2017-03-22

Wieści marcowe


Melduję po przerwie, że jestem i żyję! Wystarczyło jedno niezwykłe wydarzenie (i związana z nim lista rzeczy do pozałatwiania ASAP), żeby mnie tak wybić z rutyny, jakby mi meteoryt rąbnął w biurko, ale już się ogarnęłam, odpoczęłam i wróciłam do normalnego trybu działania. 
W zeszły czwartek wieczorem wróciłam z London Book Fair. Na dniach postaram się zamieścić dłuższą relację z tej fascynującej eskapady. Międzynarodowe targi książki w Londynie to gigantyczna impreza branżowa, gdzie spotykają się wydawcy, agenci literaccy, tłumacze, pisarze, dystrybutorzy, gdzie można się zaopatrzyć w katalogi wydawnictw z różnych krajów, negocjuje się sprzedaż praw do tłumaczeń i adaptacji filmowych, nawiązywane są kontakty i wykluwają się pomysły na nowe inicjatywy wydawnicze. W tym roku LBF odbywał się w dniach 14-16 marca i wzięło w nim udział ponad 60 wydawnictw z całego świata, łączna liczba uczestników przekroczyła 25 000, a Polska była gościem honorowym. Wraz z koleżanką po piórze Aleksandrą Janusz-Kamińską pojechałyśmy do Londynu, żeby nawiązywać kontakty i promować katalog grupy Fantastic Women Writers of Poland – nieformalnego zrzeszenia dziesięciu polskich autorek fantastyki, które spontanicznie postanowiły wykazać się inicjatywą i zareklamować swoje książki zagranicznym wydawcom. Kto ciekaw, może zajrzeć na fanpage naszej grupy i dowiedzieć się więcej o nas oraz ściągnąć nasz katalog w formacie pdf.

A z inszych wieści:

- W kwietniowym numerze „Nowej Fantastyki” ukaże się moje opowiadanie „Najlepsze pierogi w Kocierbie”. To zupełnie nowy, premierowy, niezbyt długi tekst, bez Krzyczącego w Ciemności. Realizm magiczny w klimatach beskidzkich. 

- Tej wiosny poprowadzę kolejny cykl warsztatów literackich w Lublinie, tym razem trzymiesięczny: dwanaście dwugodzinnych spotkań co 2 tygodnie. Zajęcia są przeznaczone dla osób od 16. roku życia, które chcą rozwijać swoje umiejętności w zakresie pisania prozy. Uczestnicy będą omawiać i analizować fragmenty twórczości własnej i cudzej oraz wykonywać ćwiczenia pobudzające wyobraźnię i kształtujące zdolność posługiwania się językiem literackim.
Warsztaty odbywają się w siedzibie Lubelskiego Stowarzyszenia Fantastyki „Cytadela Syriusza” przy ul. Lwowskiej 12 i są darmowe. Pierwsze spotkanie odbędzie się w poniedziałek 27 marca o godzinie 18:00.


2017-03-10

Olga i osty - szczypta autoreklamy




 Moja powieść Olga i osty miała premierę ponad rok temu, na początku marca 2016. Tak sobie pomyślałam, że może nie od rzeczy byłoby przypomnieć, że jest to zasadniczo fantastyka (dokładniej - realizm magiczny, ale mieści się w definicji fantastyki). Co za tym idzie, jeśli planujecie zgłaszać nominacje do Nagrody im. Janusza A. Zajdla za rok 2016, jako autorka gorąco zachęcam do przeczytania Olgi... - a nuż Wam się spodoba i uznacie ją za wartą nominowania!


Dla tych, którzy nie czytali - poniżej na zachętę fragmencik jednego z początkowych rozdziałów, a tu znajdziecie dokładniejszy opis książki i garść linków do recenzji.

Formularz elektronicznego zgłaszania nominacji do Nagrody im. Zajdla oraz link do listy pomocniczej znajdują się tutaj.


* * *

Wsiadając do pociągu, Dominik Budrewicz przyłapał się na myśli, że śmierć byłaby najlepszym wyjściem z sytuacji. Zaraz potem błysnęła mu cierpka refleksja, że doprowadzając do końca to, czego nie zrealizował w wieku osiemnastu lat, wyświadczyłby Róży przysługę. A to, rzecz jasna, stanowiło dobry powód, żeby mimo wszystko pozostać przy życiu.

Odwrócił się i pomógł jakiejś kobiecie z ciężką walizką. Myśl o śmierci nadal bzyczała mu w uchu jak natrętny komar.

Szedł wzdłuż wagonu, aż znalazł pusty przedział. Wrzucił torbę na półkę, powiesił kurtkę na haczyku i usiadł przy oknie. Komórka cicho piknęła mu w kieszeni, sygnalizując, że przyszedł SMS. Wyjął ją i przeczytał wiadomość od kolegi.

„Przemyślałem sprawę i odpowiedz brzmi nie bo nie sadze abym mógł coś pomóc jako świadek przepraszam”.

Zacisnął zęby, tłumiąc chęć wyrzucenia telefonu przez okno. Wziął głęboki oddech i odpisał:

„Rozumiem, dzięki za jasne postawienie sprawy, trzymaj się”.

Wagonem lekko szarpnęło; pociąg ruszył. Dominik wygrzebał z kieszeni listek z małymi białymi tabletkami i łyknął jedną, popijając wodą z butelki.

Tydzień wcześniej wyprosił u zaprzyjaźnionej lekarki recepty na hydroksyzynę i relanium. Prochy lekko go otępiały, ale wolał to niż bezsenne noce, rozdygotane ręce i trzęsący się głos.

Lekarka chciała mu dać skierowanie do psychiatry, ale odmówił, mając w pamięci radę prawnika, żeby unikać wszystkiego, co może zostać wykorzystane przeciwko niemu. Po tym, co Róża zaprezentowała do tej pory, był już skłonny uwierzyć, że mogłaby dotrzeć absolutnie wszędzie i dokopać się do informacji teoretycznie chronionych tajemnicą lekarską.

Znali się od prawie dziesięciu lat, byli małżeństwem od siedmiu. Czasem się kłócili, właściwie nie tak rzadko; ona była wybuchowa z tendencjami do zazdrości, on zamknięty w sobie, niechętnie okazujący uczucia, ale wszystkie małżeństwa przeżywają lepsze i gorsze chwile, prawda?

