2021-01-12

Kot styczniowy i kilka słów o kaprysach twórczego mózgu

 

Nie wiem, kto sformułował popularną maksymę, że to szaleństwo postępować sto razy z rzędu tak samo i oczekiwać, że za sto pierwszym razem identyczne działanie przyniesie inny efekt. Ale w tym szarym, prawie bezśnieżnym styczniu 2021 pozwolę sobie westchnąć, że sytuacja, gdzie dorosły człowiek chciałby zmienić swoje nawyki, bo WIE, że są niekonstruktywne i niezdrowe, a mimo to ciągle przegrywa z siłą przyzwyczajenia, bardzo źle działa na samoocenę i morale. Sądzę, że ten problem zna każdy, kto zmagał się z jakimś nałogiem, nawet tak banalnym jak papierosy albo podjadanie słodyczy. U mnie chodzi "tylko" o złe nawyki w dziedzinie organizacji pracy, co niby powinno ułatwić sprawę, ale jakoś nie ułatwia. Frustrujące to okrutnie i wymaga jak najszybszego przepracowania w 2021, bo nie może być tak, że wszyscy naokoło kończą i publikują książki, a ja nie...

Diabli mnie dziś podkusili, żeby po raz kolejny poszukać w anglojęzycznych internetach rad dla osób z blokadą pisarską. Niestety, znalazłam głównie rady na poziomie "Billy, have you tried NOT being a mutant?"*. Nic mi nie pomogły, wywołały tylko wkurzenie pod adresem Bogu ducha winnych blogerów, którzy 1) nie dostrzegają różnicy pomiędzy pisaniem beletrystyki a pisaniem bloga albo poradnika samopomocy, 2) nie są ani psychologami, ani certyfikowanymi terapeutami, i spoko - nie mają takiego obowiązku, 3) walczą przede wszystkim o widoczność bloga w wyszukiwarkach oraz zwiększenie liczby odsłon...

Wczoraj nad ranem odesłałam wydawcy przekład krótkiej powieści fantasy (krótkiej jak na tę konwencję i tego autora, ale obiektywnie całkiem konkretnej długości - prawie 8 arkuszy), natomiast pisarsko jestem chwilowo w impasie i mam obniżkę morale. Kryminał, który planowałam pisać na jesieni, z różnych względów został bezterminowo odłożony do szuflady - próbuję teraz skończyć dwa niezbyt długie rozgrzebane opowiadania. Pocieszam się, że przy krótkiej formie znacznie rzadziej przydarzają mi się falstarty, czyli teksty, które nadgrzebuję i porzucam. Bardzo bym chciała szybciutko zamknąć projekt roboczo określony jako "Po stronie mroku 2", czyli drugi zbiór opowiadań o piekle i okolicach, a potem spokojniej zabrać się za coś innego, może nawet wrócić do tego nieszczęsnego kryminału, do którego w październiku straciłam serce.

Żeby nie było, że tylko dziś marudzę, łapcie zdjęcie elegantki z wąsami i białym żabotem (elegantka usiadła na kuchennym stole i zamyśliła się na moment, a paparazzi - cyk!).



Łapcie też ładną recenzję "Hardych Baśni" na blogu Rozdroża Cathii:

Hardo i baśniowo

(Kto z zaglądających tutaj już czytał naszą drugą antologię? Jak wrażenia? Przy okazji mogę zdradzić, że wstępnie wybrany został temat trzeciej antologii. Horda nie śpi, Horda knuje!)


*) Cytat z filmu "X-2".



