2021-09-19

Krajobraz po trzęsieniu ziemi


Drodzy tu zaglądający, melduję się po kolejnym dłuższym milczeniu. Po trudnych doświadczeniach sierpniowych, wrzesień zafundował mnie i moim najbliższym kolejną odsłonę kryzysu: w sierpniu było nagłe załamanie stanu zdrowia starszej osoby i hospitalizacja (z perypetiami, o których tu nie będę się rozpisywać, ale w skrócie - państwowa opieka zdrowotna potrafi wyciąć numery, o jakich pacjentom ani ich rodzinom się nie śniło), ponad dwa tygodnie później nastąpił wypis ze szpitala i ostatni akt dramatu w domu. Śliczny słoneczny tydzień od 8 do 15 września umęczył nas mocno, ale już jest po wszystkim. W najbliższą środę na lubelskim cmentarzu przy ul. Lipowej pożegnamy naszą ukochaną seniorkę rodu, która niestety bardzo się wycierpiała u schyłku życia, ale przynajmniej śmierć miała spokojną i godną.

W ciągu minionego miesiąca wszystkie swoje zobowiązania musiałam zawiesić lub ograniczyć zaangażowanie do absolutnego minimum (ale bohatersko dokończyłam krótkie tłumaczenie oraz napisałam recenzję wydawniczą niewydanej jeszcze w Polsce powieści); teraz będę pomału, ale metodycznie ogarniać zaległości. Październikowy numer Nowej Fantastyki jest już w drukarni. Tym razem dział prozy zagranicznej przygotował dla Was jedno opowiadanie z uniwersum Diuny oraz dwa rosyjskie: mroczne jak dusza Putina, świetnie napisane. Jestem bardzo ciekawa, czy szerokiemu gremium spodobają się tak samo jak mnie! Szykujemy teraz numer listopadowy, do którego trafią m.in. krótkie, smakowite opowiadanka Jeffa Noona wyszukane i przetłumaczone przez Marcelego Szpaka.

Mój drugi zbiór opowiadań piekielnych, który zgodnie z planem miałam kończyć na początku września, niestety leży na razie odłogiem. Nie mam pojęcia, kiedy uda mi się wyciszyć i skupić na tyle, żeby domknąć ten projekt. Nawarstwiły mi się zlecenia i inne zobowiązania, muszę się z nimi systematycznie, po kolei zmierzyć, a po całym zamęcie ostatniego miesiąca mam wrażenie, że jakaś nieprzyjazna siła wyssała mi odkurzaczem z głowy wszystkie siły twórcze. Oby to wkrótce minęło.

Żałuję ogromnie, że nie mogłam pojechać ani na Warszawskie Targi Książki, ani na Warszawskie Targi Fantastyki. Za to w sobotę 11 września wygłosiłam na Kapitularzu Online prelekcję "Świat Zmroczy: zatargi magów, igraszki demonów". Zważywszy, w jakich okolicznościach przyszło mi głosić ten wykład (radykalny niedobór snu, 90% mocy obliczeniowej mózgu zaabsorbowane kryzysem rodzinnym), poszło mi nawet nie najgorzej. Wszystkie wystąpienia były nagrywane i organizatorzy planują je udostępnić online. A w najbliższy piątek (24 września) będę miała spotkanie autorskie w Zespole Szkół Budowlanych przy ul. Słowiczej w Lublinie - wreszcie dla odmiany jakieś wydarzenie na żywo!

Z innych wieści: znajomi podrzucili mi link do obszernej, nieco marudzącej recenzji "Teatru węży" na YouTube - recenzuje niejaki Grafzero. Niezbyt polubił Krzyczącego i otwarcie się do tego przyznaje, w ogóle nie lubi większości bohaterów cyklu poza Zazelem. Nie podpasowała mu też Otchłań i mam wrażenie, że ogólnie uniwersum Zmroczy to nie do końca jego klimaty. Tym większy szacun za tak drobiazgowe omówienie wszystkich pięciu tomów:
Na koniec pochwalę się jeszcze - ku mojemu zaskoczeniu i wielkiej radości, jeszcze w końcówce sierpnia dowiedziałam się, że udało mi się wbić z opowiadaniem do pewnej prestiżowej antologii. Niestety nie mogę wyjawić, co to za antologia i o które opowiadanie chodzi, dopóki książka nie znajdzie się w zapowiedziach, co nastąpi chyba dopiero w 2022 r. Na razie musicie mi uwierzyć na słowo, że wiadomość jest sensacyjna i mam się z czego cieszyć!