Dałby sobie rękę uciąć, że są kochającą się parą i wszystko jest dobrze. Do czasu, gdy Róża złożyła pozew o rozwód z jego winy, oskarżając go o to, że jest niezrównoważony, niedojrzały, narcystyczny, znęca się nad nią psychicznie i fizycznie (jeden jedyny raz – przed trzema laty – faktycznie zdarzyło się, że doprowadzony do furii popchnął ją i upadła), pije, jest uzależniony od pornografii i regularnie grozi samobójstwem.

Drzwi przedziału się odsunęły.

– Dzień dobry, można?

– Dzień dobry – odpowiedział machinalnie.

Brzuchaty starszy mężczyzna wsunął walizeczkę na półkę, zdjął płaszcz i zajął miejsce przy drzwiach.

Pociąg nabierał prędkości, słupy migały w oczach. Miejsce osiedli zajęły burobrązowe połacie zaoranej ziemi, zagajniki i chaszcze. Od tygodnia trwała odwilż, resztki brudnego śniegu już prawie zniknęły z rowów. Dominik pomyślał, że powinien wyjąć z torby laptopa i zająć się pracą, ale tylko siedział i patrzył tępo na krajobraz przesuwający się za szybą – słupy, pola, słupy, pola oraz żółtoszare niebo wyglądające tak, jakby namalowano je akwarelami. Zastanawiał się, czy gdyby w porę wychwycił sygnały ostrzegawcze, coś by to zmieniło. Gdy teraz wspominał ostatni rok, docierało do niego, że Róża już od miesięcy traktowała go chłodno czy wręcz pogardliwie, tylko on uparcie nie chciał tego przyjąć do wiadomości. W myślach ją usprawiedliwiał – jest przemęczona pracą i przybita nieudanymi staraniami o dziecko. Poza tym, co tu dużo mówić, wolał jej chłód i milczenie niż awantury co drugi dzień. Choć nawet najgorsza kłótnia z Różą i tak była lepsza od tego, co pamiętał z dzieciństwa, z rodzinnego domu.

Przypomniał sobie, jak blisko dwadzieścia lat wcześniej trafił na oddział zamknięty. Przymusowa hospitalizacja po próbie samobójczej. Podciął sobie żyły, bo już nie mógł wytrzymać. Nie tylko ciągłych kłótni z rodzicami o stopnie, o długie włosy, o rysowanie, matki przeglądającej jego rzeczy w poszukiwaniu nieistniejących narkotyków, retorycznych pytań ojca: „Czy ja wychowałem pedała”. Coś popsuło mu się w głowie tamtej zimy, tak jakby prawdziwy Dominik w środku umarł i gnił zżerany przez robactwo, a została tylko chodząca, mówiąca skorupa. Nie potrafił już wytrzymać sam ze sobą. I stąd wanna pełna gorącej wody, stąd żyletka.

Nie zadał sobie trudu pisania listu pożegnalnego, ale wybrał dzień, kiedy matka miała dyżur w klinice, bo chciał, żeby to ojciec go znalazł. Nie przewidział jednego – że akurat wtedy Budrewicz senior czegoś zapomni, może jakiegoś dokumentu, faktury czy notesu z numerami telefonów, przyjedzie w południe do domu i zadzwoni na pogotowie.

Odratowali go. A później, ponieważ odgrażał się, że zrobi to samo jeszcze raz, zamknęli go na dwa miesiące w tym cholernym psychiatryku, z dorosłymi, bo oddział dla dzieci i młodzieży był przepełniony. Pojawiły się podejrzenia, że może to zaburzenie schizoafektywne, może coś tam. Więc został na obserwacji. Z Napoleonami, Jezusami i przybyszami z innych planet, z takimi, krórych regularnie związywano pasami, i takimi, co całymi dniami tylko siedzieli albo stali bez ruchu jak rzeźby z wosku. Nafaszerowano go prochami, po których było mu wszystko jedno, że jeden pacjent z tej samej sali wygłasza tyrady o Balcerowiczu i spisku nafciarzy, drugi opowiada, że podczas operacji kręgosłupa wszczepiono mu nadajnik, aby KGB mogło podsłuchiwać jego myśli, a trzeci masturbuje się o ścianę.

A potem stał się cud i Dominika wypisano do domu, zamiast mu zafundować kolejne dwa miesiące na oddziale półotwartym. Mimo opinii lekarzy, że jest trudny i nie współpracuje, a depresja została tylko stłumiona lekami – tak jakby zatynkować po wierzchu zagrzybioną ścianę. W części budynków szpitala trwał remont i sale były tak przepełnione, że łóżka stały na korytarzach, więc pozbywano się każdego pacjenta, którego można było z czystym sumieniem wypuścić na łono społeczeństwa.

Miał dalej brać antydepresanty, ale po niedługim czasie odstawił je, nie pytając nikogo o zdanie. Zaczął chodzić na terapię grupową poleconą przez psychologa szkolnego, a wkrótce potem wyniósł się z domu rodziców do ciotki. Siostra już wtedy studiowała w Warszawie. Dyrekcja w liceum poszła mu na rękę, nauczyciele pozwolili stopniowo nadrobić materiał ze straconych miesięcy, świadectwo ukończenia trzeciej klasy miał nawet nie najgorsze. Rok później zdał maturę, może nie śpiewająco, ale przyzwoicie, i też uciekł na studia do stolicy.

Coś zaszeleściło – to towarzysz podróży rozwijał kanapkę, w którą następnie wbił z apetytem zęby. Dominik poczuł lekkie mdłości. Z powrotem zapatrzył się na bure pola przesuwające się za upstrzoną deszczem szybą.

Róża wyprowadziła się od niego pod koniec grudnia. Nagle, bez ostrzeżenia. Pewnego dnia po prostu wrócił do domu i znalazł na stole list.

Początkowo prawda nie chciała do niego dotrzeć. Jego umysł wbrew rozsądkowi uparcie usiłował wierzyć, że nic strasznego się nie dzieje, Róży coś strzeliło do głowy po siedmiu latach małżeństwa i poszła pomieszkać u rodziców przez tydzień czy dwa, ale lada chwila wróci; zostawiła w mieszkaniu tyle swoich rzeczy, książki, ciuchy, torebki, albumy ze zdjęciami, a on odbierał SMSy i maile z życzeniami noworocznymi od nieświadomych niczego znajomych... Dwa tygodnie później pocztą przyszły papiery rozwodowe.

