2017-02-23

Kiedy dobre chęci to za mało


Od lat obserwuję interakcje w necie między sympatycznymi, niegłupimi ludźmi (szambo generowane na ogólnodostępnych forach czy portalach, gdzie nie ma moderacji, przez nudzące się robactwo o ujemnym ilorazie inteligencji, to zupełnie inna para kaloszy). Czytam dyskusje, których uczestników znam głównie z pisemnych wypowiedzi, bo na żywo widziałam ich dosłownie raz albo wcale. 

Śledząc te sieciowe wymiany zdań, komentarze, żarty, scysje oraz okazywanie zbiorowego empatycznego wsparcia, można dojść do różnych wniosków - niekoniecznie tak pesymistycznych, jak modne w niektórych kręgach mirmiłowanie, że Internet doprowadza do rozkładu więzi międzyludzkich. 

Chociaż internetowe znajomości zazwyczaj pasują jak ulał do socjologicznej definicji "słabych więzi", znani mi bywalcy netu w ramach tych relacji starają się, mówiąc najogólniej, być dla siebie mili. Przesyłają wirtualne głaski, kiedy ktoś choruje albo stracił ukochane zwierzątko (OK, możecie powiedzieć, że takie wirtualne wsparcie niewiele znaczy, ale staroświecki zwyczaj zamieszczania kondolencji w gazetach ma podobną funkcję - zdalne przekazanie komunikatu "współczujemy i myślimy o tobie"). Kultywują poczucie solidarności, śmiejąc się z tych samych absurdalnych sytuacji oraz wyrażając oburzenie, kiedy kogoś spotka krzywda. Wreszcie - zapytani o radę chętnie, wręcz skwapliwie podzielą się wiedzą i doświadczeniem. 

Jeśli nie umiesz podać kotu tabletki, naprawić odklejającej się podeszwy, wywabić plamy po kawie lub przetłumaczyć dziwacznej frazy, zbiorowa mądrość Facebooka pomoże. Wszystko jedno, jak płytka jest w gruncie rzeczy "kultura lajków"; mimo wszystko to miłe, że ludzie z ochotą poświęcą pięć minut, a nawet osiem, żeby powiedzieć bliźniemu dobre słowo albo mu ułatwić życie. (Piszę serio, bez ironii! Kiedy w grudniu 2016 nie dawaliśmy rady zakraplać Sammetowi oczu podczas zapalenia spojówek, bo kot trzymany w żelaznym uścisku nadal się miotał, pyrgał łebkiem, wtulał pyszczek w sweter osoby trzymającej, mrużył oczy i generalnie robił wszystko, żeby kropla nie trafiła do oka, dopiero znajoma z Fb poradziła, żeby drania trzymać za kark, wtedy będzie mniej szalał - i podziałało).

Służenie radą w drobnych sprawach to jedna strona medalu. Ale druga - to sytuacje i problemy zawikłane. Trudne. Nieoczywiste. Niekiedy takie, które były już konsultowane z fachowcem - albo kilkoma - i mimo wysiłków nadal pozostają nierozwiązane. One też wypływają w krótkich sieciowych interakcjach - czasem wręcz łatwiej, niż na żywo, bo na piśmie skrępowanie jest mniejsze, ekran komputera nie uaktywnia w nas tak silnych blokad jak rozmowa twarzą w twarz. Widziałam to już nieraz: ktoś pyta o radę znajomych w necie, bo ma nadzieję, że usłyszy coś nowego, innego niż do tej pory; że ktoś przypadkowy, nieuprzedzony do sprawy wypowie się sensownie właśnie dlatego, że nie zna wszystkich szczegółów, które potrafią zaciemnić obraz. 