2021-01-02

Podsumowanie czytelnicze roku 2019 i 2020


Widzę po sobie, że bilanse czytelnicze zamieszczane przez znajomych skutecznie mobilizują do czytania, więc w ramach promocji czytelnictwa dołączam do trendu! Trochę przez roztargnienie, a trochę przez brak czasu nie zamieściłam na blogu takiego bilansu pod koniec roku 2019, więc dziś wrzucam dwa w jednym wpisie: podsumowanie czytelnicze roku 2019 i 2020 (tylko książki). Liczby może nie powalają, ale trzeba pamiętać, że równolegle 1) wykonywałam tłumaczenia, 2) pisałam własne teksty, 3) zrobiłam korektę autorską łącznie dużej liczby arkuszy, 4) oceniałam i redagowałam opowiadania dla Esensji, 5) przeczytałam dziesiątki opowiadań luzem (w 2019 chyba ok. 40, w 2020 tak bliżej stu…). Oczywiście chętnie czytałabym więcej – Sterta Wstydu rośnie i rośnie – ale trochę brakuje mi samozaparcia oraz oczy się męczą... Tym niemniej rok czytelniczy 2021 udało mi się rozpocząć ładnie, kończąc 1 stycznia przecudne „Guguły” Wioletty Grzegorzewskiej, więc liczę, że będzie to dobra wróżba na najbliższe dwanaście miesięcy.

Swoją drogą prowadzenie wykazu przeczytanych książek to naprawdę genialny pomysł, serdecznie polecam i żałuję, że wdrożyłam go w życie tak późno, to znaczy dopiero w lipcu 2018!


Książki przeczytane w 2019

1. Maja Lidia Kossakowska – „Zakon Krańca Świata” tom 1

2. Maja Lidia Kossakowska – „Zakon Krańca Świata” tom 2

3. Bożena Fabiani – „Gawędy o sztuce”

4. Miranda July – „Pasujesz tu najlepiej”

5. Wojciech Orliński – „Route 66 nie istnieje”

6. Anna Kańtoch – „13. Anioł”

7. Therese Bohman – „O zmierzchu”

8. Anna Kańtoch – „Tajemnica godziny trzynastej”

9. Patricia Cornwell – „The Body Farm”

10. Tommy Wieringa – “Piękna młoda żona”

11. Minette Walters – „Fox Evil”

12. Margaret Atwood – „Moral Disorder”

13. Jerzy Pilch – „Pod Mocnym Aniołem”

14. Patricia Cornwell – „Book of the Dead”

15. Zadie Smith – “Swing Time”

16. Margaret Atwood – “Cat’s Eye”

17. Aneta Jadowska – “Dynia i jemioła”

18. Laila Lalami – „The Moor’s Account”

19. Wyl Menmuir – “The Many”

20. Mike McCormack – “Solar Bones”

21. Anna Kańtoch – “Pokuta”


Książki przeczytane w 2020

1. Joanna Kuciel-Frydryszak – „Służące do wszystkiego”

2. Marta Kisiel – „Małe Licho i anioł z kamienia”

3. Magdalena Kubasiewicz – „Gdzie śpiewają diabły”

4. Marta Kładź-Kocot – „Noc kota, dzień sowy” tom 1

5. Lars Berge – „Dobry wilk. Tragedia w szwedzkim zoo”

6. Joanna Marat – “Trzecia siostra”

7. Sigrid Nunez – “Przyjaciel”

8. Magdalena Kubasiewicz – “Sonata dla Motyla”

9. Sayaka Murata – „Dziewczyna z konbini”

10. Marie Aubert – „Dorośli”

11. Linda Boström Knausgård – „Witajcie w Ameryce”

12. Aneta Jadowska – „Martwy sezon”

13. Anna Fryczkowska – „Wdowinek”

14. Andrea Lundgren – „Fauna północy”

15. Edouard Louis – „Koniec z Eddym”

16. Suzanna Kaysen – „Przerwana lekcja muzyki”

17. Wika Filipowicz – „Przy stole z królem”

18. Marta Kisiel – „Oczy uroczne”

19. Marta Motyl – „KochAna”

20. Jo Nesbø – „Karaluchy”

21. Angelika Kuźniak – „Papusza”

22. Sigrid Nunez – „Pełnia miłości”



Książki przeczytane w 2020 (bez "KochAnej", bo swój egzemplarz już oddałam na bazarek na rzecz kotów, niech chociaż komuś przyniesie pożytek).


