2020-02-14

Pracowity luty i kolejny fragmencik z warsztatu



Melduję posłusznie, że zaciskam zęby i dalej walczę z piątym tomem "Teatru węży"! Literacka materia jak zwykle okazuje się kapryśna i oporna, zacięłam się na samej końcówce (do końca zostały mi 3 rozdziały, jakieś 75-80 tys. znaków). Zaczęłam też poprawiać i redagować całość od początku - pierwsze rozdziały były już kilkakrotnie poprawiane, ale ja mam manię cyzelowania tekstu tak długo, aż będę zadowolona. 

Cichutko szepnę, że ta książka chyba was zaskoczy, wyszła dość mocno inna od poprzednich tomów! Na razie podrzucam kolejny fragmencik, tym razem z pierwszego rozdziału.



* * *

Wśród tych, którzy zarabiali bronią na życie, a jednocześnie wywodzili się z najpodlejszego marginesu – byli odmieńcami, dziećmi skazańców lub wyrzutkami z innych przyczyn – walki na arenie za pieniądze nie cieszyły się wcale najgorszą sławą. Ryzykowało się, owszem, ale zarobek był tego wart. Jednakże osiem walk na śmierć i życie z drapieżnymi hybrydami czy potworami z astralu plus kontrakt z magiem podpisany własną krwią – to wyglądało jak niemal pewny przepis na wąchanie stokrotek od spodu.
Jak mogłem być tak głupi? – monologował w duchu Rożek, rozkładając ekwipunek w ciasnej, śmierdzącej przebieralni. Był spóźniony. Tęgoskór, Dziki i Zgryz wyszykowali się wcześniej. Spektakle zazwyczaj otwierał występ Jazgarza, ale cholerny szczęściarz leżał dziś chory, przez co wprawdzie nie zarobi trzystu leri, ale prawie na pewno przeżyje kolejny tydzień. W przypadku Rożka i pozostałych istniała duża szansa, że przed wieczorem ich zwłoki zostaną odwiezione na wózku do laboratorium, gdzie możny mag będzie mógł przeprowadzić sekcję, a potem wedle upodobania wypchać ich jak upolowane zwierzęta, zakonserwować ich organy w spirytusie albo po prostu rozkazać, by ciała spalono.
Rożkowi nie spieszyło się do wąchania stokrotkowych korzeni, ale mógł winić wyłącznie siebie. Za chciwość i brawurę. Zwolniony ze służby u poprzedniego pana – niczym się nie naraził ani nie zaniedbał obowiązków, lecz jego powierzchowność jak zwykle stanowiła problem – dał się skusić werbownikowi maga Kerbriharda obiecującemu wysokie wynagrodzenie za każdą walkę. Kontrakt opiewał na osiem spektakli, ale Rożek już po pierwszym pojął, że ma małe szanse dotrwać do końca.
Ściągnął tunikę, otworzył słoiczek z lwią maścią i jął nią nacierać pierś oraz ramiona. Mięśnie będą go nazajutrz boleć jak po ciężkiej pracy w kamieniołomach, ale to stanowiło najmniejszy problem. Chciał przede wszystkim przeżyć.
Biegły w alchemii akolita Kerbriharda co tydzień warzył lwią maść, bo dzięki temu gawiedź mogła liczyć na ciekawsze widowisko. Rożek pomyślał o czwororękiej odmiance – nie zdążył poznać jej imienia – która w poprzednim tygodniu stoczyła walkę z dwiema grgolicami. Nie przeżyła, ale dzięki maści starcie trwało kilka spektakularnych minut zamiast dobiec końca zaraz po tym, jak stwory ruszyły do ataku.
Zamknął słoiczek i zawołał Brodawkę, żeby ten pomógł mu włożyć przeszywanicę i pancerz. Posługacz – chudy, szaroskóry, cały w kalafiorowatych naroślach, od których pochodziło jego miano – w pewnej chwili zabełkotał nieśmiało, wskazując otwarte okno, za którym słońce prażyło piaszczysty dziedziniec.
Tak, wiem, że jest późno – mruknął Rożek. Chudzielec działał mu na nerwy. Miał maślane, niezgrabne łapy i był tępy jak stołowa noga. – Co robisz z tym rzemieniem, ciołku! Piłeś czy co?
Posługacz znów zabełkotał, wskazując okno.
Gorąco jest, wiem. Trudno, trza być twardym. – Rożek sprawdził, czy Brodawka porządnie zapiął klamry mocujące stary, powgniatany napierśnik.
Chudzielec zabełkotał po raz trzeci.
Co jest, kurzy móżdżku? – Rożek wreszcie wyjrzał za okno. – A, o nią ci chodzi. Nie, nie mam pojęcia, kto to.
W cieniu kwitnącej lipy, obok koniowiązu, sam pryncypał areny rozmawiał z damulką w falbaniastej czarnej sukni, kapeluszu z woalką i złotej symbiotycznej masce. Trzymała wiklinowy koszyk, z którego wystawiał pysk zwierzak, chyba mops. Wyglądało na to, że rozmowie towarzyszą silne emocje, bo pryncypał gestykulował niczym aktor na scenie, na przemian gnąc się w ukłonach i wznosząc oczy tudzież ramiona ku niebu, jakby wzywał na świadków siły nadprzyrodzone. W końcu poprosił damulkę do pawilonu, gdzie miał swoje biuro. Szła drobnymi kroczkami, omijając rozrzucone w pyle końskie łajno. Zaintrygowany Rożek odprowadził ją wzrokiem. Symbiotyczne maski były przede wszystkim atrybutem próżnych elegantek, ale mógłby się założyć, że tej jejmości chodziło raczej o to, żeby ukryć przed postronnymi swoją tożsamość. Ciekawe, co ją tu sprowadziło. Poszukiwała zbiegłego sługi?