Koty mają się dobrze, są tylko pełne pretensji, że troszkę je zaniedbaliśmy przez ostatni miesiąc (miseczki były systematycznie napełniane, ale nikt nie miał czasu głaskać, tulić i czule przemawiać). Będziemy teraz starali się wkupić z powrotem w ich wąsate łaski.



2021-09-03

Kilka słów o wrześniowej "Nowej Fantastyce"


Kochani! Zamilkłam na prawie miesiąc, bo dopadły mnie nieprzewidziane komplikacje w życiu rodzinnym (w skrócie: ktoś się ciężko rozchorował, ale nie na covid). Bywa. W drugiej połowie sierpnia miałam dziesięć dni dosłownie wyciętych z życiorysu, teraz stopniowo nadganiam zaległości. Zobaczymy, jak sytuacja będzie się dalej rozwijać, ale cóż, to zależy od siły wyższej. Sama jestem na szczęście zdrowa, pełna energii po lecie i oby tak pozostało.

Z małym poślizgiem kilka słów ode mnie na temat wrześniowego numeru "Nowej Fantastyki", który od ponad tygodnia jest już w sprzedaży. Z okazji 100-lecia urodzin Stanisława Lema numer ten skrywa niespodziankę - obszerne wyimki z niepublikowanej dotąd po polsku rozmowy Lema z jego tłumaczem na japoński, profesorem Mitsuyoshim Numano oraz kulturoznawczynią dr hab. Beatą Kubiak przeprowadzonej w roku 1995, a także dyskusję "Odkryć Lema na nowo" i opowiadanie Tymoteusza Sokołowskiego "Lema pamięci żałobny rapsod" (trochę zabawne, trochę ponure, z twistem). Jednakże ja chciałabym polecić Waszej uwadze w pierwszej kolejności przecuuudne opowiadanie zagraniczne Rebeki Campbell "Cenne niepowodzenie": melancholijny climate punk o lutnikach z Vancouver. (Wspominałam już kilka notek temu, że pracuję nad jego przekładem.) Jak dla mnie to literackie 10/10, jestem niesamowicie szczęśliwa, że udało mi się je wyszukać, kupić i przetłumaczyć!

Drugie opowiadanie zagraniczne - "Wody kanly. Z zapomnianych dziejów Gurneya Hallecka" Briana Herberta i Kevina Andersona - rozgrywa się oczywiście w uniwersum "Diuny" i ma za zadanie pobudzić Wasze apetyty przed zbliżającą się premierą nowej ekranizacji. We mnie obudziło nostalgię (czytałam "Diunę" sto lat temu jako licealistka, ale tylko pierwszy tom cyklu od deski do deski, kolejne jakoś mnie nie wciągnęły).

Prócz tego w numerze znajdziecie opowiadania Romka Pawlaka (z uniwersum powieści "Podarować niebo") i Błażeja Jaworowskiego, a w dziale publicystyki m.in. wywiad ze scenarzystą nowej animacji wiedźmińskiej "Zmora wilka", jak również inne artykuły, felietony, recenzje i komiks.

Wrześniowy numer "Nowej Fantastyki" możecie kupić w kioskach i empikach oraz w stacjonarnej księgarni wydawnictwa Prószyński i S-ka (w Warszawie, przy ul. Rzymowskiego 28). Nieustająco zachęcamy również do prenumeraty - wychodzi taniej i wygodniej:

Jeśli ktoś woli formaty elektroniczne, proponujemy subskrypcję wersji mobilnej na Androida i iOS. Wypada dodać, że w aplikacji znajdziecie gratisowo pełną transkrypcję rozmowy ze Stanisławem Lemem, której fragmenty znalazły się w NF 09.

