. Wszystkie trawniki były szarobeżowe, zarośla przywiędnięte, a nasze buty już po krótkiej przechadzce pokryły się warstwą pyłu.) 

Na jedenastą wróciłyśmy do Centrum Kultury na panel „Modne wiedźmy”, w którym oprócz Magdy uczestniczyli jeszcze Anna Sokalska, Elżbieta Żukowska oraz Michał Gołkowski. Ten ostatni wysunął tezę („pora przyciąć pień tego świętego dębu przy samych korzeniach”), że wierzenia słowiańskie de facto nie istniały, są wymysłem średniowiecznych kronikarzy, jak Jan Długosz, oraz dziewiętnastowiecznych etnografów. Elżbieta Żukowska szybko i fachowo weszła z nim w polemikę, wspierana przez Annę Sokalską, i atmosfera na panelu stała się cokolwiek napięta... Kiedy temat wierzeń słowiańskich przygasł, sporo czasu poświęcono z kolei próbom zdefiniowania różnic między pojęciami „czarodziejka”, „czarownica” i „wiedźma”, nie osiągając konsensusu. Żałowałam, że nie mogę się włączyć do dyskusji i wtrącić, że w wierzeniach słowiańskich czarownice to po prostu kobiety posługujące się czarami, zwykle w celu uzyskania korzyści i/lub szkodzenia innym, i że czarownicą mogła być dowolna gospodyni niezależnie od tego, czy dana wieś posiadała swoją babkę szeptuchę, czy nie. 




O dwunastej rozpoczął się panel „Gdzie ci mężczyźni? Geralt z Rivii i inni bohaterowie fantasy”. Uczestniczyli w nim Michał Gołkowski, Milena Wójtowicz, Marcin Kowalczyk, Wojciech Zembaty i niżej podpisana, moderował Michał Cetnarowski. Ponieważ chętnych do wejścia na salę było więcej niż krzeseł, Michał Gołkowski pierwszy spontanicznie oddał publiczności swoje krzesło, a reszta panelistów poszła za jego przykładem. Usiedliśmy na podłodze i dostaliśmy oklaski ^__^ (zdjęcie zamieszczone poniżej zostało zrobione tuż przed tą akcją). Potem zaistniał drobny problem z oknami – w sali było okropnie duszno, więc wszystkie okna zostały otwarte na oścież, ale wtedy zjawiła się gżdaczka z informacją, że kiedy na sali przebywa publiczność, okna mogą się znajdować tylko w pozycji uchylonej, „bo ktoś może wypaść”. Nasz moderator zareagował obywatelskim nieposłuszeństwem, to znaczy poczekał, aż gżdaczka opuści salę, po czym ponownie pootwierał okna na oścież, komentując tylko "na wszelki wypadek lepiej nie róbcie zdjęć"... ^__^





Półtoragodzinny panel upłynął jak z bicza strzelił w bardzo sympatycznej atmosferze. Rozmawialiśmy o najbardziej ikonicznych, wyjątkowych i zapadających w pamięć bohaterach w fantasy (ja wymieniłam Geda Krogulca i Kane'a Nieśmiertelnego, Milena Wójtowicz wspomniała o Clovisie La Fayu, ktoś mówił o Conanie jako wspaniałej antytezie dla ugrzecznionych bohaterów lektur szkolnych), o bohaterach, którzy wywarli najsilniejszy wpływ na kształtowanie się naszej osobowości (Michał Cetnarowski powiedział, że po trzydziestce najpełniej docenia bohaterów westernu „Na południe od Brazos”, Michał Gołkowski przyznał się do uwielbienia dla twórczości Sienkiewicza i do tego, że wielką estymą darzy postać Kmicica, ale za największego badassa w Trylogii uważa księcia Bogusława Radziwiłła, a ja wyznałam, że jako siedmiolatka kochałam kreskówkę "Bravestarr" i identyfikowałam się z głównym bohaterem), o Geralcie z Rivii (wysunęłam tezę, że ważną cechą definiującą bohatera płci męskiej jest jego stosunek do kobiet i że Geralt jest pod tym względem skomplikowany: z jednej strony mnóstwo one-night standów i toksyczny związek z Yennefer, z drugiej strony opiekuńczość wobec Triss Merigold czy Milvy) i o tym, czy fantasy przekazuje toksyczne wzorce męskości (podałam Edwarda z sagi „Zmierzch” jako przykład legitymizacji przez literaturę zachowań stalkerskich, Wojciech Zembaty zapytał, czy to znaczy, że zdaniem kobiet nie wolno pisać o stalkerach – oczywiście można i trzeba, ale nie należy przedstawiać stalkera jako trulovera, którego zachowanie świadczy o Wielkiej Miłości i prowadzi do happy endu w postaci szczęśliwego małżeństwa!)