Największe pozytywne zaskoczenia

2019: Mike McCormack – „Solar Bones” (kto by pomyślał, że strumień świadomości może się tak rewelacyjnie czytać?)

2020: Jo Nesbø – „Karaluchy” (nie znałam wcześniej Harry’ego Hole, ale zdecydowanie muszę się zapoznać z innymi książkami, gdzie występuje!)


Największe rozczarowania czytelnicze

2019: Therese Bohman – “O zmierzchu” (taka piękna okładka, a w środku taka chała…)

2020: Marta Motyl – „KochAna” (naiwnie liczyłam na coś na kształt „Szklanego klosza” z wątkiem zaburzeń odżywiania, ale Marta Motyl nie jest Sylvią Plath).


Lekturowe top 3 roku 2019

1. Bożena Fabiani – „Gawędy o sztuce”

2. Margaret Atwood – „Moral Disorder”

3. Aneta Jadowska – „Dynia i jemioła”


Lekturowe top 3 roku 2020

1. Joanna Kuciel-Frydryszak – „Służące do wszystkiego”

2. Wika Filipowicz – „Przy stole z królem”

3. Angelika Kuźniak – „Papusza”





P.S. Z całkiem innej beczki – w tym tygodniu w przypływie energii niechcący wyrobiłam miesięczną normę wpisów blogowych, ale muszę już wyhamować i zająć się innymi sprawami. Następny wpis pojawi się nie wcześniej niż za 10 dni.



2020-12-31

Podsumowanie roku 2020

 

No to klamka zapadła: 31 grudnia 2020 nad ranem oficjalnie pożegnałam się z "trójką z przodu" i z młodością (choć to względne, bo duchowo chyba będę się czuła młodo aż do grobu). Czterdzieste urodziny to dla mnie trochę moment przełomowy, moment mentalnego rozrachunku obejmującego dłuższy okres niż tylko ostatnie dwanaście miesięcy. Ostatnia dekada przyniosła mi sporo niespodzianek i zmian w życiu, których bilans od pewnego momentu wypada szczęśliwie na plus. Rozpamiętywanie różnych decyzji i zdarzeń z tych lat niekoniecznie poprawia mi humor, ale cóż, jak mawiają Anglosasi: "only hindsight is 20/20" (tylko wtedy, kiedy patrzymy wstecz, wyraźnie widzimy wszystkie swoje błędy). Finalnie w każdym razie jako czterdziestolatka mam w dorobku ukończony cykl żmijowy, jedną powieść spoza tego cyklu, sporo opowiadań, parę nominacji do nagród i ładne portfolio tłumaczeń, a w jakim kierunku pójdę dalej, to się jeszcze zobaczy.

Rok Wirusa przy całej swojej, ekhm, niezwykłości był dla mnie na pewno łatwiejszy niż dla większości znajomych: skasował mi kilka zaplanowanych wyjazdów i spotkań oraz lubelskie warsztaty literackie, ale w mojej codziennej rutynie introwertyczki pracującej z domu nie zmieniło się praktycznie nic. A bilans tego, co udało mi się zwojować w 2020, wypada całkiem przyzwoicie:

- Skończyłam pisać piąty i ostatni tom cyklu Teatr węży pt. Czerń nie zapomina, który wyszedł drukiem w lipcu nakładem wydawnictwa Rebis, z piękną okładką autorstwa Roberta Rajszczaka.

- Czwarty tom żmijowego cyklu, Śpiew potępionych, zgarnął nominację (moją drugą) do Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego.

- Napisałam trzy opowiadania. "Śnieg i lód" (ze świata Zmroczy) ukazało się jako bezpłatny e-book promocyjny wydawnictwa Rebis, "Artiwnotz" trafiło do antologii Tarnowskie Góry Fantastycznie 2, zaś trzeci tekst na razie czeka w szufladzie, ale mam względem niego konkretne plany.