Nadeszła pora, żeby udać się na arenę. Zza parkanu już dobiegały gromkie pokrzykiwania gawiedzi. Rozpoczynała się pierwsza walka: Tęgoskór albo Zgryz przeciwko krokodylej hybrydzie, tak na rozgrzewkę. Krokodyle hybrydy były na szczęście stosunkowo głupie, miały tylko twardą skórę oraz mnóstwo zębów.
Dziki ze Zgryzem oczekiwali na swoją kolej w krytym przejściu przy kracie. Kiedy Rożek do nich dołączył, skrwawiony i kulejący Tęgoskór właśnie dobijał trójgłową hybrydę, której ogon wciąż jeszcze chlastał zbryzgany czerwienią piasek. Publiczność wiwatowała, ale jakoś bez przekonania. Walki odbywały się raz w tygodniu – zdaniem Rożka zbyt często. Okolicznej ludności już się opatrzyły, a przez miasteczko Nikeli-Lys nie przejeżdżało aż tylu podróżnych, żeby spektakle cieszyły się oszołamiającym powodzeniem, choć na zakładach można było przy odrobinie szczęścia zarobić ładną sumkę.
Srebrny mag Kerbrihard ar Vanth strzegł Ekwilibrium nad jeziorem Nikel – w mowie magów ta nazwa znaczyła „klejnot” – gdzie często dochodziło do zachwiań ze względu na przebiegające w pobliżu granice rozległych enklaw Elity: terenów wyciętych ze świata ludzi i przeniesionych w całości do któregoś z dominiów astralnych. Aby utrzymać Zmroczę w równowadze na tym konkretnym obszarze, potrzebna była arena: śmierć, cierpienie i burzliwe emocje tłumu w starannie odmierzonych dawkach. Rzecz jasna, w spektaklach nigdy nie ginęli ludzie. To byłoby wbrew prawu magów. Niepozorne Nikeli-Lys – garść domów otaczających ryneczek, gdzie stał drewniany ratusz z wieżyczką i zegarem – leżało na ziemiach podległych miastu Shan Vaola, zatem faktycznie podlegało władzy Elity.
Możny mag zaszczycił nas dziś swoją obecnością – oznajmił Zgryz.
Wskazał biało odzianą postać zajmującą honorowe miejsce na trybunach, pod daszkiem z tkaniny. Brzuchogłów, który zapowiadał walki, siedział rząd niżej. Też rzucał się z daleka w oczy, bo w pomarańczowo-zielonym kaftanie wyglądał jak pasiasta dynia.
Tęgoskór zdołał w końcu odrąbać miotającej się w drgawkach hybrydzie trzeci łeb i kuśtykając zszedł z areny, żegnany niezbyt entuzjastycznymi oklaskami. Znudzony felczer z pomocnikiem ruszyli, żeby się nim zająć. Posługacze przybiegli, by usunąć truchło i zasypać plamy krwi świeżym piaskiem.
Rożek ze zdziwieniem spostrzegł poruszenie w rogu trybun. Zbiegł tam Brzuchogłów i gestykulował z emfazą, całkiem jak wcześniej pryncypał. Został delikatnie, lecz stanowczo odsunięty na bok. Damulka w czarnej sukni i kapeluszu z woalką weszła na trybuny i zajęła miejsce przy samej barierce areny. Wyjęła mopsa z koszyka i wzięła go na ręce, najwyraźniej po to, by i on mógł podziwiać widowisko.
Oniemiały Brzuchogłów otrząsnął się po chwili, chrząknął, zaczerpnął tchu.
Panie i panowie, za moment kolejna walka! Powitajcie oklaskami Rożka, dzielnego wojownika z podziemnych krypt Shan Vaola! Proszę o aplauz!
Krata podniosła się ze zgrzytem. Zgryz klepnął Rożka w ramię. Ten raźnym krokiem wyszedł na arenę i zmrużył oczy, gdy oślepiło go słońce. Powitano go milczeniem. Rogaty, włochaty odmieniec z racicami zamiast stóp nigdy i nigdzie nie budził sympatii.
Rozejrzał się po trybunach. Bilet kosztował symboliczne dwa leri, więc trochę tych widzów jednak było. Co najmniej połowę stanowili stali bywalcy, którzy zarabiali na zakładach i kochali to. Nie brakowało też ciekawskich przyjezdnych ani dzieciarni, która wchodziła za darmo.
Trzeba było zacząć od małego popisu na rozgrzewkę. Młynki bronią, piruety, parę salt. Niemrawe oklaski przycichły, gdy Brzuchogłów zadął w gwizdek.
Podniosła się krata zasłaniająca przeciwległe wejście na arenę, połączone krytym przejściem z menażerią. Wojownik zastygł w bezruchu z rapierem w pogotowiu.
Na arenę wyszła postać w pelerynie z kapturem. Rożek zaczął mieć bardzo złe przeczucia.
Przeciwnik zsunął kaptur, odsłaniając upiorne kredowobiałe oblicze z krwawymi szparami oczu i pionową szparą w miejscu nosa. Ukazał w uśmiechu rząd zębisk zdolnych kruszyć kości jak suche patyki. Przerośnięte dziąsła podobne wałom surowego mięsa nie dodawały mu urody.
Potem z przejścia wyłonił się drugi kształt. Masywny, na czterech lwich łapach, porośnięty płową sierścią, ale z głową kobiety. Jej rudawe włosy były brudne, zbite w strąki.
Brzydal wziął rozbieg i zwinnie wskoczył na grzbiet hybrydy, a ta wydała przenikliwy okrzyk, bijąc się ogonem po bokach. Rożek poczuł, że zasycha mu w ustach. Chciał krzyknąć, że tego nie było w kontrakcie, ale tylko by się ośmieszył.