Adresaci zazwyczaj reagują życzliwie i starają się wesprzeć zainteresowanego, podsuwając konstruktywne w ich pojęciu rozwiązania. Smutno robi się wtedy, kiedy nie rozumieją problemu i udzielają rad, które nie pomogą, generując u zainteresowanego tylko jeszcze większe poczucie frustracji, pustki i osamotnienia. To nie jest zarzut pod niczyim adresem, bo w końcu padła prośba o pomoc, a ci, którzy podsuwali sugestie, chcieli dobrze.

Natura ludzka każe "grzeszyć" dawaniem życzliwych rad również wtedy, kiedy tak naprawdę mało wiemy o sprawie. Działamy w dobrej wierze, chcemy pomóc tak, jak umiemy. W praktyce efekt bywa taki, jakby wyciągniętego z wody karpia litościwa dusza zawinęła w koc, bo przecież biedna rybka marznie na powietrzu.

Obawiam się, że nie mam w tej kwestii czystego sumienia i niejednego metaforycznego karpia w swoim życiu otuliłam w kocyki i sweterki. C'est la vie. Ostatnio to ja za sprawą życzliwych dusz - obcojęzycznych, żeby było śmieszniej - znalazłam się w odwrotnej roli (zasadniczo to nie mi doradzano, ale śledziłam dyskusje na temat znany mi z autopsji, a trudny) i no cóż, już wiem, co czuje karp.

Aha - problem karpia oczywiście dotyczy również rozmów z przyjaciółmi i znajomymi na żywo, tylko inaczej to wygląda, kiedy nietrafione są komentarze jednej życzliwej osoby, a inaczej, kiedy 20 życzliwych osób udziela dokładnie tej samej rady, a zainteresowany odbiera ją jako radę z gatunku "skoro mokniesz, spraw, żeby deszcz przestał padać".

Wbrew pozorom niniejszy wpis wcale nie jest apelem, żeby nie udzielać rad - raczej poddaję pod rozwagę, żeby z entuzjazmem nie podsuwać rozwiązania, które nam się jawi jako jedyne słuszne. Zupełnie inaczej też wygląda stwierdzenie "wiesz, nie wiem, czy ci to pomoże, ale kiedy ja miałem problem z XXX, to zacząłem robić YYY, a wtedy nastąpiło ZZZ" niż "Musisz zrobić YYY!"

A z weselszych (?) spraw - któryś z moich kotów uznał dzisiaj, że Tłusty Czwartek to idealny dzień na otwarcie sezonu łowieckiego; na podjeździe przed garażem domownicy znaleźli zagryzioną mysz. Nie wiemy, kto jest sprawcą morderstwa, ale na pewno zostało dokonane ze szczególnym okrucieństwem i nie stwierdza się okoliczności łagodzących, bo mysz nie została zabita w celu konsumpcji.


Image courtesy of David Castillo Dominici at FreeDigitalPhotos.net



2017-02-21

Ciekawostki ze świata symboli (4)


Narzekałam przed kilkoma dniami, że mam za dużo spraw na głowie; niedługo do listy dołączy kolejne tłumaczenie (młodzieżówka, trzeci tom bardzo fajnej, acz chyba niezbyt rewelacyjnie się sprzedającej serii). Gdybym mogła dać ogłoszenie "Czas odkupię" i pozyskać cenne godziny od ludzi, którym nie są potrzebne... Cóż, Michael Ende już wykorzystał ten pomysł w powieści Momo, tyle że Szarzy Panowie po prostu kradli cudzy czas, zamiast go kupować. Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby zostać złodziejem czasu!

Tymczasem zaś - oto kolejna porcja ciekawostek ze Słownika symboli Juana Eduardo Cirlot, wynotowanych tym razem z haseł na literę D.

Delfin to symbol ocalenia z powodu legend o delfinach, które ratują tonących. Starożytni wyobrażali sobie też, że delfin jest najszybszy spośród zwierząt morskich, więc kiedy na emblematach widnieje delfin opleciony wokół kotwicy (też symbolu ocalenia), oznacza wstrzymanie pędu, czyli roztropność.

