2020-10-17

Kawałek czegoś (2)


Zrecenzowałam ostatnio na łamach Esensji "Przyjaciela" Sigrid Nunez, a ponieważ nie mam chwilowo głowy do kombinowania nad wpisem blogowym, podrzucam po prostu drugi fragmencik tekstu o Marku i zaginionej Aldonie (pierwszy znajduje się tutaj). Z zewnątrz może to wyglądać tak, jakbym grawitowała w stronę prozy niefantastycznej (tym bardziej że czytam teraz "Żmijowisko" Wojciecha Chmielarza i "Dziewczyny z Portofino" Grażyny Plebanek), więc uspokajam, że nie - to tylko taka przejściowa faza dla urozmaicenia diety, że tak powiem. Serce ciągnie w stronę fantastyki i notatki wspomniane w ostatnim wpisie kuszą, więc zobaczymy jeszcze, jakie finalnie będą literackie owoce tego pandemicznego sezonu (oby nie skończyło się na pamiętniku z leczenia szpitalnego, ale przy moim samotniczym trybie życia nie powinnam złapać korony, jeśli miauż jej nie przywlecze do domu...).

Ach, skoro o recenzowaniu mowa - na blogu Głodna wyobraźnia ukazała się entuzjastyczna recenzja antologii "Tarnowskie Góry Fantastycznie 2" omawiająca wszystkie opowiadania ze zbioru, w tym moje Artiwnotz. Zachęcam do lektury:

O Szarleju, smoku i podciepanym - antologia "Tarnowskie Góry Fantastycznie 2".


* * *

 Dagmara zaparkowała ciemnozieloną yariskę przed domem profesora Tułaja i jego drugiej żony. Gdy wysiadła, biegające po posesji dwa husky podbiegły do ogrodzenia, obserwując ją czujnie.

Dom wyglądał jak nowoczesna wariacja na temat dworku szlacheckiego w miniaturze. Został wybudowany osiem lat wcześniej, krótko po ślubie (cywilnym, bo zarówno profesor, jak i Jolanta byli rozwodnikami). Projektował go znany architekt, były pacjent, któremu Tułaj pod koniec lat dziewięćdziesiątych osobiście wyciął guz płata skroniowego, na szczęście mało złośliwy.

Zadzwoniła domofonem, z którego po chwili wydobyło się charakterystyczne buczenie, i otworzyła furtkę. Psy natychmiast obskoczyły gościa, machając puszystymi ogonami, ale były grzeczne, nie próbowały skakać. Nie było obawy, że pobrudzą łapami elegancki jasny płaszcz Dagmary. Dzień był ciepły jak na listopad, stanowczo zbyt ciepły na puchówkę.

Drzwi wejściowe się uchyliły, wyjrzała rozczochrana głowa w okularach – Patrycja, córka profesora z pierwszego małżeństwa, studentka medycyny. Nic nie powiedziała, tylko zniknęła z powrotem. Zanim Dagmara zdążyła pokonać obramowany bukszpanami chodniczek biegnący od furtki do schodków na ganek, w progu pojawiła się Jolanta. W kremowym kostiumie, z ułożoną fryzurą, umalowana.

– Za dwadzieścia minut jadę do miasta, jestem umówiona – oznajmiła.

Dagmara w duchu zgrzytnęła zębami. Wciąż te same gierki, odkąd obie córki Jolanty wkroczyły w dorosłe życie. „Przyjedź natychmiast”, a potem „mam dla ciebie kwadrans”. Albo dziesięć minut. Albo pięć. A one zawsze przybiegały na każde gwizdnięcie, grzecznie kiwały głowami i tańczyły tak, jak im grała. Po półtora roku terapii Daga już rozpoznawała schematy, ale jeszcze nie potrafiła się z nich wyłamać.

Weszła do domu, gdzie pachniało płynem do czyszczenia drewna. Pomoc domowa, pani Olena, myła mopem podłogę w salonie. Jolanta wskazała córce otwarte drzwi do wypucowanej już kuchni. Dagmara przysiadła przy stole, nie zdejmując płaszcza.

– Widziałaś się z Aldoną? Coś ci powiedziała? – Nie potrafiła ukryć zdenerwowania. – Mówiła, dokąd się wybiera?

– Nie.

– No dobrze, to o co chodzi?

Jolanta sięgnęła po leżącą na blacie paczkę papierosów, wyjęła jednego i zapaliła. Przez blisko czterdzieści lat nie udało jej się rzucić nałogu, choć próbowała kilka razy. (Profesor Tułaj też kopcił jak lokomotywa, dobrali się pod tym względem.)

– Daguś, kiedy ostatni raz rozmawiałaś z Donią? Tak szczerze, od serca?

– Ja... Byłam u niej pod koniec października. Ale rozmawiałyśmy głównie o jej pracy.

Matka zaciągnęła się, wydmuchnęła dym. Mimo solidnych, regularnie dostarczanych dawek nikotyny przytyła po menopauzie, kremowy żakiet brzydko opinał się na brzuchu. Obejrzała się na drzwi od kuchni, przymknęła je.

 – Donia była nieszczęśliwa – oznajmiła półszeptem, gestykulując szlugiem niczym gwiazda kina z lat sześćdziesiątych. – Zamierzała odejść od męża.

– Aldona planowała rozwód? – Daga aż wyprostowała się na krześle. – Mówiła ci o tym? Kiedy?

– Rozmawiałyśmy w zeszłą sobotę. Przyjechała tu z Lilką. – Jolanta rozejrzała się po kuchni i przestawiła przybrudzoną szklaną popielniczkę z szafki na stół. Daga wiedziała, że w salonie na regale stoi kryształowa, przedwojenna, regularnie czyszczona przez panią Olenę do połysku. – Dlatego umówiłam się na konsultację z mecenas Budzyńską. Chcę się wstępnie zorientować w opcjach.

– Czekaj, bo nie nadążam. Aldona powiedziała ci, że rozważa rozwód, a ty idziesz rozmawiać z prawnikiem?

– Muszę się dowiedzieć, na czym stoimy – odrzekła Jolanta takim tonem, jakby była to najbardziej oczywista rzecz pod słońcem. – To pierwsza rzecz, którą chciałam ci powiedzieć.

– A druga?

– Marek ma kochankę.

Daga zamrugała.

– Skąd wiesz? Od Aldony?