Gdy ochłonął z szoku na tyle, by powiedzieć o wszystkim siostrze, Asia z miejsca stwierdziła: „Słuchaj, to jasne jak słońce: znalazła sobie kogoś. Kobieta jest jak małpa, nie puszcza się jednej gałęzi, póki nie złapie się drugiej”.

Pomogła mu znaleźć prawnika specjalizującego się w sprawach rozwodowych. Ten po wysłuchaniu całej historii pokiwał głową i postawił taką samą diagnozę, tylko w bardziej eleganckich słowach. Za jego radą Dominik wynajął detektywa. Wydał siedem tysięcy złotych polskich na to, żeby się dowiedzieć, że jego żona wyprowadziła się do rodziców, nocuje u nich, a poza tym prowadzi nadal taki sam tryb życia, jaki prowadziła od ślubu: przez pięć dni w tygodniu spędza codziennie dziesięć do dwunastu godzin w firmie, potem wraca do domu, czasem zahaczywszy po drodze o centrum handlowe, a w weekendy uczęszcza na fitness i jogę. Również lista połączeń z jej komórki – z tego, co Dominik zrozumiał, biuro detektywistyczne formalnie nie mogło pozyskiwać billingów, ale pracownicy mieli swoje chytre sztuczki – nie ujawniła niczego podejrzanego. Jak twierdził detektyw, romans łatwo wykryć: kochankowie dzwonią do siebie regularnie, nie są w stanie wytrzymać dnia bez zamienienia choćby kilku słów. Róża codziennie wysyłała tylko SMSy do dwóch przyjaciółek, a rozmowy prowadziła krótkie, w godzinach pracy, z różnymi numerami – ewidentnie kontakty służbowe.

Detektyw próbował wysondować sytuację w agencji reklamowej, w której pracowała, ale szybko dał za wygraną.

– Pańska żona pracuje w bardzo zgranym zespole i jest niezwykle lubianą osobą – poinformował przy ostatnim spotkaniu. – Oni jej tam dosłownie jedzą z ręki. Będą ją kryli, cokolwiek zrobi.

Dominik tylko uśmiechnął się smutno. Wiedział, o czym mowa. Róża jak nikt umiała roztaczać wokół siebie urok – czarować uśmiechem, entuzjazmem, zaangażowaniem (szczerym bądź udawanym).

Detektyw powiedział mu jeszcze, że gdyby miał obstawiać, to stawiałby na szefa Róży, który niedawno rozwiódł się z żoną. I że romans najprawdopodobniej toczy się już od dłuższego czasu, za zamkniętymi drzwiami biura.

– Co zamierza pan teraz zrobić? – spytał na koniec.

– Nie wiem – odpowiedział Dominik zgodnie z prawdą. – Nie mam pojęcia.

Chciałbym, żeby umarła – pomyślał wtedy. Ta myśl nachodziła go za każdym razem, gdy rozmawiał z prawnikiem, za każdym razem, gdy czytał pozew Róży i zastanawiał się, jak napisać odpowiedź. – Dowiedzieć się pewnego dnia, że już po wszystkim, nie będzie walki w sądzie i wywlekania na wierzch brudów, nie będę musiał udowadniać, że nie byłem narcystycznym dupkiem, pijakiem i damskim bokserem.

Przystałby na rozwód bez orzekania o winie, ale Róża nie chciała o tym słyszeć. Zaproponowała drakońskie warunki podziału majątku, a on zupełnie nie wiedział, jak się bronić. Napisała w pozwie, że żonę traktował „wyłącznie jak maszynę do sprzątania w domu, zarabiania pieniędzy i świadczenia usług seksualnych”. Najgorsze było to, że najwyraźniej zdołała przekonać kilkoro znajomych, aby potwierdzili w sądzie jej wersję wydarzeń, a on nie miał po swojej stronie nikogo poza Asią, której zeznania, jak uprzedził prawnik, niewiele dadzą, bo sędzia założy, że siostra zeznaje na korzyść brata.

Dominik specjalnie pojechał do Torunia, żeby porozmawiać w cztery oczy ze znajomym, który bywał świadkiem scysji z Różą w roli głównej. Mógłby potwierdzić, że Róża nie jest aniołem, że kiedyś na ulicy rozbiła Dominikowi telefon, bo jej się nie podobało, że pisał SMSy do koleżanki, a przede wszystkim, że to ona w ostatnich miesiącach robiła mu publicznie awantury, bo on nie miał w zwyczaju podnosić głosu przy ludziach.

Ale Andrzej – choć początkowo zgodził się zeznawać – teraz wycofał się rakiem. A próby skontaktowania się z eksżoną szefa Róży na razie spełzły na niczym.

Znów usłyszał szelest, a potem chrupanie. Brzuchaty pasażer przeżuwał orzeszki, czytając „Gazetę Polską”. Wsunął do ust jeszcze kilka i przewrócił stronę. Dominik przechylił głowę, oparł czoło na dłoni i zamknął oczy, wsłuchując się w jednostajny szum pędzących wagonów.

Gdy się ocknął, pociąg stał na jakiejś małej stacji, a przedział był pusty. Dominik poruszył głową, skrzywił się i pomasował obolały kark, potem przetarł oczy. Krótka drzemka sprawiła tylko, że czuł się jeszcze bardziej otępiały i rozbity.

Drzwi przedziału się odsunęły.

– Dzień dobry.

Nowy pasażer zajął miejsce przy oknie, naprzeciwko Dominika, który mruknięciem odpowiedział na powitanie.

Pociąg ruszył, mijając tablicę z nazwą stacji. Krople deszczu znów zmoczyły szybę. Wagon lekko szarpnął na zwrotnicy, zakołysał się, stopniowo nabierając prędkości.

– Przepraszam – odezwał się nieznajomy.