Deszcz symbolizuje zapłodnienie oraz oczyszczenie. W wielu mitologiach jest uważany za znak oddziaływania niebiańskich wpływów duchowych na ziemię.

Dmuchanie (bez zbereźnych skojarzeń!) było elementem obrzędów szamańskich. W pojęciu ludzi pierwotnych była to czynność pozwalająca tchnąć życie w coś albo powiększyć siłę czegoś.

Dolina to teren urodzajny, więc w odróżnieniu od pustyni (miejsca oczyszczenia), oceanu (początek życia, ale ludzie nie mogą w nim bytować) oraz wysokiej góry (strefa wiecznych śniegów i kontemplacyjnej ascezy) jest to symbol samego życia, miejsce przebywania pasterzy i kapłanów.

W wielu grobach egipskich znajdowano amulety w formie drabin; Ozyrysa określano epitetem "ten, który stoi u szczytu drabiny". Drabina była symbolem wstępowania do niebios oraz kultu przodków. Na godłach chrześcijańskiego rycerstwa często bywa wieńczona krzyżem, postacią anioła, gwiazdą lub kwiatem lilii.

Drewno to symbol matki; spalone symbolizuje mądrość i śmierć. Persowie uważali słoje w drewnie za rezerwuary ognia i witalności.

W Chinach drzewa i kwiaty symbolizują długowieczność oraz płodność. Szczególną estymą cieszą się bambus, śliwa i sosna, które są w stanie opierać się zimie (śliwa zakwitająca pomimo śniegu jest jednym z ulubionych motywów w sztuce chińskiej) i na obrazach często przedstawia się je razem. 

U Celtów drzewem świętym był dąb, u Skandynawów jesion, u Germanów lipa, w Indiach zaś figowiec. Drzewo jako takie symbolizuje nieśmiertelność, życie; w sztuce sakralnej różnych kultur było przedstawiane jako "oś świata".

Dziecko to symbol przyszłości, w przeciwieństwie do starca, który oznacza przeszłość. W alchemii dziecię w koronie lub stroju królewskim symbolizuje kamień filozoficzny.

Dzik wyobraża nieustraszoność i pęd ku samozniszczeniu, a także rozpasanie. W legendach celtyckich i galijskich zwierzę to ma jednak pozytywny charakter. Było wiązane z władzą druidów, podczas gdy niedźwiedzia łączono symbolicznie z władzą cywilną.

I na koniec - dźwięk dzwonu (którego kształt przywodzi na myśl sklepienie niebios) jest symbolem mocy stwórczej.

Obraz na dziś - Koho, Kwiaty śliwy i księżyc, dzieło z lat 30. XX wieku. To jeden z wielu wizerunków kwitnącej śliwy w sztuce chińskiej.





2017-02-18

Dzień za dniem – jak Ignit realizuje postanowienia noworoczne



Od Nowego Roku minęło ponad półtora miesiąca, więc chyba jesteśmy już w punkcie, w którym duży odsetek postanowień noworocznych rozwiewa się w siwy dym. Ja swoich nadal się trzymam, choć na takiej zasadzie, że jednego dnia wychodzi mi to lepiej, drugiego gorzej. Traktuję kwestię tych postanowień trochę jak eksperyment (jak długo wytrwam?), a trochę jak coś, czym można się podzielić; może ktoś z czytających te słowa bohatersko stara się wytrwać w postanowieniu, żeby nie jeść słodyczy albo chipsów, albo jeść codziennie warzywa, albo co tydzień sprzątać mieszkanie, i poczuje, że Nie Jest Sam w swoich Zmaganiach?

1 stycznia 2017 zawzięłam się i stwierdziłam, że w tym roku zamierzam:
- codziennie pisać (liczy się również spisywanie notatek do fabuł oraz pisanie notek na blog)
- codziennie czytać beletrystykę lub literaturę faktu (artykuły w necie się nie liczą)
- codziennie zażywać ruchu w postaci spaceru i/lub ćwiczeń.