– Nie. Od wspólnych znajomych. I wiesz, co to znaczy?

– Tak?

Jolanta jeszcze bardziej zniżyła głos.

– Marek miał motyw, żeby pozbyć się żony i upozorować zaginięcie.

– Daj spokój.

– Dziecko, przecież to logiczne. Znasz Donię, nie zgodziłaby się na szybki rozwód bez orzekania o winie. Pewnie chciałaby, żeby to Marek się wyniósł z mieszkania. Sąd przyznałby jej opiekę nad Lilką i alimenty. Mam wymieniać dalej?

– Mamo, dziesiątki małżeństw codziennie się rozwodzą, dzielą majątek i żadna ze stron nie kończy jako zwłoki zabetonowane w podłodze garażu. Chyba że mąż jest patologicznie kontrolujący i odbija mu szajba, kiedy żona chce odejść, ale to przecież nie ten przypadek.

– No, żebyś się nie zdziwiła!

– Marek nie jest przemocowcem – powiedziała z westchnieniem Daga. – Rozumiem, że go nie lubisz, ale trzymajmy się faktów, co?

Matka tylko prychnęła, wydmuchując dym.

Dagmara w duchu musiała przyznać, że jeśli Aldona faktycznie myślała o rozwodzie, to miała w ręku dobre karty, a nagłe zniknięcie, o ile nie padła ofiarą przestępstwa lub wypadku, mogłoby jej tylko zaszkodzić – na wszystkich frontach. Uciekanie od rodziny nie leżało w jej interesie. Chyba że nastąpił przełom psychiczny, niewidzialne trzęsienie ziemi, które z dnia na dzień zmienia wszystkie priorytety. Czy Aldona, wzorowa uczennica, wzorowa studentka, menedżerka i kochająca matka, mogłaby chcieć nagle zerwać wszystkie więzi, prysnąć za granicę, żeby zacząć wszystko od nowa? Ludzie nieraz postępują w sposób trudny do przewidzenia.

– Kilka lat temu jeden lekarz z Kraśnika zabił swoją żonę – podjęła Jolanta. – Wstrzyknął jej coś, co spowodowało zaburzenia pracy serca. Oficjalnie to była śmierć z przyczyn naturalnych, ale środowisko wie. Musiał przejść na wcześniejszą emeryturę. Wierz mi, takich historii jest więcej, tylko zamiata się je pod dywan.

Dagmara nie wiedziała, co odpowiedzieć. Gapiła się na pokryte wątrobianymi plamami dłonie matki i jej długie paznokcie pokryte perłowym lakierem. Na żarzącym się końcu papierosa rósł wałeczek popiołu. Jolanta strzepnęła go do popielniczki i popatrzyła na zegarek.

– Muszę jechać – oznajmiła. Po raz ostatni głęboko zaciągnęła się dymem i zgasiła papierosa w popielniczce. – Pani Oleno! – zawołała, uchylając drzwi. – Ja zaraz wychodzę! Niech pani pamięta, żeby o dwunastej nakarmić psy!

 


2020-10-12

Koronapaździernik


Z małym poślizgiem od ostatniego wpisu melduję się na początku nowego tygodnia, który - no cóż - nie zapowiada się dobrze. Koronawirus szaleje, liczba przypadków wzrasta w całym kraju, na Lubelszczyźnie też. Przed nami ponury i zwyczajnie niebezpieczny czas. Dbajcie o siebie i o bliskich, zwłaszcza tych z grup ryzyka. Maseczki, mycie rąk, unikanie skupisk ludzkich i spotkań w zamkniętych pomieszczeniach (na ile to możliwe). Oby do wiosny...

Ze spraw znacznie przyjemniejszych i weselszych - jest nadzieja, że Harda Horda niezadługo poda publicznie dobrą wiadomość w sprawie antologii "Harde Baśnie". Redakcja tekstów już zakończona, trwają prace nad okładką - ale cicho sza, oficjalnie o niczym nie wiecie!

U mnie na froncie twórczym niestety zapanował chwilowy paraliż (bez związku z epidemią, raczej odwieczny problem priorytetów) i reorganizacja sił. Zablokowałam się nad dwoma zaczętymi tekstami, których kawałki wrzucałam tu wcześniej; w zamian chyłkiem, boczkiem zaczęłam robić notatki do powieści, której NIE POWINNAM teraz pisać i NIE BĘDĘ teraz pisać... I nie wiadomo kiedy wyprodukowałam tych notatek całą stertę, ale cicho sza, o tym też nie wiecie!





Na liście to-do na październik mam mycie okien (nie ogarnęłam tego podczas ciepłej pogody, moja strata), zamówienie dodatkowych półek na książki oraz porządkowanie zawartości spiętrzonych na regale segregatorów i teczek z umowami tudzież innymi dokumentami, gdzie - wierzcie mi na słowo - mieszkają smoki. A poza tym pilnie potrzebuję człowieka z batem, który mnie SKUTECZNIE zmotywuje do regularnego uprawiania sportu, nie tylko spacerów... Pomysły, jak się zmotywować (jakieś serduszka czy inne gwiazdki wpisywane w kalendarz po odbytym treningu, a za dziesięć serduszek nagroda na koniec miesiąca? Tylko jaka?) bardzo mile widziane!

Z ciekawych linków mam chwilowo do podrzucenia tylko dwa. Dobry Łotr zrecenzował piąty tom Teatru węży na blogu Kot w Bookach:


Z kolei w Esensji ukazało się ładne opowiadanie fantasy, którego akcja dzieje się w wysokich górach, wśród skał, gdzie krążą orły. Setting jest odrobinę w klimatach Grombelardu F. W. Kresa, ale postacie i opowieść w zupełnie innym stylu. Polecam:


A skoro o Esensji mowa, na dniach ukaże się nasz jubileuszowy, dwusetny numer!

Brakuje mi tej jesieni spotkań autorskich, brakuje konwentów - ale to w tym momencie najmniejszy problem. W Lublinie właśnie kończą się łóżka na oddziałach zakaźnych i ogólnie, jak w znanym dowcipie - nie jest dobrze (choć łatwo o tym zapomnieć, kiedy człowiek siedzi w przytulnym pokoju z kubkiem herbaty, a nikt z najbliższej rodziny nie choruje ani nie jest na kwarantannie). Trzymajcie się ciepło i uważajcie na siebie.