2020-01-28

Wieści na koniec stycznia



Ciężkie jest życie autora. (Wiem, wiem, sama się o to prosiłam, sama ukręciłam na siebie ten sznur!) Mam gotowe 14 rozdziałów książki, do napisania zostało najprawdopodobniej 5 (wszystkich razem miało być 18, ale wygląda na to, że jednak wyjdzie 19). Trochę brakuje mi już energii i weny, a z obiektywnych przyczyn organizacyjnych powinnam teraz ostro się spiąć i skończyć pierwszy draft powieści do połowy lutego, żeby mieć trochę czasu na poprawki. Narzekanie na ten stan rzeczy oczywiście nie przeszkadza mi prokrastynować, aż się kurzy, bo tak działa głupi mózg. Jedno mnie odrobinę pociesza – już napisałam epilog!!

Tymczasem z jaskini ciężkiej pracy prokrastynacji podrzucam skromną garstkę wieści. 

Wielkimi krokami zbliża się czas zgłaszania nominacji do Nagrody im. Janusza A. Zajdla, więc pozwalam sobie przypomnieć listę fantastycznych premier powieściowych Hardej Hordy w roku 2019:
  • Gdzie śpiewają diabły – Magdalena Kubasiewicz
  • Oczy uroczne – Marta Kisiel
  • Dzikie dziecko miłości – Aneta Jadowska
  • Śpiew potępionych – Agnieszka Hałas
  • Vice Versa – Milena Wójtowicz
  • Fałszywy pieśniarz – Martyna Raduchowska
  • Małe Licho i anioł z kamienia – Marta Kisiel

Na liście figuruje czwarty tom "Teatru węży" i poleca się czułej uwadze tych, którzy czytali i im się podobało!

To oczywiście nie wszystkie premiery Hordy z 2019 r.  lista obejmuje wyłącznie pozycje, które można nominować do Nagrody Zajdla w kategorii "powieść", więc wypadły z niej wznowienia, komiks, zbiór opowiadań i powieści niefantastyczne. W ramach przypomnienia: zgłaszanie nominacji do Nagrody Zajdla rozpoczyna się 1 lutego. Każdy głosujący może wybrać pięć powieści i pięć opowiadań fantastycznych opublikowanych w 2019 roku.