Dominik niechętnie podniósł na niego wzrok. I zdziwił się. Towarzysz podróży był śniady jak Cygan, ale nie krępy jak większość przedstawicieli tej nacji, tylko chudy; nie miał też skórzanej kurtki ani ortalionowych spodni, ani złotego łańcucha na szyi. Był ubrany jak satanizujący subkulturowiec z poprzedniego pokolenia: zniszczone dżinsy, czarna bluza sprana na grafit, jakieś naszywki na wyblakłej dżinsowej kamizelce, w tym odwrócony pentagram. Ascetyczna twarz o cienkich ustach, ze szczeciną zarostu wzdłuż szczęki, nie pozwalała określić wieku; mężczyzna mógł być rówieśnikiem Dominika, ale równie dobrze mógł być i dziesięć lat starszy, choć w sięgających ramion ciemnych włosach nie miał śladów siwizny.

Pachniał dymem. Nie papierosami – dymem, jakby wracał z ogniska na działce.

– Proszę wybaczyć, że poruszam przykry temat – podjął łagodnym tonem, ale jego oczy wpatrzone w Dominika były niczym czarne wyloty luf. – Ma pan kłopoty z żoną, prawda?

– To nie pańska sprawa – warknął Dominik.

– Mówił pan przez sen – kontynuował nieznajomy, nadal świdrując go spojrzeniem.

Zanim jeszcze zdążył pomyśleć, że coś tu się nie zgadza, bo przecież ten człowiek dopiero co wsiadł (chyba że rzeczywiście dosiadł się już wcześniej, a teraz tylko wyszedł na chwilę na korytarz), Dominik wstał, ściągnął torbę z półki, wziął kurtkę i chciał wyjść z przedziału.

Drzwi się zablokowały.

Zaklął i naparł na nie całym ciężarem. Bez skutku. Tkwiły w miejscu jak przymurowane.

Śniady pasażer siedział bez ruchu, uśmiechając się złośliwie. Dominik zwalczył przemożną chęć rąbnięcia go pięścią.

I wtedy spostrzegł, że z włosów nieznajomego wystają nad czołem dwa drobne różki.

Nadal śnię – olśniło go i uczepił się tej myśli jak liny ratunkowej. Zamknął oczy i spróbował zrobić to, czego nauczył się jeszcze w dzieciństwie, gdy śniły mu się koszmary – wyrwać się z rzeczywistości snu, zrzucić ją z siebie jak koc, wracając do prawdziwego świata.

Ale nic się nie stało. Pociąg gnał przed siebie, wagon lekko kołysał się w pędzie.

Dominik otworzył oczy i ponownie napotkał spojrzenie współpasażera: zimny mrok, dwie kadzie zastygłej smoły, źrenice nieodróżnialne od tęczówek. Czym prędzej umknął wzrokiem, zapatrzył się na buty tamtego – martensy podobne do jego butów ale znacznie bardziej zniszczone, z popękanym licem.

– Nie, to nie sen – powiedział szatan, a w jego głosie zadźwięczała nutka śmiechu. – Przychodzę do tych, którym przyda się moja pomoc. Nie zdrowym potrzeba lekarza, ale tym, którzy mają się źle.

– Spadaj – wycedził Dominik przez zaciśnięte zęby. – Nic od ciebie nie chcę.

– To bardzo szlachetnie z twojej strony. – Również przechodząc na „ty”, Zły poufale zniżył głos. – Ale wiem, że jest ci ciężko.

Na moment zapadło milczenie. Dominik popatrzył w okno. Czuł, że za mostkiem uwiera go bolesne napięcie, jakby tkwił tam kłąb kolczastego zielska.

Pociąg zwolnił, mijając wiejską stacyjkę. Gdy ponownie przyśpieszył, szatan podjął:

– Kiedy ukochana osoba nagle pokazuje prawdziwe oblicze, jest tak, jakby świat się walił, prawda? Róża zabrała ci to co najcenniejsze, miłość i zaufanie, a chce zabrać jeszcze więcej.

Dominik zacisnął zęby. Nagle wyobraził sobie stracha na wróble ze złamaną podpórką, leżącego na ugorze wśród ostów. Mniej więcej tak się czuł od końca grudnia.

Zły nachylił się, opierając łokcie na kolanach, i spytał jeszcze ciszej:

– Chciałbyś, żebym pomógł rozwiązać ten... problem?

Dominik otworzył usta, po czym zamknął je. Głupi sen – pomyślała trzeźwo ta cząstka jego umysłu, która starała się zawsze zachowywać zdrowy rozsądek i dystans do wszystkiego. – Usnąłeś po hydroksyzynie, twoja podświadomość odreagowuje stresy, zaraz się zbudzisz i wszystko będzie dobrze.

– Chcę się obudzić – powiedział, a potem wrzasnął na cały głos: – Chcę się obudzić! CHCĘ SIĘ OBUDZIĆ!!!

Nic się nie stało. Z sąsiednich przedziałów nie wybiegli pasażerowie, nie pojawił się zdenerwowany konduktor. Szatan popatrzył na Dominika z politowaniem.

– Nie musisz tak krzyczeć. Chcę tylko usłyszeć prawdę. To żaden wstyd przyznać, że potrzebujesz pomocy.

Nie, chciał odpowiedzieć Dominik, ale zdał sobie sprawę, że nie jest w stanie wydobyć dźwięku ze ściśniętego gardła. Szatan pstryknął palcami.

– Będziemy w kontakcie – oznajmił.

A potem rozpłynął się w pachnącej dymem mgle, która nagle spowiła przedział.

Dominik otworzył oczy. W pierwszej chwili doznał uczucia całkowitej dezorientacji, a w następnej go zmroziło.

Stał w przejściu podziemnym na Dworcu Centralnym niedaleko toalet, z torbą w ręku i kurtką przewieszoną przez ramię, kompletnie ogłupiały. Nie pamiętał, kiedy wysiadł z pociągu i jak się tu znalazł.

Szlag. Oblał go zimny pot. Hydroksyzyna nie powinna tak działać. Żadne środki uspokajające brane zgodnie z zaleceniem nie powinny robić z człowiekiem takich rzeczy. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek wcześniej tracił kontakt z rzeczywistością, nawet wtedy w psychiatryku, na cholera wie jakich prochach, po których był oklapły jak mokra szmata i ledwo potrafił powiedzieć, jak się nazywa.