- Ukazała się drukiem długo wyczekiwana druga antologia Hardej Hordy, to znaczy Harde Baśnie, a w niej moje opowiadanie "Róże świętej Elżbiety" napisane w 2019.

- Skończyłam tłumaczyć dwie grube powieści, nad którymi zaczęłam pracę w 2019, a krótko po Nowym Roku dokończę przekład trzeciej, o połowę krótszej.

- Po raz pierwszy w życiu wygłosiłam prelekcję na zdalnym konwencie, zaliczyłam zdalne spotkanie autorskie i poprowadziłam zdalne warsztaty literackie (bardzo udane).

- Dałam się mężowi wyciągnąć w czerwcu na krótki, ale malowniczy wypad do Komańczy, który nam w cudowny sposób poprawił morale na resztę roku, choć drugi planowany wyjazd górski w końcówce września już nie doszedł do skutku.

- Ku swej wielkiej radości zostałam przyjęta do działu zagranicznego Nowej Fantastyki i mam różne pomysły oraz plany z tym związane.

Poza tym przeczytałam 22 książki (a napoczęłam dwa razy tyle - często czytam coś po kawałku przez pół roku, z przerwami, i zawsze męczę z pięć książek równolegle) oraz pewnie blisko 100 opowiadań. Samych zagranicznych wyszło ponad 50 - te akurat spisywałam w zeszyciku, polskich nie.

W pierwszych miesiącach nadchodzącego roku czeka mnie solidna reewaluacja, żeby nie powiedzieć - remanent planów i celów. Potrzebuję czasu, żeby przemyśleć parę rzeczy, i obawiam się, że może go minąć sporo, zanim napiszę następną książkę. Zobaczymy.

Moje postanowienia noworoczne to w tym roku raczej luźne życzenia: powinnam systematycznie czytać więcej książek, systematycznie pisać (ale muszę najpierw ustalić, CO chcę pisać, bo w drugiej połowie 2020 zabrałam się za dwa projekty, rozgrzebałam je i rzuciłam oba w kąt - tak się nie będziemy bawić), systematycznie uprawiać sport oraz więcej spać. Od Nowego Roku spróbuję znowu trochę poprawić swoje nawyki na wszystkich tych czterech polach.

Serdecznie dziękuję za wszystkie życzenia urodzinowe oraz miłe słowa. Ze swojej strony życzę Wam - co tu dużo mówić - żeby rok 2021 był lepszy od okrytego niesławą poprzednika. Trzymajcie się ciepło i zdrowo!


P.S. Zdjęcia ilustracyjne:


Mój rok 2020 w pigułce.



Sylwester ZOZO: siedzę zawinięta w domowe poncho i pracuję słuchając muzyki fortepianowej, a miauż tymczasem usnął na kanapie...


2020-12-30

Boże Narodzenie w czasach zarazy

 

Od kilku lat jakoś tak wychodzi, że w dniach 20-24 grudnia w lekkim amoku odhaczam kolejne pozycje z przedświątecznej listy spraw do załatwienia (w tym roku na szczęście nie było kupowania prezentów na ostatnią chwilę - zmądrzałam i wszystko zamówiłam wysyłkowo ze sporym wyprzedzeniem, polecam ten patent). Ganianka przekłada się na lekki obłęd w oczach i stan napięcia nieproporcjonalny do wagi problemu - nawet ja wiem, że Wszechświatowi nie zrobi żadnej różnicy, czy zdążę pomyć w mieszkaniu wszystkie podłogi i drzwi... 