Pozostając w temacie zgłaszania nominacji zajdlowych: od 27 stycznia dostępny jest do ściągnięcia darmowy ebook zawierający wszystkie premierowe polskie opowiadania, które wypuścił w minionym roku magazyn Fenix Antologia. Plik można pobrać w księgarniach Legimi i Ebookpoint.

Legimi: www.legimi.pl/ebook-fenix-antologia-zajdel-2019-rozni-autorzy,b457299.html

Ebookpoint: ebookpoint.pl/ksiazki/fenix-antologia-zajdel-2019-zespol,s_00g8.htm

W środku znajdziecie następujące teksty:


  • Agnieszka Hałas – Schronisko
  • Magdalena Kucenty – Dziesięciu ludzi, dziesięć kolorów
  • Katarzyna Rogińska – A kiedy przyjdzie do ciebie Pan
  • Ewa Białołęcka – Papierowe wyspy
  • Marta Magdalena Lasik – Nieprzezroczyści
  • Aleksandra Janusz – Mrówki w Złotych Tarasach
  • Anna Sikorska – W oczekiwaniu na cud
  • Marta Kładź-Kocot – Żołnierz i pustelniczka
  • Dominika Węcławek – Dramatyczne zdarzenie w pustce
  • Marcin Jamiołkowski – Przeciwzdarzenie
  • Wojciech Gunia – Ogród, nocne niebo
  • Marta Sobiecka – Rój
  • Anna Sikorska – Umieraki
  • Marcin Jamiołkowski – Brud (Hello Barbie)
  • Paweł Ciećwierz wg pomysłu M. Parowskiego – Oldskul

Ebook będzie dostępny tylko do momentu ogłoszenia nominacji do nagrody.

I na koniec coś z zupełnie innej beczki. Bartek 'godai' Biedrzycki z bloga Gniazdo Światów zaskoczył mnie i wzruszył, sporządzając taką oto figurkę Krzyczącego w Ciemności (autorem oryginalnego modelu jest Marc Morado, Bartek figurkę wydrukował w 3D i pomalował, a potem wprowadził poprawki, bo miałam zastrzeżenia do pierwotnej wersji - m.in. zwróciłam uwagę, że Krzyczący powinien mieć śniadą skórę, a nie białą). Design prościutki, bo figurka ma ledwie 4,5 cm wysokości, może kiedyś powstanie większa. Takich czytelników potrzebuje każdy autor!!!











2020-01-18

Proza życia i lepiejów o tłumaczach ciąg dalszy


Od kilku dni siedzę z katarem w domu (na szczęście to nie ten kaliber zarazy, co niesławne Falkonowe zapalenie krtani), kicham, marudzę i usiłuję wytrwale walczyć z książką. Chwalebnie mam już napisane 13 rozdziałów (trzynasty jeszcze w stanie mocno surowym), 466 tys. znaków. Powtarzam sobie, że jeszcze tylko 5 rozdziałów, epilog i będę WOLNA! (A po krótkim odpoczynku czeka mnie poprawianie. I poprawianie. I jeszcze więcej poprawiania. Ale sto razy wolę poprawiać niż pisać!!!)

Rozmyślam też niezobowiązująco o planach strategicznych na drugą połowę 2020 (do końca czerwca jestem obłożona tłumaczeniami), na 2021 i 2022. Wspominałam już w poście noworocznym, że mija 10 lat, odkąd wróciłam do Polski i zmieniłam branżę z naukowej na tłumaczeniowo-literacką. To dobry moment, żeby popatrzeć wstecz, podsumować sukcesy i porażki, ocenić wszystko bardziej całościowo i wyciągnąć wnioski, co też staram się uczynić, oby z lepszym skutkiem niż 10 lat temu i 5 lat temu (nie jestem zadowolona z niektórych podjętych wówczas decyzji, oj, nie jestem). Zawsze byłam wyznawczynią zasady "jeśli coś w twoim życiu ci przeszkadza, a możesz to zmienić, ogarnij się i zmień" i myślę, że krok po kroku będę wdrażać plan naprawczy - muszę tylko ustalić, jak powinien wyglądać i o które cele jest w tej chwili sens walczyć. Jeśli ostatnia dekada czegoś mnie nauczyła, to tego, że 1) czas jest na wagę złota, 2) nie da się osiągnąć wszystkiego naraz (ale można próbować mierzyć wysoko).