Nie podchodzę do tego wszystkiego jakoś strasznie sztywno – te założenia miały działać na moją korzyść, a nie utrudniać mi życie – więc jeśli czasem chcę inaczej spożytkować czas, albo wieczorem głowa mi pęka od migreny i nic nie jestem w stanie zdziałać, to przechodzę nad tym do porządku dziennego. Nic na siłę, liczy się długofalowy trend.

A statystyka wygląda póki co tak:

Styczeń

Dni bez pisania/blogowania – 4
Dni bez czytania – 2
Dni bez gimnastyki czy spaceru – 4
Dni bez gimnastyki, gdzie spacer był krótszy niż 25 minut – 6


Luty (do 17 lutego)

Dni bez pisania/blogowania – 3
Dni bez czytania – 2
Dni bez gimnastyki czy spaceru – 2
Dni bez gimnastyki, gdzie spacer był krótszy niż 25 minut – 5


Najlepiej mi wychodzi czytanie dzień w dzień (chociaż gdyby nie postanowienie ogłoszone na blogu, pewnie już dałabym z tym sobie spokój i spróbowałabym „skanibalizować” te pół godzinki czy godzinkę lektury na inne cele), najgorzej – fundowanie sobie codziennej dawki ruchu. To ostatnie zmieni się, kiedy przyjdzie wiosna; mam wrażenie, że nawet moje koty są pozytywniej nastawione do śniegu i mrozu (bądź odwilży i chlapy) niż ja. Inna sprawa, że małe perturbacje zdrowotne na początku lutego zepsuły mi statystykę, gdy chodzi o ruch: wychodzenie na dwór ograniczyłam przez te 4 dni do minimum, a gimnastykować się trudno, kiedy człowieka bolą organy wewnętrzne.

Z negatywów – wciąż jeszcze nie udało mi się dojść do konstruktywnych wniosków w kwestii tego, jak organizować sobie czas, żeby było „dobrze”. Wypada chyba powiedzieć, że czasu jest ZAWSZE, z definicji za mało. (I tak, zdaję sobie sprawę, że wszyscy mamy go do dyspozycji tyle samo... i nie wiem, co robię źle, pomijając fakt, że przedawkowuję Internet... ale dla równowagi nie oglądam telewizji ani nie gram w żadne gry. A sypiam notorycznie za krótko.)

Obrazek na dzisiaj - Giovanni Francesco Romanelli, Chronos i jego dziecko, XVII wiek. Chronos, siwobrody starzec będący personifikacją czasu i często przedstawiany z kosą w ręku, niejednokrotnie bywał utożsamiany z Kronosem, jednym z tytanów, mimo że wyjściowo były to dwie różne postacie. Poniższy obraz znajduje się w Muzeum Narodowym w Warszawie.








2017-02-15

Ciekawostki ze świata symboli (3)


Mogłabym po raz kolejny narzekać na nadmiar spraw na głowie, ale to już się robi nudne. Moja doba uparcie nie chce być o 3 czy 4 godziny dłuższa, przyjmijmy po prostu, że ten typ tak ma... W jakiejś bliżej niesprecyzowanej przyszłości chętnie podzieliłabym się opinią na temat książek przeczytanych w styczniu i lutym (najnowsze trofeum dopisane do listy to Tajemnica Diabelskiego Kręgu Anny Kańtoch), ale to musi poczekać, podobnie jak wrażenia bieżące z realizacji postanowień noworocznych (raz mi idzie lepiej, raz gorzej, ale walczę twardo). Tymczasem – oto kolejny odcinek ciekawostek wynotowanych ze Słownika symboli Juana Eduardo Cirlot.