Po panelu razem z Magdą i Mileną oraz psiakiem Mileny powędrowałyśmy do parku, gdzie spędziłyśmy dużą część popołudnia, z przystankiem na obiad w strefie gastro. Jako dyżurny odmieniec żywieniowy jak zwykle zaopatrzyłam się w bułki i wodę w pobliskim Lewiatanie, bo boję się ryzykować tłuste jedzenie z foodtrucków. 
Milena skusiła się na lemoniadę ze świeżych owoców z cukrem trzcinowym. Podczas spaceru po parku obfotografowałam arenę i strzelnicę, a przede wszystkim zawzięcie pstrykałam zdjęcia cosplayerom, których mnóstwo kręciło się w tłumie – podziwiam zwłaszcza człowieka ubranego od stóp do głów w granatowy futrzany kostium, przy trzydziestu stopniach w cieniu to był naprawdę wyczyn! 












Odpuściłam sobie prelekcję o chińskich skaczących wampirach o szesnastej, choć tytuł brzmiał ciekawie, bo stwierdziłam, że pewnie zjawi się tam dziki tłum chętnych. Udało mi się natomiast wejść bez problemu o siedemnastej na prelekcję Pauliny Jarysz „200 zawodów w 60 lat. Kim jest i kim była Barbie?” Prelekcja okazała się bardzo interesująca, świetnie poprowadzona, ilustrowana slajdami. Prelegentka od kilku lat kolekcjonuje lalki Barbie i przyniosła najciekawsze egzemplarze ze swojej kolekcji, w tym słynnego „Kena z kolczykiem”, najlepiej sprzedający się model Kena w historii (tzw. Earring Magic Ken wyglądał jak stereotypowy gej: miał włosy utlenione na blond, nosił różową siatkową koszulkę, kamizelkę koloru lila, kolczyk w uchu i chromowany naszyjnik, i stał się ikoną ruchu LGBT).

Kilka ciekawostek z prelekcji:

Amerykańska bizneswoman Ruth Handler wymyśliła lalkę Barbie pod koniec lat 50-tych, inspirując się niemiecką laleczką Bild Lilli. Była to lalka, z którą dziewczynki mogły się identyfikować i traktować ją jak wzór. Cały dowcip polegał na tym, że dla lalki należało kupować wciąż nowe zestawy ubrań, które sporo kosztowały. Pierwsza Barbie nosiła kostium kąpielowy w czarno-białe paski, można było ją kupić w wersji blond lub ciemnowłosej, a imię dostała po córce pani Handler.

Barbie naprawdę ma na imię Barbara, pochodzi z małego miasteczka w stanie Wisconsin, ale mieszka w Malibu. Jest absolwentką college'u i była aktywna zawodowo już w czasach, kiedy pracujące zawodowo kobiety nie były w USA oczywistością (w latach 60-tych wprowadzono pierwsze modele Barbie pielęgniarki i Barbie stewardesy).

Ken (Kenneth Carson), narzeczony Barbie, pierwotnie miał przyklejane krótkie włosy, ale ponieważ po pierwszym kontakcie z wodą jego czuprynka szybko się odklejała i „łysiał”, kolejne modele miały już namalowane fryzury.

Midge, koleżanka Barbie, jest od niej niższa, rudowłosa i piegowata. Ponieważ piękna blond Barbie może się wydawać nieosiągalnym ideałem, firma Mattel wprowadziła Midge jako zwykłą, skromną dziewczynę z sąsiedztwa, która wciąż mieszka w swoim rodzinnym miasteczku w Wisconsin i marzy o tym, żeby wyjść za mąż i mieć dzieci. Jeden z modeli lalki Midge miał doczepiany ciążowy brzuszek, z którego wyjmowało się niemowlaczka. Wzbudziło to protesty środowisk ultrakatolickich, których przedstawiciele stwierdzili, że Midge wygląda zbyt młodo, aby być matką.

W 2004 Barbie i Ken się rozstali, a Barbie zaczęła się spotykać z australijskim jasnowłosym surferem imieniem Blaine. Barbie i Ken powrócili do siebie w 2006.