Odpowiadając na pytania, które przewijają się tu, na Fb i na Instagramie - powstający aktualnie piąty tom "Teatru węży" pod roboczym tytułem "Czerń nie zapomina" ma zamknąć wątki z tego cyklu, natomiast nie będzie to (mam nadzieję) koniec mojej przygody z uniwersum Zmroczy ani z Krzyczącym w Ciemności. Zdecydowanie planuję jeszcze wracać w przyszłości do tego świata i pisać o tej postaci. Jednak następna książka będzie na 100% osadzona w innym świecie i innej konwencji, bo świat Zmroczy chwilowo trochę mnie zmęczył i potrzebuję odskoczni. 

O innych rozkminach, planach i marzeniach sklecę prędzej czy później osobny post. A tymczasem, żeby było weselej, łapcie zdjęcie Ofelii w wariancie "zerkam czujnie" (do rodziców przyszedł gość i kocica też zapragnęła integrować się towarzysko w salonie).





Z innej beczki: na Forum Tłumaczy Literatury zbiorowa głupawka lepiejowa trwa w najlepsze kolejny dzień, a towarzystwo robi się tylko coraz bardziej kreatywne! Podziwiajcie!


„Lepiej nago spać na dworze, niż poprawiać po autorze.” 


„Lepiej się na sznurze kiwać, niż swój własny tekst sczytywać.

„Lepsze w łóżku szczyny kota, niźli wierszowane motta.”


„Lepsza w gaciach lisia kita, niż niepodpisany cytat.” 

„Lepiej szukać dziury w całym, niż tłumaczyć kryminały.”

„Lepiej w szambie moczyć nogi, niż tłumaczyć monologi.”


„Lepiej zbierać niedopałki, niż tłumaczyć opis walki.”

„Lepiej fizys mieć mutanta, niż tłumaczyć debiutanta.”

„Lepiej nie mieć na schabowy, niż tłumaczyć bez umowy.”

„Lepiej składać zapalniczki, niż tłumaczyć bez zaliczki.”

„Lepiej z jeżem zlec w pościeli, niż tłumaczyć przy niedzieli.”

„Lepiej z żulem pić z baniaka, niż tłumaczyć na głodniaka.”

„Lepiej czołgać się przez gruzy, niż tłumaczyć coś dla Muzy.”

„Lepiej zjeść coś niedobrego, niż tłumaczyć dla Czarnego.”

„Lepiej palcem w … gmerać, niż tłumaczyć dla Ambera.”

„Lepiej gryźć od spodu ziemię, niż tłumaczyć w PWN-ie.”

„Lepiej leczyć wściekłe słonie, niż zatrudnić się w Bellonie.”

„Lepiej mieć orgazmy słabe, niż tłumaczyć dla WuABe.”


„Lepiej krosty mieć na pysku, niż tłumaczyć coś dla Zysku.” 

„Lepszy hummus z butaprenem, niż umowa z PWN-em.”

„Lepiej już siać mak w Iraku, niż tłumaczyć coś dla Znaku.”

„Lepsza zguba w czarnej matni, niż Arkady jako płatnik.”

„Lepiej się na drzewie huśtać, niż z tandety robić Prousta.”

„Lepiej dostać w łeb kaloszem, niż tłumaczyć chłam za grosze.”

„Lepiej pypeć mieć w odbycie, niż tłumaczyć całe życie.”


And the winner is…

„Lepiej odpoczywać w piachu, niż się męczyć w naszym fachu.”

No czyż nie? XD



2020-01-14

Chwila styczniowej prokrastynacji i lepieje o tłumaczach


POWINNAM PISAĆ książkę. Bardzo powinnam! Więc co robię? Klecę wpis na blogu, no przecież!!! (Wmawiam sobie, że wybiłam się z rytmu, bo wczoraj zamiast pisać ogarniałam zlecenie - poprawiałam 3300 słów tekstu naukowego w lengłydżu.)

Piąty tom "Teatru węży" dobił chwalebnie do 12 rozdziałów i ok. 450 tys. znaków, piszę teraz rozdział trzynasty. Tak wyglądają notatki do sześciu ostatnich rozdziałów i epilogu:




Szwankuje mi touchpad w laptopie - przyciski odmawiają posłuszeństwa, więc miauż nabył mi pod choinkę dosyć luksusową mysz dla graczy (nie jestem graczką, chodziło o to, żeby ustrojstwo nie popsuło się po paru miesiącach). Niestety nikt z rodziny nie zapytał, co dostałam od męża na Gwiazdkę, więc nie mogłam wywołać konsternacji odpowiedzią, że mysz... 