2020-10-01

Coś tam powstaje pomalutku

 

Piszę opowiadanie. Najpierw planowałam je skończyć w ubiegły czwartek (ha, ha), potem dzisiaj... Aktualnie jest napisane mniej więcej w 50%. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że z trzydniową ćmiącą migreną ciężko się funkcjonuje, a co dopiero tworzy.

Poniżej swoim zwyczajem podrzucam fragmencik z warsztatu. (To zupełnie inny tekst niż ten o Marku i zaginionej Aldonie.)

A z innej beczki - tak się tylko pochwalę. (Zazel przylazł i zjadł przecinek w tytule wywiadu, ale co tam, liczy się fejm!)


* * *

Na klatce schodowej pachnie gulaszem. U sąsiadów piętro niżej jak zwykle ujada pies.

Ze starych białych drzwi obłazi farba. Ojciec otwiera po drugim dzwonku. Lekko chwieje się na nogach. Nadzieja oczywiście udaje, że tego nie widzi.

– Ja tylko na chwilę, zostawię zakupy – mówi tym tonem co zawsze. Nienaturalnie lekkim i raźnym, brakuje tylko promiennego uśmiechu jak z amerykańskiego talk show. – Amanda czeka w samochodzie.

Nie czekając na odpowiedź idzie do kuchni, nie zdejmując butów. Wypakowuje z siatki jogurty, pomidory, twaróg półtłusty Piątnica, ser topiony Hochland o smaku pieczarkowym, piętnaście deka polędwicy sopockiej. Układa wszystko w śmierdzącej lodówce. Miejsca jest pod dostatkiem – na jednej z nieczyszczonych od dawna półek stoi tylko samotna musztarda z epoki późnego neolitu, a w dolnej szufladzie chłodzi się piwo. Sześć butelek.

Na blacie obok lodówki leży niedojedzony kawałek czerstwej bułki.

– Przedstawiłabyś mi ją kiedyś – mamrocze ojciec, stając w progu kuchni. – Tę twoją Amandę.

– Tato, to moja przyjaciółka z dzieciństwa. Z sąsiedniego bloku. Ta z długimi włosami. Na pewno ją pamiętasz.

Oboje doskonale wiedzą, że nie ma możliwości, żeby pamiętał. Kiedy jeszcze mieszkali wszyscy troje razem na Narutowicza, Nadzieja nigdy nie przyprowadzała koleżanek do domu. Wstydziła się bałaganu i tego, że mogłyby wyczuć przetrawiony alkohol. Choć oczywiście nigdy nie śmierdziało tam tak, jak tutaj, w M-3, które Paweł Ficer odziedziczył po matce. Sto metrów kwadratowych w niezłej lokalizacji – gratka dla inwestora, wystarczyłoby zrobić remont. A teraz, cóż. Ściany zakopcone od fajek, plamy na starych meblach i jeszcze starszej wykładzinie, wszędzie puste butelki po piwie. I karaluchy.

 – Zrobił melinę z takiego porządnego mieszkania! – krzyknęła kiedyś Ilona, jakby dopisywała kolejny punkt do długiej listy niewybaczalnych małżeńskich przewinień Ficera, choć małżeństwem od dawna już wtedy nie byli, przynajmniej w świetle kodeksu cywilnego. Wiadomo, że ślub kościelny to oddzielna bajka, ale ani Pawłowi, ani Ilonie nie zależało na tym, żeby móc przystępować do komunii i zawrzeć kolejny związek po bożemu.

Nadzieja wyjmuje z siatki ostatni przedmiot, karton soku pomarańczowego, i stawia go na szafce. Doskonale wie, że jej trzydzieści złotych wydane na zakupy to trzydzieści złotych, za które ojciec kupi alkohol, ale – jak tłumaczyła terapeutce dwa dni wcześniej – on na butelkę zawsze jakoś skołuje pieniądze, a dzięki mnie przynajmniej ma w lodówce jakieś normalne jedzenie. Bez tego żywiłby się bułkami i batonikami.

A robi to pani jakąś różnicę, czym on się żywi? – spytała podchwytliwie terapeutka, kobieta w wieku postbalzakowskim utleniona na platynowy blond, w dużych, modnych okularach. Postukiwała długopisem w skoroszyt, w którym robiła notatki.

Tak – odparła natychmiast Nadzieja.

A czemu?

Bo kiedy kupuję mu jogurty albo przywożę rosół, robię na złość mojej matce. Ona mu życzy jak najszybszej śmierci.

Z satysfakcją odnotowała, że wyraz profesjonalnej obojętności na chwilę znikł z twarzy Okularnicy (nazywała się Joanna Bargiel, doktor psychologii, ale Nadzieja zawsze myślała o niej per "Okularnica"). Długopis zatańczył na podkładce.

Myśli pani, że mama naprawdę tak nienawidzi ojca? Ile czasu upłynęło od ich rozwodu?

Dwadzieścia osiem lat.

Wystarczająco dużo, żeby zacząć żyć na nowo, własnym życiem. Ludzie na ogół tak robią, wie pani. Zostawiają te trudne emocje za sobą, nie od razu, ale stopniowo.

Nadzieja nie odpowiedziała, tylko spojrzała wymownie na zegar. Do końca sesji zostało pięć minut. Za mało czasu, żeby drążyć temat rozwodu, a tym bardziej tego, co było wcześniej.

Nadal go nienawidzi – oświadczyła tylko.

Skąd pani wie?

Często to powtarza.

Rozmawiacie o nim?

Oczywiście.

Był jej wielką miłością – tego Nadzieja już nie dodała, bo nie lubiła ścigać się z zegarem jak te pacjentki, które tuż przed końcem sesji czynią dramatyczne wyznania, licząc, że terapeuta poświęci im jeszcze trochę czasu. Księciem z bajki. Dla Ilonki Żabińskiej, młodej fryzjerki z Lubartowa, dziennikarz Paweł Ficer był jak manekin, na którym zawiesiła wszystkie swoje marzenia o wykształconym, dobrze zarabiającym i oczywiście przystojnym mężu.

A teraz stoi oparty o framugę kuchennych drzwi, paląc papierosa. Wytarty sweter i stare dżinsy wiszą na nim jak na wieszaku. Przekrwione oczy, popękane żyłki na nosie i policzkach, szczeciniasty siwy zarost.

– Co u Ilonki? – pyta ni z tego, ni z owego. – Nie przyjedzie się ze mną zobaczyć?