Długo były problemy z czarnoskórą Barbie – Mattel ostrożnie próbował wprowadzać ciemnoskóre lalki, ale nazywały się inaczej (np. Francie, wprowadzona na rynek w 1967, była kuzynką Barbie z Europy). W końcu po długich przebojach pojawiła się i czarna Barbie, ale popełniono kiks marketingowy, bo użyto jej do reklamowania ciastek Oreo, podczas gdy w slangu Afroamerykanów "oreo" jest określeniem mocno pejoratywnym (oznacza osobę ciemnoskórą, która bardzo stara się udawać białą).

Od 1997 roku Barbie ma szerszą talię (efekt zarzutów, że promuje anoreksję).

Wśród bardziej oryginalnych modeli lalek wypuszczonych na rynek przez firmę Mattel są niepełnosprawne lalki jeżdżące na wózku, a także Ella – lalka chora na raka, pozbawiona włosów (nosi chusteczkę). Tę lalkę po wypełnieniu specjalnego kwestionariusza dostawały za darmo dzieci chorujące na raka bądź ich rodzeństwo. Na zdjęciu poniżej Ella jest pierwsza od lewej, a obok siedzi Ken z kolczykiem, ale bez swojego ikonicznego stroju.






W panelu dyskusyjnym „Fantastyczny fuck-up” wzięli udział Grzegorz Wielgus, Elżbieta Żukowska, Dominika „Nerd Kobieta” Tarczoń, Michał Gołkowski i niżej podpisana. Dyskusja dotyczyła wszystkiego, co może pójść nie tak w pracy pisarza, od błędów popełnianych na etapie debiutu (krótkie podsumowanie hasła „czy warto wydać książkę za własne pieniądze” brzmiało „nie róbcie tego, nie warto”) poprzez różne aspekty działalności twórczej. Najżywsza dyskusja wywiązała się chyba wokół kwestii współpracy z redaktorami (jak ta współpraca może wyglądać w praktyce i ile może autorowi dać). 

W kolejnym panelu, zatytułowanym „Dwa lata Hardej Hordy", wystąpiłyśmy we trzy z Magdą i Mileną. Tytuł mówi sam za siebie: opowiadałyśmy o historii powstania naszej grupy, jej celach i zamierzeniach, o antologii "Harda Horda" i o planach na przyszłość. Byłam już dosyć zmęczona i tylko z rzadka dorzucałam parę słów do tego, co mówiły dziewczyny. Zmęczona była również Lorka, pies Mileny, która towarzyszyła nam na panelu: najpierw poszczekiwała, potem wyciągnęła się jak długa na podłodze i usnęła jak dziecko. 

Niedogodne połączenia kolejowe zmusiły mnie do zrezygnowania z atrakcji ostatniego dnia konwentu – w niedzielę już nie uczestniczyłam w WDF-ach, tylko pojechałam tramwajem na dworzec i ruszyłam w dziesięciogodzinną podróż powrotną do Lublina. Do domu dotarłam krótko po dwudziestej pierwszej, szczęśliwa, ale wyczerpana. W pewnym wieku konwenty wymagają już twardego zdrowia ^__^

Na deser jeszcze garść zdjęć cosplayerów - patrzcie i podziwiajcie!



















Ach, i na koniec oczywiście muszę się pochwalić miłym memu sercu widokiem ze sklepiku konwentowego:




Serdecznie dziękuję organizatorom za zaproszenie na WDF-y i mam nadzieję, że za rok ponownie uda mi się wybrać do Leśnicy!


2019-07-22

Wrocławskie Dni Fantastyki 2019 - piątek



Zmobilizowałam się wreszcie, żeby napisać rozbitą na dwie części relację z Wrocławskich Dni Fantastyki. Enjoy!


Przewlekający się w nieskończoność remont torów na trasie do Warszawy przez Dęblin nadal utrudnia życie wszystkim, którzy mają kaprys dojechać dokądś z Lublina koleją. Moja podróż do Wrocławia z przesiadką w Warszawie, ze startem o nieludzkiej godzinie 4:32 (jazda pociągiem tuż po wschodzie słońca miała tylko dwie zalety: 1) nie było upału, 2) za Lubartowem z okna pociągu widziałam uciekającą sarnę, dwa bociany i zająca) trwała łącznie ponad 10 godzin. Na deser musiałam jeszcze – po odszukaniu właściwego przystanku, co nie było takie proste (ulica wiodąca do dworca PKP jest rozkopana) – przejechać 16 przystanków tramwajem z dworca Wrocław Główny w rejon Stadionu Wrocław i przewędrować jakieś 800 m z przystanku do hotelu (nie obyło się bez pytania miejscowych o drogę). W końcu jednak dotarłam bezpiecznie do celu i po krótkim odpoczynku mogłam ruszyć do Leśnicy, gdzie odbywał się konwent. Też tramwajem (do Leśnicy dojeżdżają linie tramwajowe nr 3, 10 i 20). 