A z rzeczy milszych i weselszych - na facebookowym Forum Tłumaczy Literatury wybuchła wczoraj spontaniczna zbiorowa głupawka i powstało kilkadziesiąt "lepiejów" o trudnej doli tłumacza. Pozwoliłam sobie spisać najlepsze (najlepiejsze?) i wrzucam je tutaj, żeby nie przepadły w mrokach niepamięci!


„Lepiej w beton walnąć czołem, niż tłumaczyć chłam z mozołem.”

„Lepiej spić gromadę Brytów, niż promocji oddać tytuł.”

„Lepiej w błocie kopać rowy, niż wciąż miewać złe umowy.”

„Lepsza mózgu już dysfunkcja niż autorska interpunkcja.”

„Lepiej spotkać w sklepie Szydło, niż tłumaczyć romansidło.”

„Lepiej dupą zasiąść w łajnie, niż wciąż myśleć o dedlajnie.”

„Lepiej golnąć sobie z rańca, niż tłumaczyć popaprańca.”

„Lepiej wypić beczkę wina, niż tłumaczyć harlequina.”

„Lepiej w Sejmie mieć praktyki, niż tłumaczyć erotyki.”

„Lepiej w cwale zgubić lejce, niż erotyk mieć w kolejce.”

„Lepsze życie w celibacie, niż erotyk na warsztacie.”

„Lepiej żoną być potwora, niż mieć złego redaktora.”

„Lepiej szczura zjeść w potrawce, niż skąpego mieć wydawcę.”

„Lepiej z sitkiem ganiać mrówki, niż poprawiać literówki.”

„Lepsza zgaga od poranka niż ambitna grafomanka.”

„Lepiej się zakrztusić keksem, niźli męczyć się z indeksem.”

„Lepiej władzy mieszać szyki, niż dziecięce tłuc wierszyki.”

„Lepiej w lesie tropić dziki, niż tłumaczyć dla Repliki.” 
(Lepiej autorstwa dziewczyny, która procesowała się z Repliką o zapłatę za przekład...)

„Lepiej zmoknąć od ulewy, niż wciąż czekać na przelewy.”

„Lepiej krzywić się szkaradnie, niż tłumaczyć co popadnie.”

„Lepiej siedzieć z wieprzem w chlewie, niż na warsztat brać badziewie.”

„Lepiej chodzić bez odzieży, niż tłumaczyć dla młodzieży.”

„Lepiej wdepnąć w klocki Lego, niż tłumaczyć coś tak złego.”


I na deser:

„Lepiej wybrać opętanie, niż wysyłać znów wezwanie (do zapłaty).”


Dwa z powyższych są mojego autorstwa. Ciekawe, czy ktoś zgadnie, które? (Podpowiedź: są zapisane jeden pod drugim i zawierają wspólny motyw.)



2020-01-03

Latający dywan, klasa biznes


Wyszłam sobie w Nowy Rok na spacer po osiedlu, ciesząc się, że po kilku dniach okropnie przybijającej aury (źle znoszę szarą, wilgotną pogodę z nisko wiszącymi chmurami) nareszcie pokazało się słońce i trochę błękitnego nieba. Z zadowoleniem odnotowałam, że chodniki są jakby mniej zaśmiecone pozostałościami fajerwerków, niż to bywało w poprzednich latach. A przy ulicy Poligonowej, przy ścieżce rowerowej obok kontenerów na używaną odzież, moje oko przykuł taki oto obrazek:




Szybciutko wyciągnęłam telefon i zdjęcie "kącika wypoczynkowego" pofrunęło na Fb oraz Insta. Komentarze tak mi się spodobały, że przeklejam je tutaj.

"Latający dywan klasa biznes. Proste."

"INTO THE NEW DECADE!"

"Lądowanie awaryjne?"

"Łap dżina, może ma jeszcze jakieś wolne życzenia?"

"Przyleciał na dywanie, ale coś się stało..."

"Zima, normalka. Te petardy to zestaw rozruchowy do dywanu, ale widać jednak za słabe były."

"Albo klasycznie, przyleciał z tym wszystkim w kufrze i mu się spalił od fajerwerków."

"Być może Bagaż przestraszył się fajerwerków i uciekł. Ten tego, oddalił się dostojnie polować na głupków od petard. Omniom niom."