Rozglądał się tępo, aż jego wzrok przykuły jaskrawe plamy koloru. Wnętrze pobliskiej kawiarni zdobiły czerwone i różowe papierowe serca oraz serpentyny. Witrynę znajdującej się obok księgarni również udekorowano w podobnym stylu, dodając jeszcze plakat z amorkiem. Amorek miał wstrętną pucołowatą buźkę i natchnionym wzrokiem spoglądał w górę, dzierżąc w tłustej łapce strzałę, a nad nim, w chmurce, widniał napis: „14 lutego daj się uwieść naszej ofercie specjalnej!”.


Najpiękniejszy prezent dla Róży: odpierdoliło mi, kurwa, akurat na walentynki – pomyślał Dominik i nagle zaczął się śmiać. Śmiał się i śmiał, nie mógł przestać, podczas gdy mijający go ludzie oglądali się dyskretnie, zaciskali usta i przyśpieszali kroku.



2017-03-06

Wiosna idzie... czyli lament Ignita o damskim obuwiu


Mogłabym się dzisiaj rozwodzić nad tym, jak fajnie, że wreszcie jest cieplej i w powietrzu czuć wiosnę, ale zamiast tego będzie wpis nietypowy – o butach.

Ilekroć słyszę żarty o tym, jak to kobiety posiadają czterdzieści par butów i ciągle dokupują nowe, ogarnia mnie pusty śmiech. Wiecie, ja i buty to trudny temat (lub zabawny, zależy jak patrzeć). Nie lubię kupować butów, bo zawsze dokładnie wiem, czego chcę, a ciężko mi to dostać. Moje wymarzone buty – niezależnie od tego, czy chodzi o traperki, zamszowe trzewiki czy półbuty – przeważnie stoją w męskiej części sklepu obuwniczego i są gdzieś tak o trzy rozmiary za duże.

Ta część mózgu, która odpowiada u mitycznej legendarnej butoholiczki za kupowanie entej pary klapek z cekinami i sandałków za grube stówy, u mnie ewidentnie jest w atrofii. Powiem tak: wciąż jeszcze posiadam czarne czółenka (skórzane, na płaskim obcasie) kupione ponad osiemnaście lat temu. Miałam je na sobie na osiemnastce, na maturze, na prawie wszystkich egzaminach podczas studiów, na obronie licencjatu, magisterium, doktoratu i mało brakowało, a założyłabym je również na ślub. Trzymam je, pastuję, hołubię i nadal zakładam na tzw. Okazje. Posiadam jeszcze dwie inne pary eleganckich bucików, też z płaskim obcasem – czarne ze ślubu cywilnego, brązowe z kościelnego – których od czasu rzeczonych uroczystości nie miałam na sobie i przypuszczam, że przy tym tempie zużycia będą mi dobrze służyły za trzydzieści lat. 

Dla równowagi – buty, które noszę na co dzień (w zimie ciemne traperki, w cieplejszych porach roku wspomniane wyżej zamszowe trzewiki / półbuty / nubukowe mokasyny bądź szeroko pojęte obuwie sportowe) zdzieram na amen. Służą intensywnie przez kilka sezonów i zostają dosłownie zachodzone na śmierć. Niszczą się obcasy, wyściółka wewnętrzna drze się i odpada, lico nie daje się już doczyścić z wtartego pyłu, czasem przedłużającą się agonię przypieczętowuje odklejona podeszwa albo rozpruty szew. Przestałam kupować na lato sportowe sandały, bo wytrzymywały średnio półtora sezonu i koniec – któryś pasek pękał i cześć. Pewien postęp nastąpił, kiedy odkryłam półbuty trekkingowe i zaczęłam w nich chodzić na spacery po polnych drogach, zamszowe trzewiki firmy Wojas rezerwując na miasto (nie uwierzylibyście, ile traumatycznych spotkań z pyłem i błotem może przetrwać bez szwanku czarny zamsz – wystarczy go dobrze oczyścić i zaimpregnować – niestety podeszwy tych trzewików są mniej odporne i okropnie ścierają im się obcasy).

Przedwczoraj poszliśmy z mężem kupić mi nowe buty jesienno-zimowo-wiosenne, bo aktualnie użytkowane traperki właśnie z honorem samuraja dokonują żywota (obcasy malowniczo starte, jeden szew na pięcie się pruje). Gdyby ktoś nie wiedział, traperki to świetny but na zimę, nie muszą być ocieplone – kluczowa jest gruba podeszwa oraz dość luzu, żeby dało się wygodnie chodzić z wkładką termiczną, i jest dobrze przy mrozach do -15. Poszliśmy... i jak zwykle zaliczyłam mentalny facepalm widząc, co stoi na półkach z obuwiem damskim. Oraz czego tam nie ma.

Nienawidzę butów, w których nie można chodzić energicznie, długim krokiem. Butów, w których nie można bezpiecznie pobiec po ośnieżonym chodniku za autobusem (już nie mówię, że uciec przed zboczeńcem w parku!). Butów, które przemakają od odrobiny deszczu. W których po przejściu trzech ulic na krzyż bolą stopy i robią się pęcherze. (Tak wybieram obuwie, że pęcherze miewałam właściwie tylko po wycieczkach górskich, dosłownie jeden jedyny raz musiałam „rozchodzić” nowe półbuty – służyły potem długo.) Nie wiem, jaki samonapędzający się mechanizm społeczny sprawia, że kobiety kupują i noszą te wynalazki, które im masowo oferuje handel.

Kolorki. Ozdóbki. Wąziutkie noski. Wąziutkie, wrzynające się w stopę paski. Idealnie płaskie podeszwy gwarantujące poślizg na każdej gładkiej powierzchni, na przykład na marmurowej posadzce. OBCASY, obcasy, obcasy (noszone często  szkodzą kręgosłupowi, kolanom, stawom skokowym i paluchom). Cienkie podeszwy w ładnych skądinąd zimowych trzewikach i kozaczkach - co z tego, że wewnątrz jest gruba warstwa puszystego ocieplenia, skoro to podeszwa izoluje od lodowatego chodnika! Buty, które nie spełniają paru podstawowych wymogów funkcjonalności (wygoda, solidność, łatwość czyszczenia, odporność na błoto, stonowany wygląd). Nota bene widzieliście kiedyś mężczyznę z haluksami (zniekształcone, wykoślawione paluchy)? Nie? Bo mężczyźni nie wciskają stóp w ciasne buciki na obcasie. 