Można nas też kupić w e-Kiosku:

A część zawartości "NF" znajdziecie w wersji audio w aplikacji Lecton:


2021-08-09

Znów kawałeczek czegoś

 

Po dokładnie rocznej przerwie ze względu na pandemię, czerwcowa wyprawa do Piwnicznej niesamowicie podsyciła mój apetyt na wycieczki górskie i bardzo chciałabym móc się teraz zameldować z jakichś Tatr (choć tam podobno dzikie tłumy wakacyjne) czy innych Bieszczadów, ale niestety z przyczyn rodzinnych jestem uziemiona w Lublinie do końca września. Nadal pracuję nad tym, żeby dokończyć drugi zbiór opowiadań piekielnych (może lepiej byłoby powiedzieć "dziejących się w zaświatach", bo tym razem tak jakoś wyszło, że fabuły rzadko zahaczają o piekło), ale z racji wrodzonego perfekcjonizmu ciągle coś się z tym kończeniem komplikuje. Pierwotny zestaw tekstów był inny, wyrzuciłam z niego już dwa gotowe opowiadania (jedno opublikowane online sto lat temu, drugie premierowe - to o dzieciach rosnących w bluszczu, którego fragment umieściłam na blogu kilka miesięcy temu), bo mi przestały pasować do koncepcji, a wczoraj podjęłam trudną decyzję, żeby wyrzucić trzecie z tego samego powodu: nie zgrywa się dobrze settingiem, fabułą i atmosferą z pozostałymi. Chodzi o krótkie premierowe opowiadanko o Bojkach i morowicy, którego fragment też tu wrzucałam swego czasu. Na pewno nie pozwolę mu długo leżeć w szufladzie, gdzieś się ukaże prędzej czy później.

Domknęliśmy wrześniowy numer "Nowej Fantastyki", przedwczoraj pofrunął do drukarni. Z ważnych rzeczy mam teraz na głowie ekstrapilne tłumaczonko (literackie, na angielski), więc w biegu podrzucam tylko fragment tekstu, który może znajdzie się w zbiorku piekielnym bis, a może nie - wobec dynamicznych zmian koncepcji nic jeszcze nie jest pewne.


Tkaczki

 

Mieszkamy w pałacyku, lecz oknach naszych komnat są kraty. Nigdy nie wychodzimy na dwór,  możemy jedynie wyglądać na zewnątrz, zastanawiając się w nieskończoność, gdzie leży to miejsce i skąd się tu wzięłyśmy.

Wokół budowli rozciąga się ogród. Idealnie zadbany, lecz sprawiający dość przygnębiające wrażenie. Posadzone tam krzewy zostały przystrzyżone w kształt kul i stożków. Tylko cyprysy rosną strzeliste i smukłe, nietknięte nożycami ogrodnika. Wzdłuż wysypanych żwirem ścieżek posadzono bukszpanowe żywopłoty, a na klombach kwitną hiacynty, bratki oraz róże.

Pośrodku ogrodu znajduje się placyk, na którym umieszczono pozieleniały od śniedzi zegar słoneczny i fontannę w kształcie marmurowego smoka. Z jego paszczy tryska woda, lejąc się z pluskiem do obszernej misy, w której pływają nenufary.

Tęsknie wyglądamy przez okratowane okna, marząc o tym, by choć raz pozwolono nam się przejść po ogrodzie. Naszym całym światem są prosto, choć wygodnie urządzone komnaty sypialne, pracownia, jadalnia, łazienka i korytarz zakończony potężnymi, okutymi drzwiami, które zawsze pozostają zamknięte na klucz.

Nie wiem, ile nas tu jest. Wiele razy próbowałam liczyć sylwetki przy krosnach, łóżka w sypialniach, krzesła w jadalni. Za każdym razem wychodziły mi inne liczby, aż w końcu dałam za wygraną.