Spisując listę sprawunków do załatwienia w trzech sklepach - głównie produkty spożywcze - złapałam się na melancholijnej refleksji. Święta podczas wojny były naznaczone traumą, strachem, niedostatkiem; ludzie obawiali się o życie bliskich i opłakiwali tych, którzy zginęli. Nam rok 2020 zafundował taki dziwny układ, że z jednej strony pozornie nie dzieje się nic strasznego - kraj funkcjonuje, jest ciepła woda w kranach, półki w sklepach są pełne - a z drugiej strony wiemy (no dobra, niektórzy wypierają tę świadomość), że koronawirus nabruździł na prawie wszystkich polach i tak zwana nowa normalność ssie. Nauka w szkołach i na uczelniach toczy się zdalnie; życie społeczne od końca września przeniosło się w dużym stopniu do sieci. W szpitalach nadal grasuje pandemiczna groza, a gdzieś poza światłem reflektorów trwa cichy dramat czy też powolne konanie firm z branży turystycznej, eventowej, gastronomicznej, transportowej i paru innych. Ale przede wszystkim rozsądni ludzie zrezygnowali w te Święta z intensyfikowania swojej aktywności rodzinno-towarzyskiej poza kręgiem najbliższej rodziny (precyzując: nie mam na myśli odwiedzin u koleżanki, tylko przyjęcia w większym gronie albo kilka małych spotkań, ale w różnym składzie, na przestrzeni okresu świątecznego) i nawet taki mizantrop jak ja widzi, jak mocno taki stan rzeczy odbiega od normy. 

Nie przepadam za rytualnym wspólnym zasiadaniem przy stole po uprzednim obowiązkowym pucowaniem domu do połysku, a mimo to nawet ja rozumiem, jak smutne było dla wielu rodzin Boże Narodzenie 2020. U nas Wigilia przebiegła prawie tak jak zawsze, tylko bez obecności seniorki rodu, której telefonicznie złożyliśmy życzenia. Ale w niejednym domu na ten wigilijny stół rzucały cień świeża żałoba czy strach o bliskich leżących w szpitalu (mamę mojej znajomej wypisano do domu 23 grudnia ku wielkiej radości rodziny). Wiele osób świętowało w kwarantannie lub samotnie na stancji, żeby nie złapać paskudztwa, podróżując do rodzinnego domu przez pół Polski. Zarazem - bo wciąż myślę o czasach wojny, żeby zachować właściwą perspektywę - były to Święta bezpieczne w sensie braku innych niż wirus zagrożeń; były dostatnie dla tych, którzy nie zderzyli się jeszcze ze ścianą bezrobocia czy innych problemów finansowych. Zresztą - co tu mówić o wojnie! Możecie się ze mnie śmiać, ale piekąc świąteczny piernik mam w pamięci, dla ilu osób w przedwojennej Polsce takie ciasto na mleku, maśle i miodzie z bakaliami i przyprawami stanowiłoby nieosiągalny luksus, a i w stanie wojennym niecałe 40 lat temu ciężko było zdobyć składniki tego przysmaku. Czy ta świadomość zmienia perspektywę i każe widzieć pandemię oraz wynikłe z niej problemy w trochę innym świetle? Poniekąd tak (choć oczywiście niektórzy straszą, że prawdziwy kryzys gospodarczy dopiero przed nami).

Ponieważ narodowy program szczepień już ruszył, nawet nie wiecie, jak mocno trzymam kciuki, żeby 2021 przyniósł nam ogólnodostępne szczepienia na covid, duży spadek zachorowań i zdejmowanie obostrzeń. Nie mam obaw związanych z bezpieczeństwem samej szczepionki, zaszczepię się w pierwszym możliwym terminie. Jedyne, co mnie martwi, to że może się okazać mniej skuteczna niż wskazują badania kliniczne, bo przecież już wiemy, że nawet przechorowanie covidu nie daje trwałej odporności na zachorowanie, a wirus mutuje (jeśli się nie mylę, wstępnie mówi się o konieczności doszczepiania co roku, tak jak w przypadku szczepień na grypę). Tak czy inaczej im większy odsetek populacji się zaszczepi i będzie mieć odporność, choćby tylko przez kilka miesięcy, tym bardziej spadnie liczba zachorowań, będzie można zluzować obostrzenia i odmrozić gospodarkę - co poddaję pod rozwagę. I tego, moi drodzy, życzę nam wszystkim w Nowym Roku: żeby szczepionki działały przynajmniej na krótką metę, antyszczepionkowcy zamilkli, a SARS-Co-V2 skończył tak, jak świńska grypa A/H1N1, która nadal gdzieś tam sobie krąży w populacji, ale nikt z jej powodu nie zamyka szkół i knajp.