W mentalności starożytnych chłosta i biczowanie mogły funkcjonować nie jako kara, a jako zabieg oczyszczający. W licznych obrzędach z różnych stron świata chłosta służy do uwalniana od opętań, czarów i przejawów niemocy fizycznej lub duchowej. (Mój komentarz: taką funkcję pełnił wyjściowo nasz rodzimy „śmigus dyngus”, gdzie „śmigus” pochodzi od śmigania, czyli smagania witkami wierzbowymi lub rózgami, co miało wypędzać z ludzi złe moce i dostarczać sił witalnych (więcej na ten temat przeczytacie choćby w Wikipedii pod hasłem Wielkanocne smaganie).

Chorągiew wywodzi się ze znaku totemicznego używanego przez różne ludy (np. Persowie nosili zatknięte na długich tykach pozłacane orły z rozpostartymi skrzydłami) i jest symbolem zwycięstwa oraz autoafirmacji. 

Wśród ludów prymitywnych powszechne było przekonanie, że cień to alter ego, dusza; wg Frazera człowiek pierwotny swój cień lub odbicie w wodzie czy lustrze uważał za istotną część własnego jestestwa.

Cyklop – mitologiczny olbrzym z jednym okiem pośrodku czoła – symbolizował pierwotne siły natury.

Czapla była u Egipcjan symbolem poranka i aktu płodzenia. Jej ujrzenie stanowiło dobrą wróżbę. 

I wreszcie – bardzo spodobało mi się wspólne dla różnych kultur symboliczne zestawienie czterech stron świata, czterech pór roku, czterech żywiołów, czterech etapów ludzkiego życia i czterech faz księżyca:

wschód – wiosna, powietrze, dzieciństwo, świt, pierwsza kwadra Księżyca

południe – lato, ogień, młodość, południe, pełnia Księżyca

zachód – jesień, woda, dojrzałość, zmierzch, druga kwadra Księżyca

północ – zima, ziemia, starość, nów

W Chinach cesarz odprawiał ciekawy obrzęd, w którym utożsamiał się ze Słońcem w jego rocznej wędrówce; w każdej porze roku przemieszkiwał w innej części swojego kwadratowego pałacu, zwróconej ku odpowiedniej stronie świata, w wyżej wymienionej kolejności.

Chińczycy przypisują do poszczególnych stron świata cztery mistyczne zwierzęta:

wschód – niebieski smok
południe – czerwony ptak
zachód – biały tygrys
północ – czarny żółw

Wg Schneidera na Zachodzie analogiczną funkcję symboliczną pełnią odpowiednio: lew (wschód/ranek – pamiętacie Opowieści z Narnii, gdzie święta kraina lwa Aslana leżała na odległym wschodzie?), orzeł (południe), paw (zachód/wieczór), wół (noc). Nie wiem tylko, czemu z nocą powiązany jest wół, a nie na przykład sowa albo wilk.

Obrazy na dziś:
 - malunek ze starożytnego Egiptu przedstawiający łódź Ra, boga słońca, na której znajdują się Horus (z głową sokoła) i bóstwo Bennu, egipski pierwowzór odradzającego się feniksa, często przedstawiane pod postacią czapli;
- Johann Heinrich Wilhelm Tischbein, Polifem (1802).





2017-02-12

Ciekawostki ze świata symboli (2)



Czytam sobie dalej Słownik symboli pana Cirlot w nadziei, że karmiąc swój umysł intelektualną strawą, pobudzę go do generowania nowatorskich skojarzeń i ważkich treści (ha!), a w trakcie lektury wynotowuję wszystko, co mi się szczególnie spodobało. Poniżej – ciekawostki wypisane z haseł na literę B.

Frazer pisze, że w starożytności, kiedy jakieś miasto cierpiało od zarazy, wybierano kogoś zdeformowanego lub odrażającego, aby zapłacił za niedole gnębiące zbiorowość. Prowadzono takiego nieszczęśnika w odludne miejsce, gdzie dawano mu jeść, następnie siedem razy uderzano go w genitalia gałęziami drzew i spalano na stosie, zaś szczątki wrzucano do morza. (Co takiego tkwi w psychice tłumu, że zamordowanie kozła ofiarnego jawi nam się jako dobre rozwiązanie problemów? Socjobiologia pewnie zna odpowiedź, ale ja nie.)