* * *

Spacer był oczywiście połączony z solidną dawką noworocznych refleksji. Dużo rozmyślam ostatnio o całej minionej dekadzie, bo z końcem stycznia 2020 upłynie dokładnie 10 lat, odkąd obroniłam doktorat, wróciłam z Niemiec do Polski, dokonałam wolty zawodowej i rozpoczęłam nowy etap życia jako wolny strzelec na umowach wydawniczych. Na przestrzeni tej dekady przez 90% czasu byłam tłumaczką na pół etatu i niszową autorką fantastyki na pół (lub trochę mniej) etatu, poza rokiem 2015, kiedy zajmowałam się praktycznie tylko tłumaczeniami. Powiem tak: o ile z każdym rokiem bardziej doceniam decyzję, żeby zrezygnować z kariery naukowej i myślę, że zrobiłam to w dobrym momencie, to nie jestem zadowolona (delikatnie mówiąc) z owoców niektórych innych decyzji podejmowanych w ciągu tych dziesięciu lat i generalnie mam poczucie, że mądrzeję za późno. Zamiast układać listę drobiazgowych postanowień noworocznych, których potem nie udaje się dotrzymać, w tym roku próbuję najpierw ustalić cele strategiczne i oddzielić nierealistyczne marzenia od tych, o które można i trzeba zawalczyć. Pewnie jeszcze wrócę do tego tematu.



2020-01-01

Noworocznie (noc kotów i sowy)


Fajerwerki odpalone, szampan wypity, świąteczny nastrój ulotnił się nie wiadomo kiedy. Budzimy się późnym rankiem, jest cicho i pochmurno, na pustych chodnikach walają się pozostałości rac. Ostatecznie i nieodwracalnie nastał rok 2020. Mam skończone 39 lat, groza!


Kiedy byłam młoda, moje Sylwestry potrafiły wyglądać różnie - od niezbyt hucznej, ale wesołej osiemnastki na przełomie 1998/99, poprzez odrobinę smętne powitanie nowego milenium (przyszła tylko dwójka znajomych, pożegnali się jakoś koło północy, a potem, żeby nie złapać doła, do rana pisałam opowiadanie "W zamian", które ukazało się później w Fenixie nr 4/2000), po wyjazd na RPG-owego Sylwestra do Łodzi na przełomie 2000/01 (zawiozłam tam pyszny tort urodzinowy zrobiony przez moją babcię i jeden jedyny raz w życiu wzięłam udział w LARP-ie - z kompletnie obcymi ludźmi, byłam NPC-em, całkiem fajnie się bawiłam). Łączyło je jedno: zawsze witałam Nowy Rok na trzeźwo. Przez długie lata w ogóle nie piłam alkoholu, bo mi nie smakował, dopiero po trzydziestce zdarza mi się czasami skosztować wina w ilości pół kieliszka.

Od kilku lat nie świętuję już urodzin w sensie urządzania imprezy sylwestrowej, może kiedyś mi się odmieni. Tym razem najpierw niezobowiązująco słuchaliśmy z miaużem muzyki we dwójkę, a przed północą poszliśmy do moich rodziców, wznieśliśmy z nimi toast winem musującym, posiedzieliśmy przy kominku, zjedliśmy serniczek i patrzyliśmy z okna na fajerwerki. W tym roku strzelania było mniej niż w poprzednich latach - koty najpierw się pochowały, ale szybko wychynęły z kryjówek i przyszły z powrotem do salonu. A kiedy o wpół do drugiej nad ranem wracaliśmy przez puste osiedle, obok lasku przy kościele wyraźnie słyszeliśmy pohukiwanie SOWY! (Parafrazując tytuł pewnej powieści fantasy można powiedzieć, że była to noc kotów i sowy...)

Wpis noworoczny nie może się obejść bez życzeń. A zatem! Wszystkim czytającym te słowa życzę zdrowia, optymizmu, energii do pracy, ciekawych lektur i udanych wyjazdów. Dużo zdrowia dla Waszych pupili (kotów, psów, chomików, świnek morskich, legwanów i co tam jeszcze hodujecie). Niech Wam się szczęści w zamierzeniach zawodowych, osobistych i twórczych. Niech realizacja planów przebiega gładko. Niech depresja poddaje się leczeniu, a przeciwności zwalczaniu. I niech przyjaciele będą na wyciągnięcie ręki, nawet jeśli fizycznie przebywają po drugiej stronie globu.

Szczęśliwego Nowego Roku! 



Ofelia sylwestrowa.



Ignit sylwestrowo-noworoczny.

2019-12-30

Podsumowanie roku 2019





No to chyba pora na podsumowanie roku 2019...