Wszystkie jesteśmy stosunkowo młode, żadna nie wygląda na więcej niż trzydzieści lat. Nosimy czarne uniformy. Czarne proste sukienki do pół łydki, czarne rozpinane sweterki, czarne pończochy, czarne buty. Upinamy włosy czarnymi spinkami. Można by rzec, że trwamy w żałobie, nie wiedząc, kogo ma ona upamiętniać.

W przestronnej, jasnej pracowni tkamy i wyszywamy od rana do wieczora. Nadzorują nas dwie starsze kobiety, Ghislaine i Britta. To one rysują na arkuszach papieru wzory, które następnie odtwarzamy na tkaninie za pomocą różnokolorowych nici. Zamiast sweterków noszą żakiety, są chłodno uprzejme, lecz sprawiają wrażenie wyniosłych. Interesuje je głównie to, czy  owoce naszej pracy wyglądają wystarczająco okazale, czy kolory się nie gryzą i czy nikt nie marnuje czasu na plotki.

Spod naszych rąk wychodzą wielobarwne arrasy i haftowane płótna godne królewskich komnat, pokryte wizerunkami bóstw i bestii. Po ukończeniu składa się je i w nocy zostają zabrane, lecz nie wiemy, przez kogo i dokąd. Niekończący się kurs praktyczny rękodzieła, luksusowy ośrodek terapii pracą, dziwaczny reality show? Żadna z nas nie zna odpowiedzi. Prawdę mówiąc, wszystkie domyślamy się, że prawda musi być zupełnie inna, ale boimy się dociekać, jaka. Żadna z nas nie pamięta, jak się tu znalazła; przeszłość przypomina rozmytą plamę, okno tak brudne, że nie sposób nic dostrzec przez szyby. Ilekroć moje palce zręcznie wyszywają na jedwabiu kolejnego lwa, kolejnego skrzydlatego węża, kolejną harpię, zastanawiam się, kiedy i gdzie przyswoiłam sobie tę umiejętność. Drobna, żwawa Stephanie, która chętnie nuci przy pracy francuskie piosenki, twierdzi, że tkaczkami i hafciarkami stałyśmy się dopiero po przybyciu tutaj, ale nie chce wyjaśnić, czemu tak sądzi.

Na stołach w jadalni trzy razy dziennie pojawia się jedzenie na fajansowej zastawie. Potrawy są ciepłe i smaczne, chleb zawsze świeży, podobnie jak masło. Na deser często dostajemy ciasto albo świeże owoce. Posiłki spożywamy w ciszy. Nie dlatego, że zakazano nam rozmawiać, po prostu brakuje tematów do rozmów. Dlatego padają jedynie zwięzłe, uprzejme zdania: "Poproszę śledzie", "Czy ktoś chce dokładkę kartofli", "W tej sałatce jest trochę za dużo majonezu".

Wieczorami myjemy się w łazience urządzonej jak w ośrodku wczasowym albo internacie, nieco staromodnej, lecz nienagannie czystej. W szafkach stoją tam kosmetyki w jednolicie białych lub przezroczystych buteleczkach, flakonach i pudełkach bez logo producenta. Mydło i szampon mają hiacyntowy zapach, nie wszystkim to odpowiada, ale można się przyzwyczaić.

Po kąpieli bez pośpiechu rozczesujemy mokre włosy, wcieramy balsam w ciała. Kładąc się na wygodnych łóżkach z białą pościelą, uprzejmie życzymy sobie nawzajem dobrej nocy. Później zasypiamy i czasem śnimy o świecie, który pozostawiłyśmy za sobą. O lasach, górach i miastach, ogrodach, sklepach i biurach, skromnych mieszkankach i pięknych willach. O mężczyznach, których tutaj nie ma. Czasem te sny budzą w nas rozpaczliwą tęsknotę, bolesne pragnienie zmiany; wtedy budzimy się w środku nocy zapłakane i mamy ochotę gołymi rękami szarpać kraty, które nas tu więżą. Lecz rano wszystko powraca do normy. Wszystkie mamy przytłaczającą świadomość, że bunt nie ma sensu, skoro ucieczka nie wchodzi w grę.