– Raczej nie.

Paweł prycha ochryple. Oboje wiedzą, że pytanie było retoryczne.

Nadzieja zwija pustą siatkę, upycha ją w torebce. Raptem spostrzega leżące na półce obok lodówki opakowania tabletek, których nie było tu przed tygodniem. Atoris, Acard, Telmizek, Onirex. Nazwy nic jej nie mówią, a nie ma przy sobie kartki, żeby je zanotować.

– Byłeś u lekarza? Dolega ci coś?

– Życie, Naciu. – Jego uśmiech ukazuje zaniedbane zęby palacza bez lewej górnej trójki.

Nadzieja tylko wzrusza ramionami.

Mdli ją od smrodu wódy, gnijących śmieci pod zlewem, stęchlizny i cholera wie czego. Najwyższy czas stąd iść, zostawić starego pijaka w jego norze.

– Muszę już iść – rzuca.

Ojciec tylko się odsuwa, przepuszczając ją w drzwiach.

Wychodząc na ulicę, Nadzieja z ulgą wciąga do płuc lodowate powietrze. Nie zapina płaszcza, bo od zaparkowanego auta dzieli ją ledwie kilkanaście kroków.

Nie musi się odwracać, żeby wiedzieć, że ojciec stoi przy oknie za pożółkłą firanką. Zaciąga się papierosem, mamrocze pod nosem, po czym sięga po butelkę, która czeka na kuchennym stole, zawsze pod ręką. Zawsze wierna. Whisky, moja żono, jak śpiewał nieodżałowanej pamięci Rysiek Riedel.

Drzwi czerwonego opla są uchylone. Amanda nie podnosi głowy znad czytnika. Ciemne loki częściowo zasłaniają twarz.

– Wszystko załatwione?

– Tak. – Nadzieja wyjmuje ze schowka na rękawiczki opakowanie pastylek imbirowych i wsuwa jedną do ust, po czym zdecydowanym ruchem przekręca kluczyk w stacyjce.

 

* * *

 

– Ty też kiedyś miałaś długie włosy – mówi Amanda, po czym zapada milczenie.

Nadzieja zręcznie manewruje w ulicznym ruchu. Udaje jej się przemknąć przez skrzyżowanie na Jana Pawła na sekundę przed zmianą świateł.

Mdłości powoli ustępują.

Amanda oczywiście wie o demonie i o cenie. Nadzieja nie może mieć przed nią żadnych sekretów, tak mówi jeden z punktów zawartej umowy. Jako trzynastolatka jeszcze nie wiedziała, że trzeba dokładnie czytać drobny druk.

Skręca w osiedlową uliczkę i po chwili parkuje przed blokiem o żółto-seledynowej fasadzie. Jak zwykle z opóźnieniem dociera do niej, jaka jest zmęczona. Jak po oddaniu krwi.

W kawalerce na czwartym piętrze panuje nieład, który Ilona uznałaby za skandaliczny bałagan, ale Ilony tu nie ma.

– To ciekawe, że zawsze myślisz o niej per „Ilona”, a o Pawle „ojciec” – stwierdza ni stąd, ni zowąd Amanda.

Nadzieja wzrusza ramionami.

– Nie wyprze się ojcostwa. Wystarczy porównać moje zdjęcia i jego, kiedy był młodszy.

– Wiesz, że nie to miałam na myśli.

Spojrzenie Nadziei odruchowo wędruje w stronę zdjęcia w srebrnej oprawce, które stoi na półce obok książek z serii „Uczta Wyobraźni”. Tak wyglądali prawie dwadzieścia lat temu: Paweł – jeszcze przystojny, chociaż już z przekrwionymi oczami i zmarszczkami na czole, Ilona – znacznie szczuplejsza, z delikatnym balejażem, uczesana w koczek, i ona sama. Dziesięcioletnia, z warkoczami. Roześmiana.

Ściska ją w gardle, a w brzuchu znów wzbierają mdłości.



2020-09-26

Ciut marudne powitanie jesieni


Dziś miał być wpis o czym innym, w ogóle moje plany na ten weekend były inne. Zakład z miaużem przegrałam i nie napisałam opowiadania, bo zamiast tego wpadło mi ekspresowe krótkie zlecenie (wykonane koncertowo w przewidzianym czasie). Poza tym w ramach powitania jesieni po raz 1001 popadłam w fazę „musisz przemyśleć swoje życie”, do czego sprowokował mnie między innymi smutny wpis na blogu Tenszy, czyli Magdy Kucenty.



Z pozytywów – dotarł do mnie egzemplarz autorski antologii „Tarnowskie Góry Fantastycznie 2”, chwaliłam się nim już w mediach społecznościowych, i oczywiście przymierzam się do czytania. W ogóle reaktywowałam się ostatnio na froncie czytelniczym po kilkumiesięcznym zastoju (przestaję czytać, kiedy męczę się z długimi tłumaczeniami i jestem w niedoczasie). Od początku września skończyłam czytać „Trzecią siostrę” Joanny Marat, „Przyjaciela” Sigrid Nunez (obie pozycje chciałabym zrecenzować w mitycznej wolnej chwili), „Sonatę dla Motyla” Magdaleny Kubasiewicz, genialną „Dziewczynę z konbini” Sayaki Muraty (tę książkę polecił mi nie kto inny, a Ewa Białołęcka – też przymierzam się do zrecenzowania, tylko kiedy??). Teraz czytam „Dorosłych” Marie Aubert i „Przy stole z królem” Wiki Filipowicz, przy czym ta druga pozycja podoba mi się znacznie bardziej. Wiedzieliście, że królowa Jadwiga lubiła potrawy z ryb, król Jagiełło gruszki oraz pierogi z serem zbliżone do dzisiejszych leniwych, Sonka Holszańska zmarła wskutek przejedzenia się melonami, a w kuchni królowej Bony wybuchła pewnego razu afera o kawałek parmezanu?