To był dla mnie całkiem dobry rok, zwłaszcza z pisarskiego punktu widzenia. Po pierwsze i najważniejsze - ukazał się drukiem "Śpiew potępionych", czwarty tom cyklu żmijowego, i zebrał entuzjastyczne recenzje. Ukazały się trzy moje opowiadania: "Schronisko" (Fenix Antologia 1(5)/2019), "Jest nad zatoką dąb zielony", zwane też opowiadaniem leningradzkim (antologia "Harda Horda") i "W krainie sylfów" (darmowy ebook wydawnictwa Rebis). Czwarte napisane w 2019 opowiadanie, "Róże świętej Elżbiety", ukaże się w 2020.

W trakcie pisania (na zaawansowanym etapie) jest piąty tom przygód Krzyczącego w Ciemności, "Czerń nie zapomina".


Na froncie promocji i autoreklamy również działy się rzeczy miłe, a nawet bardzo miłe. Przede wszystkim uczestniczyłam w cudownej akcji promocyjnej antologii Hordy. W pamięć zapadło mi zwłaszcza szaleństwo podpisywania książek na Warszawskich Targach Książki na Stadionie Narodowym - więcej na ten temat przeczytacie w świetnym reportażu uczestniczącym Anny Nieznaj pt. Wespół w zespół. Spojrzenie zza kulis. Ale na tym nie koniec! W czerwcu po raz pierwszy w życiu pojechałam na Seminarium Literackie Śląskiego Klubu Fantastyki i wygłosiłam tam prelekcję o świecie Zmroczy, której lwią część można znaleźć teraz w sieci w formie podcastu. Poza tym odwiedziłam Wrocławskie Dni Fantastyki, Copernicon, Krakowskie Targi Książki i Falkon, pod linkami znajdziecie relacje i zdjęcia. 
Latem wystąpiłam też (króciutko) w warszawskim radiu.





Harda Horda w komplecie na Warszawskich Targach Książki.


Oprócz wyjazdów zaliczyłam dwa spotkania autorskie w Lublinie - jedno w Zespole Szkół Włókienniczych, drugie (wspólnie z Anną Nieznaj) w bibliotece Biblio (to tam objawił się niezwykły człowiek, który w połowie naszego spotkania autorskiego postanowił wyjść na środek sali i deklamować "Panią Twardowską").

Z osiągnięć niepisarskich - przetłumaczyłam cztery bardzo fajne opowiadania, wszystkie gorąco polecam (Megan Lindholm, "Srebrna Dama i facet po czterdziestce" - Fenix Antologia 1(5)/2019; Michael Swanwick, "Konik z Dalarny" - NF 05/2019; Linda Nagata, "Marsjański obelisk" - NF 07/2019; Dave Hutchinson, "Babilon" - NF 12/2019) i rozpoczęłam tłumaczenie dwóch książek, które będę dokańczać już w 2020, kiedy ogarnę się z piątym tomem.


Udało się trochę ożywić dział literacki "Esensji", od stycznia do listopada ukazało się u nas 15 opowiadań (to, które miało ukazać się w grudniu, niestety trafi do serwisu dopiero na początku stycznia 2020). Szczególnie polecam następujące perełki:

Poza tym już szósty rok z rzędu prowadziłam w Lublinie warsztaty literackie w siedzibie Cytadeli Syriusza przy ul. Lwowskiej. W semestrze letnim i zimowym odbyło się łącznie 12 spotkań. Warsztaty będą kontynuowane w roku 2020. Uwaga, możliwe jest uczestnictwo korespondencyjne - osoby zainteresowane takowym zapraszam do kontaktu przez e-mail!





Widok na ośnieżone Tatry ze szlaku na Radziejową.


Ze spraw niezawodowych - udało nam się z Jerzym dwukrotnie pojechać w góry, do Piwnicznej w maju i do Jaślisk w sierpniu. Pracuję intensywnie nad tym, żeby zadeptać na śmierć kolejną parę butów górskich! Pod linkami znajdziecie krótkie relacje z obu wyjazdów i sporo zdjęć.

Kiedy wracam pamięcią do podsumowań roku 2018roku 2017 i roku 2016, oczywiście wierzyć mi się nie chce, że czas biegnie tak szybko i ledwie się obejrzę, już zrobi się grudzień 2020... Nie wszystko układa się tak, jak bym chciała, przez cały czas gryzie mnie mnóstwo wątpliwości i huśtawek związanych z pisaniem, i w sumie nie wiadomo, w jakim kierunku będę szła dalej (mogę mieć w nadchodzącym roku trudne decyzje do podjęcia). Ale tymczasem jestem tam, gdzie jestem, piszę piąty tom "Teatru węży" i tego się trzymamy.

Dziękuję, że jesteście, czytacie i motywujecie mnie do pracy! Brune, Zazel, demonessa i cała reszta czarno-srebrnego towarzystwa kłaniają się i pozdrawiają!