Nie dochodzi między nami do kłótni, czy choćby sprzeczek o takie drobiazgi jak zgubiona szpulka nici albo zepsute nożyczki. Prawdę mówiąc odnoszę wrażenie, że nasza spokojna, na dłuższą metę nieznośnie nudna egzystencja, na dłuższą metę zabija emocje, czyni nas równie obojętnymi na radość co na gniew. Milczące, poważne, skupione na pracy, jesteśmy czarno odzianymi duchami pałacyku, zjawami pokutującymi w jego komnatach.

 

2021-07-31

"Dolina niesamowitości" - premiera w sierpniu


Sezon ogórkowy w pełni, ale przynoszę dziś dobre wieści z poletka wydawniczego. Pozwolę sobie zareklamować zbliżającą się premierę koleżanki z Hordy.

Niektórzy pamiętają (a nawet recenzowali) zbiór opowiadań Anny Nieznaj, lubelskiej programistki, fantastki i matki dzieciom, o genetycznie modyfikowanych komandosach pt. "Błąd warunkowania". Po długim oczekiwaniu major Sanja Popović, dowódczyni unijnej jednostki specjalnej Czarne Koty powraca w pełnowymiarowej, samodzielnej powieści nakładem SQN Originals! Premiera w sierpniu, przedsprzedaż już ruszyła

Bardzo zachęcam, to SF socjologiczne bliskiego zasięgu z solidną podbudową naukową i polityczną. Prywatnie mam do tej książki wiele ciepłych uczuć, bo czytałam fragmenty w miarę powstawania.

Trzydzieści lat temu grupa oficerów dostała propozycję: układ nerwowy ich przyszłych dzieci może zostać zmodyfikowany genetycznie. Marzenie o agentach idealnych wydawało się na wyciągnięcie ręki: odmienne działanie mózgu i zmysłów stanowiłoby gwarancję wygranej w światowym biotechnologicznym wyścigu zbrojeń.

Czarne Koty – unijni szpiedzy GMO – próbują wtopić się w społeczeństwo, które ich sobie opłaciło w podatkach. W armii, rodzinach, wielkich miastach kuszących zapachem ludzkich emocji. Czy chcielibyście, żeby któreś z Waszych prawnuków urodziło się Kotem?

Książka dostępna tylko w SQN Store. Do każdego egzemplarza papierowego - e-book gratis!

Korzystając z okazji zapraszam też do przeczytania jednego z prequelowych opowiadań o Czarnych Kotach opublikowanego kilka lat temu w Esensji:


Uprzedzając ewentualne pytania o to, jak mają się do siebie prequelowy zbiór "Błąd warunkowania" i powieść "Dolina niesamowitości" - słowami autorki: jakby patrzeć na BW jako na serial bez puenty, to DN jest jak film kinowy, który jest samodzielny, ale też zamyka serial. Absolutnie nie trzeba znać "Błędu...", żeby czytać "Dolinę...", natomiast rozwija i dopełnia ona pewne wątki z opowiadań.





2021-07-24

W poszukiwaniu starej kreskówki, czyli jak zmarnować wieczór na głupoty (i wcale nie żałować)


Z zegarkową regularnością marudzę tutaj, że nie nadążam za swoim życiem, ciągle jestem rozdarta między różnymi sprawami oraz zobowiązaniami (przy czym z ręką na sercu przyznaję, że duża część problemu tkwi w głowie i kto inny na moim miejscu na pewno radziłby sobie lepiej). Po nieco luźniejszym czerwcu oraz pierwszej połowie lipca znowu wiszą nade mną terminy - jeszcze nie wiem, jak dojść do ładu z rzeczami, które są do przetłumaczenia oraz napisania ASAP. Bardzo możliwe, że - po tym, jak bardzo długo udawało mi się wrzucać wpisy w miarę regularnie - blog zostanie znowu przejściowo "wychłodzony" na miesiąc czy dwa, zobaczymy. Ale tymczasem chciałam się podzielić ciekawostką, o której pisałam już na Fb.