Męskie buty projektuje się tak, żeby były funkcjonalne. Kobiece – z nieczęstymi wyjątkami – mają przede wszystkim WYGLĄDAĆ. Modnie (? – bo co do elegancji, to już bym polemizowała, różne dziwne wynalazki obuwnicze spod znaku kokardek i diamencików nie są eleganckie z żadnej strony) i kobieco (?) Bo co, bo prawo rynku? Bo klientki tak głosują portfelem? Bo kobieta nie powinna nosić butów, które „męsko” się kojarzą? Hello? Hello?

Jasne, upraszczam, bo w końcu latami jakoś udawało mi się kupować te wszystkie funkcjonalne, porządne buty w rozmiarze 38-39, które potem nosiłam aż do zamordowania. Niemniej mam wrażenie, że albo wyjątki potwierdzają regułę, albo ja jestem ofiarą losu i nie wiem, gdzie powinnam robić zakupy (wszystkie powyższe obserwacje dotyczą dużych sklepów sieci Deichmann oraz sklepów oferujących buty firmy Wojas).

Gdybyście mieli ochotę się pośmiać, poniżej filmik pokazujący, że w ekstremalnych przypadkach nawet zawodowa modelka nie potrafi się poruszać w tym, co kobietom proponują projektanci. Uwaga, oglądanie podczas jedzenia lub picia grozi zakrztuszeniem!






P.S. Tym razem zakupy wyjątkowo zakończyły się sukcesem – po przymierzeniu x par obuwia oraz znamiennym dialogu z ekspedientką (Ekspedientka: „Niech pani sobie obejrzy o tu, w lusterku, jak wyglądają!” Ja: „Ale ja widzę, że są ładne, interesuje mnie, czy się w nich wygodnie będzie chodzić!”) stałam się właścicielką czarnych jesienno-wiosennych trzewików z cholewką, na płaskiej podeszwie (traperki to nie są, na mrozy się nie nadadzą, ale mąż rozwiał moje wątpliwości stwierdzeniem „nie jest powiedziane, że masz mieć tylko jedną parę ciepłych butów!” oraz nowych półbutów trekkingowych na miejsce zajechanych na amen.



2017-03-01

Początek marca...


Optymistyczna refleksja na dziś: istnieje specjalne miejsce w piekle dla ludzi, do których jeszcze nie dotarło, że Word to nie maszyna do pisania i nie robi się dwóch spacji po każdej kropce, nie zaczyna się nowego akapitu spacją i nie justuje się spacjami zdań. Nie pytajcie... Choć z drugiej strony nie powinnam się z nikogo naśmiewać, bo sama obserwowałam ostatnio, jak 11-letni syn przyjaciółki gra w grę komputerową polegającą na tym, że postać biega w kombinezonie bojowym po jakichś ruinach i strzela do przeciwników, i poczułam się jak wcześniejsze ogniwo ewolucji... Ja nie byłam w stanie nawet śledzić wzrokiem wskaźników na ekranie (abstrahując od tego, żem leń i nie chciałoby mi się uczyć, co oznaczają te wszystkie literki, cyferki i wykresiki).

Ten marzec będzie miesiącem wieści rozmaitych, ale jeszcze troszeczkę za wcześnie, żeby się chwalić konkretami. Na pewno ukaże się nowe opowiadanie ze świata Zmroczy (wczoraj skończyłam korektę autorską). Podkusiło mnie, żeby po raz pierwszy w życiu napisać coś na kształt romansu dworskiego, i... no cóż... powiem tak, wyszedł mi dosyć ponury romans dworski. Czekam też niecierpliwie na moment, kiedy już będzie można pokazać okładkę do szykowanego przez Rebis wznowienia „Dwóch kart”.

(Kiedy piszę te słowa, Ofelia już po raz kolejny włazi mi na kolana i nie może się zdecydować, czy chce być głaskana czy nie; posiedzi chwilę, zeskakuje, a potem wraca.)

A poza tym - trzymajcie za mnie kciuki, kochani, bo zainwestowałam dużo cennego czasu i pracy w projekt literacko-tłumaczeniowy, który może przyniesie owoce, a może nie. Z dwojga złego wolę ryzykować, inwestując czas niż twardą gotówkę, ale dla freelancera poświęcenie czasu jest siłą rzeczy inwestycją finansową; odłożyłam na bok zlecenia płatne i odłożyłam o kolejne miesiące pisanie tej nowej powieści, z którą mam nieustający problem od 2 lat. A co z tego wyjdzie? W optymistycznym wariancie, jeśli mój plan się powiedzie choćby w części, będę bardziej dumna niż z którejkolwiek swojej książki, a to jest dużo powiedziane. Życzcie mi szczęścia!




2017-02-23

Kiedy dobre chęci to za mało


Od lat obserwuję interakcje w necie między sympatycznymi, niegłupimi ludźmi (szambo generowane na ogólnodostępnych forach czy portalach, gdzie nie ma moderacji, przez nudzące się robactwo o ujemnym ilorazie inteligencji, to zupełnie inna para kaloszy). Czytam dyskusje, których uczestników znam głównie z pisemnych wypowiedzi, bo na żywo widziałam ich dosłownie raz albo wcale. 

Śledząc te sieciowe wymiany zdań, komentarze, żarty, scysje oraz okazywanie zbiorowego empatycznego wsparcia, można dojść do różnych wniosków - niekoniecznie tak pesymistycznych, jak modne w niektórych kręgach mirmiłowanie, że Internet doprowadza do rozkładu więzi międzyludzkich. 

Chociaż internetowe znajomości zazwyczaj pasują jak ulał do socjologicznej definicji "słabych więzi", znani mi bywalcy netu w ramach tych relacji starają się, mówiąc najogólniej, być dla siebie mili. Przesyłają wirtualne głaski, kiedy ktoś choruje albo stracił ukochane zwierzątko (OK, możecie powiedzieć, że takie wirtualne wsparcie niewiele znaczy, ale staroświecki zwyczaj zamieszczania kondolencji w gazetach ma podobną funkcję - zdalne przekazanie komunikatu "współczujemy i myślimy o tobie"). Kultywują poczucie solidarności, śmiejąc się z tych samych absurdalnych sytuacji oraz wyrażając oburzenie, kiedy kogoś spotka krzywda. Wreszcie - zapytani o radę chętnie, wręcz skwapliwie podzielą się wiedzą i doświadczeniem. 