A z bardziej optymistycznych rzeczy:

Baldachim to jeden z ośmiu symboli pomyślności w chińskim buddyzmie i alegoria godności królewskiej.

Bażanta uważano w Chinach za symbol światła i dnia; z kolei bocian był u Rzymian symbolem miłości synowskiej.

Bicz w sensie symbolicznym łączy w sobie cechy pętli i berła, oznaczających dominację i wyższość. Wyraża moc pętania i władania; w Egipcie był emblematem władzy faraońskiej oraz atrybutem bóstw burzy, gdyż kojarzono go z piorunem. Rzymianie zawieszali bicze na swych wozach tryumfalnych. 

Pierwotnym celem bohatera jest zwycięstwo nad samym sobą, dlatego w legendach germańskich herosi mają zwykle oczy węża.

Bród rzeczny symbolizuje granicę między dwoma stanami lub formami rzeczywistości, na przykład między jawą a snem.

Zwrotem „odszpuntować bukłak” Grecy określali oddawanie się uciechom miłosnym (prawda, że śliczne?) We wczesnym chrześcijaństwie to skojarzenie stało się oczywiście pejoratywne i bukłak zaczął symbolizować przewrotny umysł, nieczyste sumienie.

I wreszcie – but u starożytnych oznaczał wolność, gdyż boso chodzili niewolnicy.

Obrazek na dziś, a właściwie płaskorzeźba: cesarz Marek Aureliusz na wozie triumfalnym po zwycięstwie nad plemionami germańskimi. Nad jego głową unosi się skrzydlaty geniusz. Płaskorzeźba znajduje się obecnie w Muzeach Kapitolińskich.

Literatura:

Juan Eduardo Cirlot, Słownik symboli, przeł. Ireneusz Kania. Wydawnictwo Znak, Kraków 2001.





2017-02-10

Decyzje, decyzje...



Uświadomiłam sobie dzisiaj, że mam jeszcze większy problem z podejmowaniem decyzji, niż mi się zdawało.

Nie tak dawno temu napisałam całą notkę o sztuczkach pomagających w podejmowaniu decyzji, kiedy człowiek ma tendencję, żeby za dużo myśleć i się blokować, ale ewidentnie sama znajomość tych technik nie wystarczy.

Znów trafiła mi się jedna z tych sytuacji, gdzie można zrobić albo A, albo B, ale nie jedno i drugie. Serce skłania się ku wariantowi A, rozsądek mówi, że potencjalnie lepsza jest opcja B, zapytane bliskie osoby też raczej doradzają wariant B. 

Nie chodzi na szczęście o kwestię, gdzie błąd miałby poważne skutki – nikomu nie grozi utrata zdrowia ani pieniędzy, irytuje mnie tylko sam fakt, że sprawa niby prosta, a jednak nie. Jeśli widzieliście kiedyś kota, który stoi przed wysokim parapetem i macha ogonem, zastanawiając się, czy wskoczyć, czy sobie darować, to właśnie wypisz wymaluj ja.

Perfekcjonista postawiony przed takim wyborem, gdzie w sumie obie opcje są dobre, żadna nie jest idealna, a argumenty za i przeciw rozkładają się z grubsza 50-50, będzie się zastanawiał dłuuuugo. A w każdym razie do momentu, kiedy decyzję będzie trzeba podjąć w trybie „już”, bo inaczej podejmie się sama (tzn. jedna z opcji lub obie za moment się „przeterminują”). Ktoś o mniej perfekcjonistycznym nastawieniu pewnie stwierdziłby, że skoro oba wyjścia są właściwie jednakowo dobre, to wystarczy rzucić monetą, pozostawiając decyzję losowi, ale takie rozwiązanie jest wbrew mojej naturze (swoją drogą to dobre pytanie, czemu!)