Dość często miewam dziwne impulsy, żeby (bez względu na to, jak pilnie powinnam aktualnie pracować nad czymś innym) rzucić się nagle w szukanie informacji na kompletnie mi chwilowo niepotrzebny, ale interesujący temat. Oczywiście dokłada się to do permanentnego problemu pt. NIEMAMCZASUNANIC i doskonale o tym wiem, ale kto nie ma żadnych złych nawyków, niech pierwszy rzuci kamieniem! 

W ostatnią środę przypadkiem odkryłam, że wśród mnóstwa dziwnych rzeczy, jakie można znaleźć w internetach, są stare animowane bajki rosyjskie (i jak uroczo animowane! niech się Disney schowa!!) zdubbingowane po polsku. Natychmiast mnie podkusiło, żeby spróbować zidentyfikować i odszukać w internetach rosyjski film rysunkowy, który oglądałam w polskiej telewizji ponad 30 lat temu. Zapamiętałam z niego różne szczegóły (niektóre, jak się okazało, niedokładnie - o tym dalej), ale przede wszystkim utkwiło mi w głowie wrażenie, że było to coś absolutnie cudnego, fascynującego, magicznego i z porywającą muzyką. Mimo świadomości, że nie jestem już dzieckiem i kreskówki straciły dla mnie 90% dawnego uroku, bardzo chciałam to dzieło rosyjskiej animacji odnaleźć i zweryfikować swoje wrażenia. Poprosiłam o pomoc znajomych (IRL i na Facebooku), wyliczając w punktach, co pamiętam:

1) wyświetlano ten film w telewizji, zapewne na TVP1, w okolicach Bożego Narodzenia, kiedy byłam jakoś we wczesnej podstawówce (późne lata 80-te, ew. 1990-91), 
2) niewykluczone, że bazował na baśni kazachskiej czy mongolskiej, 
3) główny bohater był księciem i miał dwóch braci,
4) występował tam czarodziejski koń (umiejący latać??) oraz motyw dalekiej i niebezpiecznej podróży,
5) była tam scena, gdzie główny bohater leżał nieprzytomny gdzieś w wysokich górach i/lub wśród wody i śniegu/kry, a koń trącał go pyskiem, 
6) muzyka brzmiała bardzo wyraziście, a głównym motyw przypominał nieco pieśń "Barka" (wiem, to naprawdę dziwne, jakie szczegóły zapisują się w mózgu dziecka i jak człowiek je pamięta po ponad trzydziestu latach!).

Przyjaciółka podsunęła, że skoro w filmie pojawiał się magiczny latający koń, może chodzi o "Konika Garbuska" (dostępny na YouTube i bezsprzecznie uroczy), ale dość szybko doszłam do wniosku, że to nie to - szukałam historii, gdzie główny bohater jest dorosłym, przystojnym, dziarskim carewiczem, a nie małym przestraszonym Wasią w łapciach, który jeździ na garbatym kucyku... Po solidnym przegrzebaniu wyników wyszukiwania w Google zainteresowałam się filmem "Królewna żabka" (ros. Царевна-Лягушка) z 1954 r., znajomi z Facebooka też podrzucili ten sam trop. 