Jeśli nie umiesz podać kotu tabletki, naprawić odklejającej się podeszwy, wywabić plamy po kawie lub przetłumaczyć dziwacznej frazy, zbiorowa mądrość Facebooka pomoże. Wszystko jedno, jak płytka jest w gruncie rzeczy "kultura lajków"; mimo wszystko to miłe, że ludzie z ochotą poświęcą pięć minut, a nawet osiem, żeby powiedzieć bliźniemu dobre słowo albo mu ułatwić życie. (Piszę serio, bez ironii! Kiedy w grudniu 2016 nie dawaliśmy rady zakraplać Sammetowi oczu podczas zapalenia spojówek, bo kot trzymany w żelaznym uścisku nadal się miotał, pyrgał łebkiem, wtulał pyszczek w sweter osoby trzymającej, mrużył oczy i generalnie robił wszystko, żeby kropla nie trafiła do oka, dopiero znajoma z Fb poradziła, żeby drania trzymać za kark, wtedy będzie mniej szalał - i podziałało).

Służenie radą w drobnych sprawach to jedna strona medalu. Ale druga - to sytuacje i problemy zawikłane. Trudne. Nieoczywiste. Niekiedy takie, które były już konsultowane z fachowcem - albo kilkoma - i mimo wysiłków nadal pozostają nierozwiązane. One też wypływają w krótkich sieciowych interakcjach - czasem wręcz łatwiej, niż na żywo, bo na piśmie skrępowanie jest mniejsze, ekran komputera nie uaktywnia w nas tak silnych blokad jak rozmowa twarzą w twarz. Widziałam to już nieraz: ktoś pyta o radę znajomych w necie, bo ma nadzieję, że usłyszy coś nowego, innego niż do tej pory; że ktoś przypadkowy, nieuprzedzony do sprawy wypowie się sensownie właśnie dlatego, że nie zna wszystkich szczegółów, które potrafią zaciemnić obraz. 

Adresaci zazwyczaj reagują życzliwie i starają się wesprzeć zainteresowanego, podsuwając konstruktywne w ich pojęciu rozwiązania. Smutno robi się wtedy, kiedy nie rozumieją problemu i udzielają rad, które nie pomogą, generując u zainteresowanego tylko jeszcze większe poczucie frustracji, pustki i osamotnienia. To nie jest zarzut pod niczyim adresem, bo w końcu padła prośba o pomoc, a ci, którzy podsuwali sugestie, chcieli dobrze.

Natura ludzka każe "grzeszyć" dawaniem życzliwych rad również wtedy, kiedy tak naprawdę mało wiemy o sprawie. Działamy w dobrej wierze, chcemy pomóc tak, jak umiemy. W praktyce efekt bywa taki, jakby wyciągniętego z wody karpia litościwa dusza zawinęła w koc, bo przecież biedna rybka marznie na powietrzu.

Obawiam się, że nie mam w tej kwestii czystego sumienia i niejednego metaforycznego karpia w swoim życiu otuliłam w kocyki i sweterki. C'est la vie. Ostatnio to ja za sprawą życzliwych dusz - obcojęzycznych, żeby było śmieszniej - znalazłam się w odwrotnej roli (zasadniczo to nie mi doradzano, ale śledziłam dyskusje na temat znany mi z autopsji, a trudny) i no cóż, już wiem, co czuje karp.

Aha - problem karpia oczywiście dotyczy również rozmów z przyjaciółmi i znajomymi na żywo, tylko inaczej to wygląda, kiedy nietrafione są komentarze jednej życzliwej osoby, a inaczej, kiedy 20 życzliwych osób udziela dokładnie tej samej rady, a zainteresowany odbiera ją jako radę z gatunku "skoro mokniesz, spraw, żeby deszcz przestał padać".

Wbrew pozorom niniejszy wpis wcale nie jest apelem, żeby nie udzielać rad - raczej poddaję pod rozwagę, żeby z entuzjazmem nie podsuwać rozwiązania, które nam się jawi jako jedyne słuszne. Zupełnie inaczej też wygląda stwierdzenie "wiesz, nie wiem, czy ci to pomoże, ale kiedy ja miałem problem z XXX, to zacząłem robić YYY, a wtedy nastąpiło ZZZ" niż "Musisz zrobić YYY!"

A z weselszych (?) spraw - któryś z moich kotów uznał dzisiaj, że Tłusty Czwartek to idealny dzień na otwarcie sezonu łowieckiego; na podjeździe przed garażem domownicy znaleźli zagryzioną mysz. Nie wiemy, kto jest sprawcą morderstwa, ale na pewno zostało dokonane ze szczególnym okrucieństwem i nie stwierdza się okoliczności łagodzących, bo mysz nie została zabita w celu konsumpcji.


Image courtesy of David Castillo Dominici at FreeDigitalPhotos.net



2017-02-21

Ciekawostki ze świata symboli (4)


Narzekałam przed kilkoma dniami, że mam za dużo spraw na głowie; niedługo do listy dołączy kolejne tłumaczenie (młodzieżówka, trzeci tom bardzo fajnej, acz chyba niezbyt rewelacyjnie się sprzedającej serii). Gdybym mogła dać ogłoszenie "Czas odkupię" i pozyskać cenne godziny od ludzi, którym nie są potrzebne... Cóż, Michael Ende już wykorzystał ten pomysł w powieści Momo, tyle że Szarzy Panowie po prostu kradli cudzy czas, zamiast go kupować. Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby zostać złodziejem czasu!

Tymczasem zaś - oto kolejna porcja ciekawostek ze Słownika symboli Juana Eduardo Cirlot, wynotowanych tym razem z haseł na literę D.

Delfin to symbol ocalenia z powodu legend o delfinach, które ratują tonących. Starożytni wyobrażali sobie też, że delfin jest najszybszy spośród zwierząt morskich, więc kiedy na emblematach widnieje delfin opleciony wokół kotwicy (też symbolu ocalenia), oznacza wstrzymanie pędu, czyli roztropność.

Deszcz symbolizuje zapłodnienie oraz oczyszczenie. W wielu mitologiach jest uważany za znak oddziaływania niebiańskich wpływów duchowych na ziemię.

Dmuchanie (bez zbereźnych skojarzeń!) było elementem obrzędów szamańskich. W pojęciu ludzi pierwotnych była to czynność pozwalająca tchnąć życie w coś albo powiększyć siłę czegoś.