Kiedy tak chodzę, roztrząsam problem i pytam kolejne osoby o zdanie, zawsze liczę na to, że nagle uda mi się spojrzeć na sprawę z innej strony i dostrzec coś, czego wcześniej nie brałam pod uwagę, a co definitywnie przechyli szalę na korzyść któregoś rozwiązania.

Z premedytacją nie piszę, o co konkretnie tym razem chodziło, bo samo meritum problemu jest nieistotne (ot, typowe rozterki perfekcjonisty). Chciałam tylko z przymrużeniem oka pokazać swoje procesy myślowe, bo podejrzewam, że nie ja jedna potrafię się tak „zaplątać”. Decyzja w sumie została już podjęta – wyszłam sobie na spacer osiedlowymi uliczkami w śniegu, po solidnym rozważeniu problemu dostrzegłam argument, którego wcześniej nie wliczyłam do równania, i od razu wygrał zdroworozsądkowy wariant B.

Kombinowaliście tak kiedyś nad prostymi sprawami, czy to tylko ja sobie komplikuję życie?



Image courtesy of tiverylucky at FreeDigitalPhotos.net




2017-02-08

Ciekawostki ze świata symboli (1)


W ramach researchu do kiełkującej niemrawo powieści oraz poszerzania horyzontów intelektualnych czytam sobie Słownik symboli Cirlota, bo potrzebuję podbudowy symbolicznej dla starożytnego, obecnie podupadającego bractwa czarodziejów (nazwa, herb, stroje, dekoracje w głównej siedzibie...) Na razie wiem tyle, że najprawdopodobniej będą powiązani z kultem solarnym.

Nie byłabym sobą, gdybym przy okazji nie wynotowywała ciekawostek wartych zamieszczenia na blogu. Poniżej garstka barwnych (i zupełnie, ale to zupełnie mi teraz nieprzydatnych) informacji, które wypisałam z haseł na literę "A". 

Krzew akacji, kwitnący na biało i purpurowo, był uważany przez Egipcjan za święty.

Alkohol, czyli woda życia (aqua vitae), jest zarazem wodą ognistą; symbolizuje więc sumę dwóch żywiołów, pierwiastka męskiego i żeńskiego. Oba są zarazem twórcze i niszczycielskie. 

Altanka, podobnie jak wieża, studnia i brama, była w malarstwie emblematem Maryi Panny.

Anjana (imię być może ma coś wspólnego z rzymską boginią Dianą) to czarodziejka z folkloru hiszpańskiego, która pojawia się w postaci staruszki, aby sprawdzić, czy ludzie okażą jej miłosierdzie. W swej prawdziwej postaci anjany są pięknymi jasnowłosymi dziewczętami o niebieskich oczach. Noszą tuniki z kwiatów i srebrnych gwiazd oraz zielone pończoszki (symbol pierwotnej, dziewiczej przyrody... lub po prostu przejaw próżności), a w dłoniach dzierżą różdżki ze złota. Mieszkają w podziemnych pałacach wypełnionych klejnotami, mogą dotknięciem różdżki zamieniać dowolne obiekty w skarby, a poza tym podobno bardzo lubią zwierzęta.

Arka - statek, w którym wedle Księgi Rodzaju życie było w stanie przetrwać biblijny potop - symbolizuje moc, dzięki której wszystko może się odradzać, a w sensie biologicznym macicę lub serce. Arka oraz rozpościerająca się nad nią tęcza to symbole komplementarne; dwie połówki, które razem tworzą całość, prastary symbol kosmicznego jaja. 

Obraz na dziś: Hieronim Bosch, "Potop". Malowidło zostało wykonane farbami olejnymi na drewnianym panelu i stanowi część tryptyku. Powstało między rokiem 1508 a 1516. Obecnie znajduje się w muzeum Boijmans Van Beuningen w Rotterdamie.


Literatura:

Juan Eduardo Cirlot, Słownik symboli, przeł. Ireneusz Kania. Wydawnictwo Znak, Kraków 2001.

Wikipedia.