Na konwent dotarłam krótko po szesnastej. Przed Centrum Kultury „Zamek” powitała mnie Marta Witkowska z ekipy WDF-ów, przemiła opiekunka gości. Dostałam materiały akredytacyjne, smycz z identyfikatorem, gumową opaskę na nadgarstek oraz butelkę piwa kraftowego – nie piję piwa, więc podziękowałam za ten prezent, ale inni goście na pewno go docenili! 








Jak co roku prelekcje odbywały się w budynku Centrum Kultury „Zamek”, a warsztaty i pokazy w pobliskim parku, gdzie ulokowano również strefę gastronomiczną z foodtruckami, scenę koncertową, strzelnicę i różnego rodzaju stoiska handlowe. Nie udało mi się wejść o siedemnastej na prelekcję Agnieszki Skrzypczak „Nie tylko Wędrowycz – egzorcyzmy i magia polskich wsi” (na całych WDF-ach gżdacze bardzo pilnowali, żeby w salach prelekcyjnych przebywało tylko tyle osób, ile przewidziano miejsc siedzących – nie było wolno stać z tyłu ani siedzieć na podłodze), więc powędrowałam na zewnątrz i zupełnym przypadkiem trafiłam na odbywającą się na trawie pod gołym niebem prelekcję o Dawnych Europejskich Sztukach Walki będącą wstępem do pokazu fechtunku mieczem długim. Z zainteresowaniem słuchałam, jak pan ze stowarzyszenia ARMA.PL opowiada o tym, jakie trudności napotykają ludzie usiłujący rekonstruować średniowieczne techniki szermiercze. (Zachowane traktaty są napisane zwykle w języku staroniemieckim lub starowłoskim, bez interpunkcji, zawierają niejasne, hermetyczne zwroty i opisy – były przeznaczone dla ludzi już umiejących walczyć, miały im pomóc usystematyzować i uzupełnić wiedzę. Wiemy, jak wyglądała broń, ale trudno jest na podstawie opisów oraz rycin w traktatach odtworzyć przebieg walki, konkretne techniki i akcje; po części wykorzystuje się doświadczenie z innych sztuk walki, bo mechanika ruchów ludzkiego ciała jest zawsze taka sama. Zapamiętałam też, że naukę szermierki rozpoczynano od nauki zapasów, a w trakcie walki mieczem można wykorzystać techniki zapaśnicze, na przykład złapać przeciwnika wpół i rzucić nim o ziemię, co zademonstrowano później na pokazie.)







Zdążyłam obejrzeć kwadrans pokazu szermierczego, a potem musiałam się zwinąć na pierwszą z własnych prelekcji, „Przyczajony gwóźdź, ukryte powrósło: czary i przesądy w hodowli zwierząt”. Opowiadałam o licznych przesądach i zabobonach dotyczących hodowli bydła i owiec, głównie z obszaru Karpat, ale nie tylko. Po wykładzie zostałam zagadnięta przez parę osób proszących o autograf – szczególnie wzruszył mnie człowiek z podniszczonym egzemplarzem antologii wydawnictwa Ares 2 „Młode wilki polskiej fantastyki. Tom 1”. Potem zeszłam na parter do galerii, gdzie znajdowała się bardzo fajna wystawa prac Grzegorza Rosińskiego – plansze i szkice do „Thorgala” i innych, mniej znanych komiksów (głównie komiksy SF z lat pięćdziesiątych), kilka małych obrazków w kolorze oraz trzy duże obrazy olejne przedstawiające sceny z „Thorgala” – i obfotografowałam te prace, które szczególnie przykuły moją uwagę. Mam mnóstwo zdjęć z tej wystawy, wybrałam pięć.









O dwudziestej wróciłam na górę, żeby poprowadzić swoją drugą prelekcję - „Nieporadnik młodego autora: pisanie dla początkujących”. Cytowane przykłady różnych potknięć z tekstów początkujących autorów („Pościel została w pokoju na górze. Jeszcze parę metrów i dotrze do furtki”, „zaułek wymoszczony śmieciami”, „kapitan zanurzył pióro w bakałarzu”) jak zwykle wzbudziły dużą wesołość. Po prelekcji trochę mnie kusiło, żeby zostać na koncercie zespołu Żywiołak, lecz rozsądek kazał już wracać do hotelu.

Sobota upłynęła pod znakiem paneli dyskusyjnych oraz towarzyskiego integrowania się z koleżankami z Hordy, ale o tym przeczytacie w następnym wpisie.