Dolina to teren urodzajny, więc w odróżnieniu od pustyni (miejsca oczyszczenia), oceanu (początek życia, ale ludzie nie mogą w nim bytować) oraz wysokiej góry (strefa wiecznych śniegów i kontemplacyjnej ascezy) jest to symbol samego życia, miejsce przebywania pasterzy i kapłanów.

W wielu grobach egipskich znajdowano amulety w formie drabin; Ozyrysa określano epitetem "ten, który stoi u szczytu drabiny". Drabina była symbolem wstępowania do niebios oraz kultu przodków. Na godłach chrześcijańskiego rycerstwa często bywa wieńczona krzyżem, postacią anioła, gwiazdą lub kwiatem lilii.

Drewno to symbol matki; spalone symbolizuje mądrość i śmierć. Persowie uważali słoje w drewnie za rezerwuary ognia i witalności.

W Chinach drzewa i kwiaty symbolizują długowieczność oraz płodność. Szczególną estymą cieszą się bambus, śliwa i sosna, które są w stanie opierać się zimie (śliwa zakwitająca pomimo śniegu jest jednym z ulubionych motywów w sztuce chińskiej) i na obrazach często przedstawia się je razem. 

U Celtów drzewem świętym był dąb, u Skandynawów jesion, u Germanów lipa, w Indiach zaś figowiec. Drzewo jako takie symbolizuje nieśmiertelność, życie; w sztuce sakralnej różnych kultur było przedstawiane jako "oś świata".

Dziecko to symbol przyszłości, w przeciwieństwie do starca, który oznacza przeszłość. W alchemii dziecię w koronie lub stroju królewskim symbolizuje kamień filozoficzny.

Dzik wyobraża nieustraszoność i pęd ku samozniszczeniu, a także rozpasanie. W legendach celtyckich i galijskich zwierzę to ma jednak pozytywny charakter. Było wiązane z władzą druidów, podczas gdy niedźwiedzia łączono symbolicznie z władzą cywilną.

I na koniec - dźwięk dzwonu (którego kształt przywodzi na myśl sklepienie niebios) jest symbolem mocy stwórczej.

Obraz na dziś - Koho, Kwiaty śliwy i księżyc, dzieło z lat 30. XX wieku. To jeden z wielu wizerunków kwitnącej śliwy w sztuce chińskiej.





2017-02-18

Dzień za dniem – jak Ignit realizuje postanowienia noworoczne



Od Nowego Roku minęło ponad półtora miesiąca, więc chyba jesteśmy już w punkcie, w którym duży odsetek postanowień noworocznych rozwiewa się w siwy dym. Ja swoich nadal się trzymam, choć na takiej zasadzie, że jednego dnia wychodzi mi to lepiej, drugiego gorzej. Traktuję kwestię tych postanowień trochę jak eksperyment (jak długo wytrwam?), a trochę jak coś, czym można się podzielić; może ktoś z czytających te słowa bohatersko stara się wytrwać w postanowieniu, żeby nie jeść słodyczy albo chipsów, albo jeść codziennie warzywa, albo co tydzień sprzątać mieszkanie, i poczuje, że Nie Jest Sam w swoich Zmaganiach?

1 stycznia 2017 zawzięłam się i stwierdziłam, że w tym roku zamierzam:
- codziennie pisać (liczy się również spisywanie notatek do fabuł oraz pisanie notek na blog)
- codziennie czytać beletrystykę lub literaturę faktu (artykuły w necie się nie liczą)
- codziennie zażywać ruchu w postaci spaceru i/lub ćwiczeń.

Nie podchodzę do tego wszystkiego jakoś strasznie sztywno – te założenia miały działać na moją korzyść, a nie utrudniać mi życie – więc jeśli czasem chcę inaczej spożytkować czas, albo wieczorem głowa mi pęka od migreny i nic nie jestem w stanie zdziałać, to przechodzę nad tym do porządku dziennego. Nic na siłę, liczy się długofalowy trend.

A statystyka wygląda póki co tak:

Styczeń

Dni bez pisania/blogowania – 4
Dni bez czytania – 2
Dni bez gimnastyki czy spaceru – 4
Dni bez gimnastyki, gdzie spacer był krótszy niż 25 minut – 6


Luty (do 17 lutego)

Dni bez pisania/blogowania – 3
Dni bez czytania – 2
Dni bez gimnastyki czy spaceru – 2
Dni bez gimnastyki, gdzie spacer był krótszy niż 25 minut – 5


Najlepiej mi wychodzi czytanie dzień w dzień (chociaż gdyby nie postanowienie ogłoszone na blogu, pewnie już dałabym z tym sobie spokój i spróbowałabym „skanibalizować” te pół godzinki czy godzinkę lektury na inne cele), najgorzej – fundowanie sobie codziennej dawki ruchu. To ostatnie zmieni się, kiedy przyjdzie wiosna; mam wrażenie, że nawet moje koty są pozytywniej nastawione do śniegu i mrozu (bądź odwilży i chlapy) niż ja. Inna sprawa, że małe perturbacje zdrowotne na początku lutego zepsuły mi statystykę, gdy chodzi o ruch: wychodzenie na dwór ograniczyłam przez te 4 dni do minimum, a gimnastykować się trudno, kiedy człowieka bolą organy wewnętrzne.

Z negatywów – wciąż jeszcze nie udało mi się dojść do konstruktywnych wniosków w kwestii tego, jak organizować sobie czas, żeby było „dobrze”. Wypada chyba powiedzieć, że czasu jest ZAWSZE, z definicji za mało. (I tak, zdaję sobie sprawę, że wszyscy mamy go do dyspozycji tyle samo... i nie wiem, co robię źle, pomijając fakt, że przedawkowuję Internet... ale dla równowagi nie oglądam telewizji ani nie gram w żadne gry. A sypiam notorycznie za krótko.)

Obrazek na dzisiaj - Giovanni Francesco Romanelli, Chronos i jego dziecko, XVII wiek. Chronos, siwobrody starzec będący personifikacją czasu i często przedstawiany z kosą w ręku, niejednokrotnie bywał utożsamiany z Kronosem, jednym z tytanów, mimo że wyjściowo były to dwie różne postacie. Poniższy obraz znajduje się w Muzeum Narodowym w Warszawie.