Odszukałam "Królewnę żabkę" na YouTube, obejrzałam i niewykluczone, że to faktycznie było to! Musiałabym założyć, że pamięć dziecka zniekształciła część szczegółów, ale to bardzo możliwe (w dzieciństwie miałam tendencję do tego, żeby nie rozumieć wszystkiego z oglądanych fabuł i dopowiadać sobie rzeczy, które na ekranie wyglądały inaczej). Baśń jest rosyjska, muzyka w zupełnie innym stylu niż zapamiętałam, bardziej pozytywkowa niż porywająco-heroiczna (aczkolwiek przyjemna) i nie zawiera tego motywu, który mocno utkwił mi w głowie - może usłyszałam go w innej kreskówce? Poza tym nie ma sceny z nieprzytomnym księciem na pustkowiu, która została ze mną przez tyle lat jako najbardziej wyrazista i charakterystyczna. Niewykluczone jednak, że mogło mi się nałożyć na siebie parę epizodów: koń carewicza Iwana ginący wśród zamieci i Iwan idący samotnie w śniegu, a potem pijący wodę ze strumienia, oraz Iwan lecący na białym skrzydlatym koniu w końcowej części bajki. Musiałabym też przyjąć, że widziałam ten film kilka lat wcześniej niż wyjściowo obstawiałam, bo jakoś we wczesnej podstawówce czytałam zbiór baśni rosyjskich "Piórko Finista Jasnego, cud-sokoła" i rozpoznałabym, że to, co widzę na ekranie, to baśń "Królewna w żabę przemieniona".

Podsumowując, im dłużej się nad tym zastanawiam, tym mniej jestem pewna, czy moje poszukiwania rzeczywiście przyniosły pożądany efekt. Jeśli przypadkiem znacie film, który może lepiej pasować do opisu podanego w poście, dajcie mi znać! Ale tak czy inaczej, jeśli macie trochę wolnego czasu, polecam obejrzenie "Królewny żabki", bo animacja naprawdę robi wrażenie - trudno uwierzyć, że to jest film z 1954 roku i że w ZSRR robiono tak urocze ekranizacje rodzimych baśni! I występuje tu taki cudowny villain, Kościej Nieśmiertelny o niebieskiej skórze, który mieszka w szczerozłotym zamku oraz przemienia się w kruka! Od siebie powiem jeszcze, że zawsze miałam problem z filmami rysunkowymi w stylu disneyowskim, a podobały mi się właśnie takie, gdzie ludzie są rysowani dość realistycznie (kiedyś już pisałam tu o mojej fascynacji kreskówką "BraveStarr" podczas pobytu w USA w 1988). 

Na zachętę trzy kadry z "Królewny żabki":






2021-07-22

Sierpniowy numer "Nowej Fantastyki" już w kioskach!


Czas biegnie jak szalony, w sprzedaży pojawił się już sierpniowy numer "Nowej Fantastyki"!

Zupełnym przypadkiem, bez żadnych wcześniejszych uzgodnień pomiędzy działem polskim a zagranicznym, od strony literackiej wyszedł nam cudowny numer tematyczny pod hasłem "śmierć i miłość". W dziale polskim polecają się Waszej czułej uwadze bardzo dobre opowiadania Agnieszki Fulińskiej (kryminał z elementami mitologii etruskiej) i Zbigniewa Wojnarowskiego (SF z wątkiem eschatologicznym, skojarzyło mi się nieco z tekstami Marka S. Huberatha), natomiast w prozie zagranicznej mamy teksty trzech raczej niszowych, ale świetnych autorek:

- Mari Ness: obłędnie baśniowe i malarskie (symbolizm, secesja?) opowiadanie o romansie Króla Lata z Królową Zimy, być może odlegle zainspirowane opowiastką H. Ch. Andersena "Dwanaście miesięcy"; 
- A.C. Wise; nominowane do Nebuli opowiadanie o narcystycznym iluzjoniście;
- Kai Hudson: opowiadanie SF o autystycznej dziewczynie, córce dwojga naukowców (z różnymi koreańskimi smaczkami, bo autorka jest z pochodzenia Koreanką).

Poza tym - wywiady (z Jonem J Muthiem, Tomkiem Bagińskim i Tedem Chiangiem), eseje Artura Nowrota i Karoliny Fedyk, artykuły, felietony, recenzje i inne dobre rzeczy.

"Nową Fantastykę" możecie kupić w kioskach, Empikach i stacjonarnej księgarni wydawnictwa Prószyński i S-ka w Warszawie przy ul. Rzymowskiego 28. Nieustannie zachęcamy do prenumeraty:


Można nas czytać także w naszej aplikacji mobilnej na Androida i iOS:
http://onelink.to/nowafantastyka

a część tekstów znajdziecie też w wersji audio w Lectonie:
https://lectonapp.com/pl/podcast/nowa-audio-fantastyka.