Jutro postaram się wrzucić jeszcze jakiś optymistyczniejszy wpis z okazji swoich urodzin.



2020-12-27

Boże Narodzenie (fresk Giotta)


Bardzo dawno nie omawiałam tu obrazów, w sumie zrezygnowałam z tego, bo żadna ze mnie znawczyni, po prostu lubię przeglądać albumy. Ale ponieważ lud w osobie Chomika spytał, czemu tym razem nie zilustrowałam życzeń bożonarodzeniowych odpowiednim obrazem, to proszę bardzo!

Giotto (a właściwie Angiolo di Bondone) urodził się ok. roku 1267, zmarł w 1337. W trakcie długiej, wspaniałej kariery zrewolucjonizował malarstwo włoskie, zrywając z powszechnym wówczas stylem bizantyjskim (wysoce stylizowane postacie o charakterystycznych wydłużonych sylwetkach i dużych oczach, przedstawiane zgodnie ze sztywną konwencją, przewaga symbolizmu nad realizmem) na rzecz większego realizmu i trójwymiarowości: bryły, plastyczne sylwetki ludzkie, fałdziste szaty, stroje z epoki, perspektywa i światłocień. Jest uznawany za pierwszego malarza wczesnego renesansu.

Poniższy fresk przedstawiający stajenkę betlejemską, jeden z 40 fresków namalowanych przez Giotta w Kaplicy Scrovegnich w Padwie, powstał ok. 1305 roku i dobrze odzwierciedla charakterystyczne elementy stylu tego mistrza. Ukazuje scenę Bożego Narodzenia przedstawioną w ewangelii Łukasza - Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie (Łk.2 7). Stajenka betlejemska to tutaj drewniane zadaszenie przy skalnej pieczarze. Postacie nie są stylizowane ani wydłużone, tylko solidnie trójwymiarowe, odziane nie w falujące abstrakcyjnie draperie, lecz w ubrania, które zwisają naturalnie, mają typową dla odzieży formę i ciężar. Sposób rozmieszczenia sylwetek na obrazie tworzy iluzję przestrzeni. Widoczne na pierwszym planie wół, osioł, owce i kozioł stoją i leżą w realistycznych pozach, odwrócone tyłem do widza (warto zwrócić uwagę na łeb osła namalowany w skrócie perspektywicznym!). Dwaj pasterze też stoją odwróceni plecami do wiernych, co stanowiło ewenement w przypadku sztuki religijnej. Ubrani są w średniowieczne wełniane tuniki do kolan i płaszcze oraz obuwie z epoki. Niebo oraz płaszcz Matki Boskiej zapewne zostały namalowane kosztowną ultramaryną. Do tradycji bizantyjskiej nawiązują aureole Świętej Rodziny i aniołów przypominające płaski złoty talerz za głową.




2020-12-26

Świątecznie


Słuchajcie, co za blamaż! Miałam wpis świąteczny przygotowany na brudno w notatkach i planowałam go jak zwykle przepisać najpóźniej w Wigilię przed południem, ale prawie w ostatniej chwili postanowiliśmy jednak spotkać się na wieczerzy wigilijnej w minimalistycznym rodzinnym gronie (długo zakładaliśmy, że dajemy za wygraną i w tym roku zupełnie odpuszczamy sobie Wigilię), a kiedy decyzja zapadła, nagle zapaliły mi się w głowie lampki NO TO ROBIMY ŚWIĘTA... Wtorek i środa przemknęły mi w takim wirze prac kuchennych oraz sprzątania, że w środę przez bite dwanaście godzin udało mi się usiąść tylko po to, żeby dwa razy błyskawicznie coś zjeść. Miauż ogarnął 2/3 sprzątania, bo ja w tym czasie usiłowałam z obłędem w oku naszykować smakołyki z zaplanowanej listy, nie generując żadnej katastrofy kulinarnej większej niż wybicie niechcący jajka na blat i zbieranie go potem łyżeczką. (We wtorek robiłam pierożki z pieczarkami i soczewicą przez 8 godzin, a kuchnię skończyłam sprzątać o wpół do trzeciej w nocy*, co też można poniekąd określić mianem katastrofy - nie pytajcie o szczegóły, najważniejsze że pierożki wyszły smaczne i w większości zostały zjedzone w Wigilię, a nadmiar farszu przydał się na obiad w środę.)