Od jakiegoś czasu staram się żyć higieniczniej, między innymi ograniczać czas spędzany przed ekranem komputera, i aktywizacja czytelnicza jest jednym z tego przejawów. Teraz powinnam jeszcze zadbać o to, żeby w sezonie jesienno-zimowym być bardziej „fit” (wyglądam na osobę fit, ale to niestety podłe złudzenie, gdy chodzi o stan aparatu ruchu – jak przez półtora miesiąca prawie codziennie energicznie chodziłam z kijkami, to mi się odezwała stara kontuzja kolana, wylądowałam u ortopedy i na fizjoterapii, a kijki na razie musiałam zamienić na normalne spacery…). Ale tu dochodzimy z powrotem do problemu z pierwszego akapitu czyli „w zasadzie to powinnaś przeorganizować swoje życie od podstaw”, a to jest temat, który w takiej czy innej formie mam na tapecie co najmniej od sześciu lat. Miałam nadzieję, że w koronaroku, kiedy niektóre angażujące aktywności (konwenty, targi) po prostu zniknęły mi z grafiku, „coś” zmieni się również w mojej głowie, ale ewidentnie nie wydarzy to się samo.

Żadnych ciekawych wieści z pola literackiego chwilowo nie mam. Liczyłam, że będę mogła pochwalić się przynajmniej zapowiedzią wydawniczą któregoś z trzech niewydanych jeszcze przekładów, ale wszystkie leżą w „lodówce” w związku z pandemią i niepewną sytuacją na rynku. I o tak.



2020-09-20

Wieści w połowie września


Dni coraz krótsze, wieczory coraz chłodniejsze – lato nieubłaganie przechodzi w jesień. Niestety należę do tych osób, których psychika gorzej funkcjonuje w zimniejszej i ciemniejszej połowie roku, acz patrząc na statystyki zachorowań na koronawirusa, w sezonie zimowym 2020/21 sezonowa obniżka nastroju raczej nie będzie moim głównym zmartwieniem… No, zobaczymy.

Gdyby nie przebrzydły wirus w koronie, szykowałabym się właśnie, żeby wracać do Lublina z Coperniconu (zawsze tym samym pociągiem w niedzielę o czternastej z minutami), a w perspektywie miałabym jeszcze Targi Książki w Krakowie i lubelski Falkon, ostatni duży zastrzyk energii i optymizmu każdej jesieni od dwudziestu lat. (Nie uczestniczyłam w Falkonach tylko w latach 2006, 2007 i 2008, kiedy przebywałam na emigracji w Heidelbergu - w listopadzie 2009 przyjechałam z Niemiec na dłuższy urlop i oczywiście Falkon znalazł się wtedy na liście obowiązkowych atrakcji.) W tym roku na otarcie łez został mi tylko CyberKapitularz oraz ogłoszenie werdyktu jury Nagrody im. Jerzego Żuławskiego zapowiedziane na drugą połowę października. Przewodniczący Komitetu Organizacyjnego Nagrody, Andrzej Zimniak, napisał w oficjalnym ogłoszeniu tak:

W tym roku głosowanie Jury odbyło się w okresie od 19 sierpnia do 2 września, a zatem znamy już laureatów. To znaczy znają ich organizatorzy, bo wyniki konkursu będą podane do publicznej wiadomości dopiero po połowie października 2020. Miały być uroczyście ogłoszone w trakcie Coperniconu 19 września, ale, jak wiadomo, w tym roku konwent się nie odbył. Regulaminowym ostatecznym terminem ogłoszenia wyników jest 30 września, ale on też wyjątkowo nie będzie dotrzymany, za co wszystkich zainteresowanych przepraszamy. Niestety, pandemia trochę pomieszała nam szyki. Również zapewne covidowi należy przypisać wycofanie się ministerstwa (MKiDN) z finansowania nagród pieniężnych dla laureatów, którzy w tym roku będą musieli obejść się samym splendorem. Chociaż...

Jak wspomniałem, planujemy ogłoszenie wyników po połowie października. Uroczystość zorganizuje w Toruniu dr hab. Maciej Wróblewski, Przewodniczący Jury. Ci laureaci, którzy zdecydują się na przyjazd i wzięcie udziału w spotkaniu i uroczystej kolacji, zostaną zaproszeni na spotkania autorskie, za które otrzymają honoraria. Natomiast jeśli autorzy nie przyjadą (co przy zagrożeniu epidemicznym będzie zrozumiałe), ograniczymy się do ogłoszenia wyników (i laudacji) na stronie Nagrody. Podkreślam, że to wszystko są plany, które jeszcze mogą ulec modyfikacji, o czym będziemy na bieżąco informowali.



Z innych wieści - Antologia Tarnowskie Góry Fantastycznie 2 od Wydawnictwa Almaz, którą już tu reklamowałam, miała oficjalną premierę 18 września. To niskonakładówka, wersję papierową można kupić wysyłkowo w sklepach eSeF.com.pl i madbooks.pl albo nabyć na miejscu w Tarnowskich Górach w jednej z tamtejszych księgarń (zdjęcia pochodzą z profilu księgarni Bookszpan Tarnowskie Góry). 





Na zachętę – fragmencik mojego opowiadania pt. „Artiwnotz” (kto już wie, skąd się wziął tytuł?).


Magdalena Kasperczyk, lat trzydzieści dziewięć, mieszka w Tarnowskich Górach. Jest lektorką niemieckiego w szkole językowej, singielką z powikłanym życiorysem. I marzy o tym, żeby pewnego dnia zobaczyć swoje nazwisko drukiem na okładce w księgarni.

Zapytana, po co pisze, odpowiedziałaby, że potrzebuje odskoczni od codzienności. Jest to złagodzona wersja prawdy – Magda od czterech lat łyka antydepresanty, które średnio pomagają, a pisanie pomaga jej jakoś utrzymać się w pionie. Z akcentem na „jakoś”.

Jak dotąd zdołała ukończyć jedną książkę – współczesną powieść grozy o nawiedzonym blokowisku w Katowicach. Niezbyt długą, ledwie dziesięć arkuszy. Zajęło jej to blisko rok wytrwałego stukania w klawiaturę, głównie w weekendy. Wysłała swoje dzieło do jedenastu wydawnictw – z dwóch dostała po kilku dniach grzeczne odpowiedzi odmowne, z pozostałych nie było żadnego odzewu.

Trzy lata temu uczestniczyła w warsztatach literackich na Śląskich Targach Książki. Usłyszała tam, że pisanie opowiadań to najlepsza szkoła tworzenia fabuł, więc zanim porwała się na powieść, stworzyła osiem krótszych tekstów. Jeden zdobył wyróżnienie w konkursie literackim, dwa ukazały się w internetowych zinach, jeden trafił do darmowej antologii e-bookowej. Pozostałe po licznych odpowiedziach odmownych zalegają w czeluściach dysku.