Zachęcam do lektury!




2021-07-09

Wieści lipcowe

 



Słońce przygrzewa, róże kwitną (lubię róże, stąd powyższy selfik ze spaceru), a ja jak zwykle #nienadążam. Mam wrażenie, że dopiero co wróciłam z urlopu, tymczasem nie wiadomo kiedy zrobił się drugi tydzień lipca...

Chciałam się pochwalić zdjęciami z wyjazdu do Piwnicznej i streścić pokrótce wrażenia z tras, ale chwilowo przerosło mnie posortowanie i podpisanie zdjęć - ciągle jest coś pilniejszego do zrobienia. Najgorzej, że przekład wielkiej knigi, który powinnam już kończyć (!!), od trzech miesięcy (!!!) leży i piszczy. Powiem oględnie, że nie cieszy mnie ta sytuacja. Wobec powyższego, kończenie zbioru opowiadań niestety z bólem serca musiałam przesunąć na jesień. Ale co się odwlecze...

Drugi rok pandemii postanowił mnie (odpukać) rozpieścić miłymi niespodziankami, albowiem oprócz nominacji do Zajdla i Żuławia za piąty tom "Teatru węży", otrzymałam też - po raz trzeci - nominację do Śląkfy w kategorii "Twórca Roku". Bardzo się cieszę, im więcej nomen omen hałasu wokół cyklu żmijowego, tym lepiej! Żałuję tylko, że ze względu na sytuację epidemiczną kolejne Seminarium Literackie ŚKF-u nie mogło się odbyć. Chętnie bym znowu pojechała do Chorzowa... Świetnie wspominam wyjazd z 2019 roku, trudno uwierzyć, że minęły już ponad dwa lata.

Na poletku literackim - oprócz nominacji do nagród - zaczynają mi się krystalizować jeszcze dwie bardzo pozytywne sprawy. Nie mogę na razie wyjawić, o co chodzi, ale insz Allah po sezonie ogórkowym uchylę rąbka tajemnicy w obu kwestiach, kiedy umowy będą już podpisane. W każdym razie poczułam się cholernie zmotywowana do dalszej pracy (za jedyne dwa i pół miesiąca, po tym, jak odeślę wydawcy ten @$^#! przekład).

Do Lublina zawitały upały, choć nie jest jeszcze tak źle, jak mogłoby być. Na jutrzejszy ranek prognoza zapowiada burze, oby faktycznie spadło trochę deszczu. Nie lubię patrzeć na wysychające trawniki. Skończyłam właśnie tłumaczyć opowiadanie nieznanej nikomu kanadyjskiej autorki - melancholijny climate punk bliskiego zasięgu, o lutnikach z Vancouver za kilkadziesiąt lat (pięknie napisany tekst, utrzymany w podobnej stylistyce, jak "Dróżniczka" Aleksandry Janusz z antologii "Harda Horda") - więc mój stan ducha sprzyja martwieniu się efektem cieplarnianym i zmianami klimatycznymi.

Sierpniowy numer "Nowej Fantastyki" pofrunął wczoraj do drukarni. Mogę zdradzić, że zawiera wyjątkowo szczęśliwie dobrany zestaw prozy polskiej i zagranicznej - chociaż nie umawialiśmy się w żaden sposób, wszystkie opowiadania korespondują ze sobą tematycznie, wpisując się elegancko w leitmotiv "śmierć i miłość". Moglibyśmy udawać z Michałem Cetnarowskim, że zrobiliśmy to specjalnie!

Zamiast podsumowania - zdjęcie szesnastoletniej, ale bardzo żwawej i dobrze się trzymającej Ofelii w ogrodzie. Przedwczoraj planowaliśmy ją zabrać do weta na tzw. "przegląd seniorki", ale coś przeczuła, czmychnęła ojcu na dwór i szukaj wiatru w polu... Może jutro się uda.