Finalnie w każdym razie zaliczyliśmy bardzo kameralną i przyjemną kolację wigilijną w składzie czteroosobowym plus koty. Ofelia jak zwykle wskakiwała na stół żebrząc o ugotowanego karpia, a kiedy już go dostała do miseczki, to wzgardziła, natomiast Sammet na szczęście spędził wieczór na dworze - wrócił dopiero wtedy, kiedy naczynia były już pozbierane ze stołu, i z wielką rozkoszą położył się na białym obrusie. 

Dziś z kolei poszliśmy z miaużem na obiad świąteczny u teściów połączony z kilkugodzinną porcją miłego świątecznego rozmawiania o wszystkim i o niczym, co mnie wprawiło w nastrój "jest Boże Narodzenie, nic nie rób, leń się" (myślę, że tak naprawdę dopiero odreagowuję traumę pierożkową). W efekcie przez cały dzień nie zrobiłam zasadniczo nic... Wpisu świątecznego - tego właściwego - też wciąż jeszcze nie przepisałam na czysto, bo był melancholijny, refleksyjny i doprawiony dawką smutków pandemicznych, które chwilowo udało mi się odsunąć od siebie, albowiem wczoraj jadłam pysznego karpia i kapustę z grochem**, dziś równie pyszną pieczoną gęś z kopytkami, obdarzono mnie wspaniałym pasztetem oraz ciastami, sama też ogarnęłam się organizacyjnie na tyle, żeby upiec na święta piernik z czekoladową polewą i ciasto ucierane na jogurcie... Ogarnął mnie zatem nastrój prostej wdzięczności za to, że w moim małym rodzinnym bąbelku jest ciepło, dostatnio i spokojnie, a przede wszystkim - póki co ODPUKAĆ koronawirus nie zawitał do grona moich najbliższych i oby tak pozostało.

Wszystkim tu zaglądającym tradycyjnie życzę wszystkiego najlepszego w nadchodzącym roku. Zdrowia (obowiązkowo!), radości, spokoju oraz dobrych relacji międzyludzkich - takich, które są w stanie przetrwać wszystkie zawirowania obostrzeń sanitarnych i przymusowego dystansu. Niech magia Świąt, ich ciepły i przyjazny duch, przyniosą otuchę i zostaną z nami jak najdłużej w tych niepewnych, dziwnych czasach. I oczywiście niech jak najszybciej wróci normalność***.

I jeszcze garstka świątecznych zdjęć (dzieliłam się już nimi w social mediach).


Choinka u moich rodziców.


Uśmiech spod choinki.


Relaks po wigilijnej kolacji: ja głaszczę Ofelię, Ofelia pokrywa mi sierścią czarne ciuszki...



Najlepszy chlebek świąteczny - szczególnie polecany do śledzi i karpia!


*) 8 godzin liczone włącznie z obieraniem i tarciem 600 g pieczarek na farsz, leżakowaniem ciasta przez 30 minut, w trakcie którego lekkomyślnie robiłam rzeczy niezwiązane z pierożkami, a później szukaniem pudełek, żeby w nich pozamrażać gotowe pierożki, jak również szybkim myciem i wycieraniem tychże pudełek, co OCZYWIŚCIE NALEŻAŁO ZROBIĆ WCZEŚNIEJ, i sprzątaniem kuchni po wszystkim...