Pewnie dałaby już do tej pory za wygraną, gdyby nie konkurs – pierwszy i jak dotąd jedyny wyraźny sygnał, że jej twórczość do czegoś się nadaje. Przelotnie uskrzydlił Magdę do tego stopnia, że w przypływie szaleństwa zapisała się na sześciotygodniowy internetowy kurs kreatywnego pisania za prawie pięćset złotych. Wspomina to doświadczenie z mieszanymi uczuciami. Po raz pierwszy rozbierano tam napisane przez nią zdania na czynniki pierwsze, wskazywano słabe punkty i sugerowano, co mogłaby poprawić. Dowiedziała się, na czym polega różnica między pokazywaniem a opisywaniem, jak tworzyć interesujących bohaterów i że tekst powinien trzymać w napięciu, a umiejętne zbudowanie fabuły od pierwszego do ostatniego zdania przypomina taniec na linie. Ale po ukończeniu kursu wcale nie nabrała poczucia, że pisze lepiej albo że przybyło jej pewności siebie.

Prowadzący podkreślał, żeby ćwiczyć inspirowanie się własną codziennością, więc Magda ćwiczy. Wieczorami, kiedy już skończy poprawiać prace uczniów, zamiast oglądać seriale na Netfliksie odpala Worda. Jak dzisiaj.

W ulubionym kubku z kotami paruje zielona herbata z imbirem, palce stukają w klawiaturę.

Malwina Langer (ciekawsze imię niż Magda, ładniejsze nazwisko niż Kasperczyk) niedługo skończy czterdziestkę. Mieszka z rodzicami w Tarnowskich Górach przy ulicy Szafirowej, w domu jednorodzinnym, który nie jest szczególnie okazały ani piękny – choć zbudowano go w połowie lat dziewięćdziesiątych, prosta bryła niesie skojarzenia z PRL-em. Od frontu, za ogrodzeniem obłożonym szarą cegłą klinkierową rosną dwa świerki ozdobne i magnolia, która każdej wiosny rozkwita na biało.

Ojciec Malwiny dorobił się na handlu używanymi samochodami z Niemiec, ale po poważnym wylewie na początku nowego stulecia musiał przejść na rentę. Matka jest księgową, pracuje na pół etatu. Starszy brat studiował na politechnice w Gliwicach, dwa razy zmieniał kierunki i ostatecznie nie obronił magisterki. Został handlowcem, mieszka w Krakowie. Młodszy skończył informatykę na Uniwersytecie Śląskim i wyemigrował do Irlandii.

Z trójki rodzeństwa to Malwina była w dzieciństwie tą zdolną i dobrze zapowiadającą się, oczkiem w głowie rodziców. Od podstawówki zawsze świadectwa z czerwonym paskiem, nagrody w konkursach recytatorskich, w liceum szóste miejsce w olimpiadzie z niemieckiego na szczeblu ogólnokrajowym. Poszła na germanistykę, choć ojciec namawiał ją na prawo.


Magda przerywa stukanie w klawisze, wypija trochę gorącej herbaty. Po chwili beznadziejnej walki ze sobą wyciąga z szuflady biurka czekoladkę malaga, ostatnią, jaka ocalała z otwartego wczoraj opakowania. „Delikatne śmietankowe nadzienie pełne kawałków słodkich rodzynek, zatopione w doskonałej deserowej czekoladzie”. Doskonale wie, że powinna zlikwidować swój tajny szufladowy składzik pustych kalorii, ale uzależnienie od cukru jest silniejsze od zdrowego rozsądku.

Wypraktykowaną techniką delikatnie odgryza dno czekoladki i je zjada, potem wylizuje lepki krem z przyjemnie ostrą nutką alkoholu, wrzuca do ust resztę czekoladowej skorupki i pisze dalej.


* * *

Tymczasem u mnie w sumie po staremu. Odesłałam w połowie sierpnia zaleeegły przekład książki (yes!), potem w kilka dni ogarnęłam korektę autorską przekładu innej książki, przetłumaczyłam krótki artykuł naukowy, wygłosiłam prelkę na CyberKapitularzu, a w nagrodę za to wszystko (jak i za resztę deadline’ów odhaczanych z determinacją od początku tego roku) zafundowałam sobie – o luksusie! –TYGODNIOWY URLOP. Niewyjazdowy (z różnych względów nie udało nam się z Jerzym wyrwać w tym sezonie po raz drugi w góry, przekładamy to na przyszły rok) i w sumie niepełny (musiałam ogarnąć redakcję językową kilkunastu stron tekstu naukowego, które odrobinę zepsuł tłumacz), ale przez większość tego tygodnia miałam luz. Nadrabiałam czytanie książek, udzielałam się w internetach, chodziłam na spacery, na zabiegi przepisane przez ortopedę (nadgarstek i kolano, ale już jest lepiej) i smażyłam powidła z jabłek (covidła?). Teraz niestety muszę się już pomału ogarnąć i kończyć leniuchowanie. Założyłam się z miaużem, że do 24 września napiszę opowiadanie – na razie mam konspekt i krótki fragment, ciekawe, czy się uda…

Na zdjęciach – troszkę ciepła i optymizmu, czyli rozkoszna Ofelia wygrzewa się na podjeździe przed drzwiami od garażu. Rok temu sfotografowałam ją w tym samym miejscu w prawie identycznej pozie.



Ofelia grzeje brzuszek w sierpniu 2019.




Ofelia grzeje brzuszek we wrześniu 2020.