**) Wegańska kapusta z grochem, którą od kilku lat szykuję na Wigilię, to moja autorska wariacja na temat staropolskiego dania, jadamy ją również jako zwykłe danie obiadowe. Zawiera dużo oliwy z oliwek, duszoną marchewkę i cebulę oraz sporo przypraw, w tym obowiązkowo kminek, kumin, majeranek, czosnek i ciut ostrej papryki. Kapusty nie przelewam wrzątkiem, tylko dodaję tyle pozostałych składników warzywnych, żeby kwaśność się rozcieńczyła.

***) Giń, koronawirusie. Ale serio. Twoje miejsce jest już na śmietniku historii, ewentualnie w podręcznikach medycyny, immunologii i epidemiologii...


2020-12-21

Wieści grudniowe


Kochani! Przed Świętami mam dla Was dwie informacje. 

Pierwsza jest zasadniczo świetna, ale dla niektórych troszkę zła. Ci, którzy śledzą na Fb fanpejdż Hardej Hordy i/lub indywidualne fanpejdże hardych dziewczyn, albo nasze konta na Instagramie, już wiedzą: na tydzień przed Świętami papierowy nakład "Hardych Baśni" wziął i się wyprzedał. Do czysta! Nie był co prawda olbrzymi, bo to seria SQN Originals, ale bardzo mały też nie! W okresie przedświątecznym nie da się szybko zrobić dodruku, więc ci, którzy spóźnili się z zamówieniem "Hardych Baśni" pod choinkę, muszą ekspresowo zorganizować inny prezent. Dodruk nastąpi w styczniu; zamawiając książkę teraz, dostaniecie od ręki e-booka, a na egzemplarz papierowy będziecie musieli poczekać tych parę tygodni. 

Oczywiście taki poziom zainteresowania "Hardymi Baśniami" niezmiernie nas cieszy (mówiłam, że to idealny pomysł na podarek świąteczny!). Już pojawiły się pierwsze recenzje:

Harde Baśnie - 13 opowiadań fantastycznych pisarek

Harde baśnie i nie-baśnie. Recenzja antologii.


Gdy chodzi o drugą informację, info poszło w eter na Fb, więc mogę się już oficjalnie pochwalić: wraz z Marcelim Szpakiem (jako dream team członków Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury) niedługo przejmiemy dział literatury zagranicznej w Nowej Fantastyce, z którego odchodzi wieloletni redaktor Marcin "malakh" Zwierzchowski. Nowa przygoda, nowe wyzwania! 

(Do kwietnia 2021 włącznie w NF będą się jeszcze ukazywały teksty zakupione przez Malakha, bo tak funkcjonuje cykl produkcyjny czasopisma. Oczywiście mam już konkretne pomysły w kwestii tego, jakie opowiadania chciałabym pozyskać i od kogo, i ogólnie cieszę się, że w końcówce tego pandemicznego roku wypływam na nowe wody. Swoją drogą gdyby mi ktoś powiedział 20 lat temu, że kiedyś będę się starała o miejsce w redakcji NF, byłabym naprawdę zaskoczona, ale jak widać, los się dziwnie układa!)

Gdyby ktoś się zastanawiał, jaką fantastykę lubię i na jakie teksty planuję polować na obcych wodach - nie wiem, jak Marceli, ale ja ze swojej strony nie przewiduję radykalnych zmian kursu w stosunku do tego, co dział zagraniczny NF publikował przez ostatnie 10 lat. Cenię sobie SF, cenię fantasy, miksy gatunkowe oraz teksty "z pogranicza", zacierające granicę między fantastyką a mainstreamem. Mam cichutki plan, żeby może jeszcze w 2021 ściągnąć do NF jedno świetne opowiadanie Patricka Nessa, którego cykl "Ruchomy Chaos" tłumaczyłam (do kin ma niedługo wejść ekranizacja tego cyklu). A poza tym cieszę się, że mogę wsiąść na ten statek, i myślę, że to będzie ciekawy rejs!