2020-09-12

Dekalog początkującego autora


Dyskusja, która wynikła po prelekcji „Nieporadnik młodego autora” na CyberKapitularzu, zmotywowała mnie, żeby pokombinować nad wpisem z najbardziej podstawowymi radami dla piszących, takim dekalogiem początkującego autora. Ponieważ starałam się, żeby były to rady naprawdę uniwersalne, dotyczą w większym stopniu nastawienia psychicznego niż stricte warsztatu. (Zastrzegam stanowczo, że nie uważam, jakobym w temacie pisania pożarła wszystkie rozumy! W szczególności nie dowiecie się ode mnie, jak napisać bestseller, albowiem nie posiadłam tej sztuki…)

Na wstępie mam jeszcze refleksję/disclaimer, że część rad dotyczących pisania nie powinna być formułowana w postaci ogólników, bo jednej podgrupie adeptów pomogą, a innej zaszkodzą. Pierwszy z brzegu przykład: przejmowanie się krytyką. Dla kogoś, kto jeszcze nie panuje nad stylem i tworzy teksty nieporadne na poziomie językowym, kierowanie się zasadą „autor ma święte prawo nie przejmować się krytyką, robić po swojemu i wierzyć w wartość swojej pracy” będzie fatalne w skutkach. Zupełnie odwrotnie będzie w przypadku kogoś, kto już dawno opanował warsztat, ale doznaje ostrego kryzysu i paraliżu wiary w siebie pod wpływem każdej krytycznej opinii (znam osoby, które zmagają się z tym problemem, mając w dorobku już kilka opublikowanych książek i entuzjastyczną grupę czytelników). Dla takiej osoby podejście „recenzje to nie książka skarg i zażaleń, ty tu jesteś autorytetem i masz święte prawo uważać, że tekst jest dobry, nawet jeśli część czytelników sądzi inaczej” może być bardzo wyzwalające.

Tym niemniej – pokusiłam się o sformułowanie (w dość losowej kolejności) zestawu najbardziej podstawowych wskazówek, które mają szanse przydać się zarówno Iksińskiemu marzącemu o debiucie, jak i Igrekowskiej mającej na koncie pięć wydanych opowiadań oraz powieść w zapowiedziach. Nie są specjalnie odkrywcze – na spotkaniach autorskich z różnymi pisarzami wielokrotnie słyszałam warianty tych samych rad. To po prostu prawdy, które wiele osób zna z autopsji. (Ja punkty 4-9 intuicyjnie załapałam jakoś bardzo szybko, ale żałuję, że nie było nikogo, kto by mi udzielił rad nr 1, 2 i 3, kiedy miałam 18 czy nawet 30 lat, bo oszczędziłoby mi to wielu momentów zwątpienia i złej opinii o sobie).

1. Ktoś zjechał Twój utwór z góry na dół, nie przebierając w słowach? Nie, to nie znaczy, że powinieneś/powinnaś natychmiast spalić całą swoją twórczość razem z dyskiem, na którym rzeczone dzieła się znajdują, posypać głowę popiołem i czym prędzej znaleźć sobie mniej wymagające hobby, na przykład haft beskidzki... Nie oznacza nawet, że dany tekst jest na 100% obiektywnie do niczego. Oznacza, że TA KONKRETNA osoba wskazuje w TYM KONKRETNYM utworze elementy, które uznała za słabe. (Jeśli trzy, pięć, dziesięć osób mówi Ci to samo, wówczas przemyśl, czy nie mają racji – ale nadal odnoś uwagi krytyczne do konkretnego tekstu czy tekstów, a nie do swoich predyspozycji pisarskich oraz potencjału, żeby się uczyć i rozwijać.)

2. Dobrze jest być pokornym i nie zakładać z góry, że osoby krytykujące są zazdrosne/złośliwe/głupie/chcą Cię zniszczyć, bo jesteś konkurencją - ALE też bez przesady z zakładaniem, że każdy recenzent to zaraz alfa, omega i wyrocznia głosząca prawdy objawione. Zdrowa dawka pewności siebie robi dobrze. Autor od tego jest autorem, żeby trzymać się własnej wizji, robić po swojemu i wierzyć w wartość swojej pracy.

3. Umiejętności rosną wraz z kolejnymi ukończonymi, opublikowanymi tekstami. Daj sobie czas na rozwój.

4. Twórz zamknięte formy, kończ teksty. (Chyba że decydujesz się porzucić tekst, który „nie rokuje” i masz go dość – dla niektórych falstarty są nieuchronnie wpisany w proces twórczy, aż za dobrze znam to z autopsji.) Lepiej jest przez trzy lata napisać i opublikować 10 opowiadań niż męczyć w tym czasie jedną powieść, której nie jesteś w stanie skończyć.

5. Można zostać publikującym autorem, nie korzystając z żadnych warsztatów, poradników czy płatnych kursów. Trudno jest się natomiast doskonalić bez feedbacku czytelniczego (acz nie powiem kategorycznie, że to niemożliwe – mam za mało danych). Każdy tekst udostępniony ludziom (czy to w formie oficjalnej publikacji, czy po prostu podrzucony znajomym) i spotykający się z odzewem, każda współpraca z redaktorem nauczą Cię czegoś nowego.

6. Redaktor co do zasady ma być Twoim sojusznikiem i przyjacielem Twojego tekstu, gracie do tej samej bramki. Jeżeli coś w tej współpracy nie bangla (np. redaktor popełnia rażące błędy rzeczowe jak dziunia, która chciała w jednej z książek Andrzeja Pilipiuka zmieniać „ochrana” na „ochrona”, albo próbuje przepisać fabułę od nowa po swojemu), można i trzeba poprosić o zmianę redaktora.

7. Pisz. Wytrwale. Niekoniecznie codziennie (chyba że dobrze odnajdujesz się w takim trybie pracy). Tygodniowe, miesięczne czy roczne przerwy od pisania – z dowolnego powodu – same w sobie nie są argumentem, żeby rezygnować, „bo się nie nadaję”, „bo brakuje mi determinacji”, „bo prawdziwi pisarze nie szukają wykrętów, tylko piszą” (aczkolwiek nie da się ukryć, że osoby piszące niewiele, z niską wydajnością, będą się gorzej odnajdywać na trudnym rynku wydawniczym niż sprawni „producenci” kolejnych książek; vide spektakularne sukcesy takich rzemieślników pióra jak Andrzej Pilipiuk czy Remigiusz Mróz).

8. Czytaj. Dużo. Wybieraj pozycje o szerokim rozrzucie tematycznym – nie tylko beletrystykę, ale też reportaże, literaturę faktu, poezję. Poszerzaj horyzonty i szukaj inspiracji.

9. Znajdź grupkę życzliwych, zaufanych alfa- i betaczytaczy. To jest sto razy ważniejsze niż czytanie poradników czy zapisanie się na płatne warsztaty kreatywnego pisania. (Pojęcia „alfa reading” i „beta reading” przywędrowały do nas z kręgu anglosaskiego: alfa reading to czytanie fragmentów nieukończonego utworu w miarę jego powstawania, beta reading zaś – czytanie ukończonego tekstu w wersji przed redakcją). Alfa- i betaczytacze są jak testerzy oprogramowania: mają wyłapać luki logiczne, usterki w fabule, błędy rzeczowe, mogą zasugerować lepsze rozwiązania fabularne, swoimi komentarzami nierzadko dostarczają inspiracji dla dalszych tekstów... a przede wszystkim wspierają i motywują. 

10. Jeśli czujesz, że naprawdę potrzebujesz wspomóc się warsztatami/kursem/poradnikiem dla pisarzy, wybierz materiał przygotowany przez autora, który pisze taką literaturę, jaką chcesz tworzyć, oraz dostosowany do etapu, na którym jesteś. Jeśli marzenia i predyspozycje popychają Cię w stronę nowatorskiej literatury mainstreamowej (ambitnie, ale szanuję i popieram), nie wiem, czy przydadzą Ci się typowo rzemieślnicze porady Stephena Kinga czy Feliksa W. Kresa. Jeśli jesteś już po debiucie książkowym, ale z jakiegoś powodu w chwili słabości czytasz rady przeznaczone dla osób, dla których publikacja to odległe marzenie, możesz zupełnie bez sensu złapać chandrę i blokadę. (Mówię to z własnego doświadczenia, popełniłam ten błąd w 2017, czyli mając na koncie cztery wydane powieści – po „Oldze i ostach” w wyniku splotu okoliczności dopadła mnie paskudna blokada pisarska i szukałam porad w internetach, a te, które znalazłam, zaszkodziły mi jeszcze bardziej). Czasem trzeba zaufać sobie bardziej niż innym.


I ostatnia rada – nienumerowana, bo kontrowersyjna (znam osoby, które będą polemizować, że warto zapłacić za realizację marzenia). Nie płać wydawnictwu za możliwość publikacji swojej prozy. JEDYNY wyjątek to publikacje naukowe, np. finansowane z grantu. (A jeśli chcesz wydać np. wspomnienia swojej babci w nakładzie kilkudziesięciu egzemplarzy dla najbliższej rodziny, tańszą opcją będzie dogadanie się bezpośrednio z drukarnią – druk oczywiście cyfrowy – i znalezienie freelancerów, którzy wykonają odpłatnie korektę, skład oraz projekt okładki.) Tak zwany vanity publishing to wydawcy żyjący nie z dystrybucji książek, a z tego, że drenują kieszeń swoich autorów, sprzedając im usługę wydawniczą po zawyżonych cenach. Artykuł Marcina Zwierzchowskiego na temat tego zjawiska nieustająco pozostaje aktualny.

Debiutant wbrew pozorom ma do dyspozycji jeszcze inne opcje poza wydaniem tradycyjnym i vanity: 1) self publishing (samodzielne zorganizowanie i opłacenie wydania książki w malutkim nakładzie cyfrowym lub tylko w e-booku), 2) współpracę z niszowym wydawnictwem, które nie prowadzi dystrybucji przez hurtownie, tylko przez własną księgarnię (tak funkcjonują np. Agencja Wydawnicza Solaris – w takim trybie ukazały się pierwotnie na papierze drugi i trzeci tom „Teatru węży”, NIE był to self publishing i nie płaciłam za to, ani tym bardziej za wydanie e-bookowe w RW2010 - czy seria SQN Originals), 3) Grupa Wydawnicza Fantazmaty, która oprócz antologii tematycznych publikuje też powieści (jako darmowe e-booki). Ale to już materiał na cały odrębny wpis.

 


 

2020-09-06

Premiera antologii i małe ogłoszenie dla piszących


CyberKapitularz jeszcze trwa (wlaśnie przed chwilą zakończyła się prelekcja Krystyny Chodorowskiej o steampunku) i muszę powiedzieć, że zdalne konwentowanie na Discordzie coraz bardziej mi się podoba: nie trzeba jechać do innego miasta, nocować w hotelu, można słuchać prelekcji i integrować się na kanale tekstowym, siedząc na własnej kanapie z kubkiem herbaty. Jako dzikus i internetowy no-life doceniam! Jestem ciekawa, czy takie cyber-konwenty zostaną z nami w jakiejś formie również po tym, jak pandemia już dobiegnie końca.

Tymczasem jednak, jako postscriptum do wpisu z piątku, mam kolejne dwie informacje. Pierwsza zaciekawi polujących na niszowe pozycje książkowe, druga - wszystkich, którzy poszukują materiałów i kursów o pisaniu.

Na 18 września oficjalnie zapowiedziana jest premiera antologii Tarnowskie Góry Fantastycznie 2 od Wydawnictwa Almaz. Tom pierwszy, wydany w ubiegłym roku (znalazły się w nim m.in. opowiadania Roberta Szmidta, Radka Raka i Aleksandry Janusz) mam na półce. Do drugiej edycji trafiło moje własne opowiadanie pt. "Artiwnotz" (nieskromnie powiem, że jestem z niego dumna - nigdy w życiu nie byłam w Tarnowskich Górach, a zmierzyłam się z wyzwaniem "napisać osadzone tam opowiadanie, które nie mogłoby się dziać w dowolnym innym śląskim mieście" i chyba mi się udało!), jak również opowiadania dwóch innych autorek z Hardej Hordy: Anny Hrycyszyn i Aleksandry Zielińskiej (ta pierwsza jest rodowitą tarnogórzanką).







Druga informacja jest pokłosiem faktu, że prelekcja "Nieporadnik młodego autora" na CyberKapitularzu po raz kolejny wzbudziła tłumne zainteresowanie. Ponieważ widzę, że ludność żywiołowo dopytuje się o rady dla piszących (chyba niestety coś w tym jest, że więcej ludzi chce pisać książki niż je czytać...), zrobię eksperyment. Za tydzień od dzisiaj, w sobotę 12 września, od 11:00 do 13:00 będę dyżurować na swoim fanpejdżu (https://www.facebook.com/AgnHalas/ ). Wrzucę post z minikompendium najbardziej podstawowych rad dla piszących, a w komentarzach będę przez 2 godziny odpowiadać na wszelkie pytania dotyczące twórczości, warsztatu pisarskiego, wysyłania propozycji etc. W dalszej perspektywie już myślę o zorganizowaniu serii miniwykładów o pisaniu, na początek w formie cyklicznego live'a na Fb (docelowo może będzie kanał na YouTube, ale to wymaga większego wkładu pracy i zaangażowania). Trzeba iść z duchem czasów...