2021-04-16

Nominacje do Żuławi 2021


Przewodniczący Komitetu Organizacyjnego Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego podał dziś do publicznej wiadomości tytuły powieści, które uzyskały w tym roku nominacje do Nagrody. Oto one:

1. Romuald Pawlak - Podarować niebo
2. Wojciech Gunia - Dom Motta (w: Dom wszystkich snów)
3. Ziemowit Szczerek - Cham z kulą w głowie
4. Agnieszka Hałas - Czerń nie zapomina
5. Michał Cholewa - Dzika karta
6. Elżbieta Cherezińska - Odrodzone królestwo


Głosowanie jak co roku przeprowadzono wśród Elektorów, imiennie zaproszonych opiniotwórczych czytelników i recenzentów literatury fantastycznej. Liczba głosujących: 38, okres głosowania: od 1 do 15 kwietnia 2021.










Feren i Śnieg proszą przekazać, że są bardzo dumni z nominacji dla Czerni... i uważają, że jest to w dużym stopniu ich zasługa! I mam rozważyć następną powieść tylko o nich, kiedy wreszcie dokończę drugi zbiorek opowiadań piekielnych! (Ale póki co niestety znowu mam inne sprawy na głowie, to znaczy tłumaczę prawie półtora arkusza w trybie "na wczoraj", bo ktoś nawalił...)




2021-04-13

W środę telefon zadzwonił znienacka, czyli jak zaszczepiliśmy się przeciwko COVID-19


Jakoś tak wyszło, że tej wiosny ZNOWU wzięłam na siebie nadmiarowe zobowiązania i teraz nie bardzo daję radę ogarnąć się ze wszystkim... 40 lat to najwyraźniej za mało, żeby nabrać umiejętności uczenia się na błędach. Ale mam jedną pozytywną informację: oboje z mężem jesteśmy już zaszczepieni przeciwko koronazarazie, mimo że nie należeliśmy do żadnej z grup priorytetowego dostępu do szczepień! Lud przestraszył się szczepionki firmy Astra Zeneca po doniesieniach, że powiązano ją z bardzo rzadkimi przypadkami nietypowej zakrzepicy, w efekcie czego punkty szczepień dzwonią do kolejnych pacjentów z listy oczekujących, a nam to w graj: woleliśmy zaryzykować szympansiego adenowirusa i baaaardzo rzadkie powikłanie (średnio 1 przypadek zakrzepicy z małopłytkowością na 250 000 to 0,0004% szansy: dla porównania szansa na trafienie piątki w totka wynosi 0,0018%, więc jest o 4,5x większa) w imię nabycia częściowej odporności[1] już z początkiem maja. Konkretnie wyglądało to tak, że - po primaaprilisowej aferze z przekładaniem terminów szczepień - w środę 7 kwietnia odebrałam z zaskoczenia telefon (umawiałam terminy dla siebie i miauża z mojej komórki) z Instytutu Medycyny Wsi z pytaniem "mąż jest u nas zapisany na szczepienie 21 maja, czy nie chciałby się zaszczepić JUTRO?" Jerzemu termin "na jutro" średnio pasował, ale powiedziałam, że ja bardzo chętnie - w efekcie ja dostałam termin na 8 kwietnia, a Jerzy na 11 kwietnia. Nie powiem, byliśmy mocno zaskoczeni tym nagłym zwrotem akcji.

Miauż miał ciut więcej szczęścia ode mnie, bo szczepił się w niedzielę rano, kiedy w punkcie szczepień panowały pustki. Ja niestety natrafiłam na sporą kolejkę w ciasnym korytarzu, a co gorsza w ten tłumek, gdzie stali m.in. seniorzy (na oko 80+), radośnie wparowało babsko i zapytało "Przepraszam, czy tutaj można zrobić test na koronawirusa? Bo ja jestem przeziębiona i chciałam się przetestować..." Jak już z ankietą wypełnioną pod okiem wesołego żołnierza (standardowa: czy w ostatnim czasie miało się pozytywny wynik testu na koronawirusa, objawy chorobowe, jeździło się za granicę itp.) trafiłam do gabinetu, to sama kwalifikacja i szczepienie przebiegły błyskawicznie: ostrzeżenie od lekarza, żeby spodziewać się objawów grypopodobnych trwających do 48 h po szczepieniu, ostrzeżenie od pielęgniarki, żeby przez dwa dni nie pić alkoholu i nie uprawiać sportu, sprawne DZIAB igiełką w ramię, nakaz odczekania jeszcze 15 minut na korytarzu i do domu.

Znajomi straszyli mnie, że po szczepionce AZ można się spodziewać absolutnie wszystkiego z 40 stopniami gorączki włącznie, więc nie powiem, byłam ciekawa, co mnie czeka. Zastrzyk dostałam w czwartek w samo południe, po 22 wieczorem zaczęłam odczuwać dreszcze, a nazajutrz rano obudziłam się z podwyższoną temperaturą, łamaniem w kościach i uczuciem ociężałości – organizm ewidentnie domagał się koca i kanapy. Ramię bolało, ale nie jakoś bardzo. Część dnia przedrzemałam, a po południu dopadł mnie dość silny ból głowy, który ustąpił po paracetamolu. Generalnie dzień gorszego samopoczucia, ale spokojnie do przeżycia. W sobotę czułam się już zupełnie normalnie (tylko ręka nadal bolała przy niektórych ruchach, w sumie nadal pobolewa, ale to najmniejsza uciążliwość) i zaliczyłam standardowe 8000 kroków spaceru. Miauż zaszczepiony o 9 rano w niedzielę dostał gorączki na wieczór, raportował te same odczucia co ja – pobolewanie mięśni, dreszcze, ból ramienia, chęć zalegania na kanapie pod kocem – i poczuł się lepiej w poniedziałek po południu.

W kręgu moich znajomych są osoby, które przeszły covid z mniej lub bardziej nieprzyjemnymi konsekwencjami (jeden kolega właśnie leży w lubelskim szpitalu pod tlenem, raportuje, że pod dobrą opieką), a bliski krewny – młodszy ode mnie – niestety zmarł na to goowno w Niedzielę Wielkanocną; nie ukrywam, że mocno to wpłynęło na moją decyzję, żeby się zaszczepić ASAP niezależnie od tego, że szczepionka Astry Zeneki ma teraz trochę gorszą prasę. Tzn. statystyki mówią, że dla mnie koronawirus pewnie nie byłby bardzo groźny (choć bałam się powikłań kardiologicznych), ale im prędzej wyszczepi się znaczący procent populacji, tym prędzej epidemia zacznie wygasać. (Mamy też z Jerzym plan, żeby już w drugiej połowie maja, korzystając z częściowej odporności, pojechać w jakieś polskie góry; zobaczymy, czy się uda.)

Na zdjęciu – kanapowanie poszczepienne (ten koc jest z prawdziwej wełny owczej i darzę go wielką miłością!).




[1] Jeśli dobrze pamiętam statystyki, to pierwsza dawka szczepionki AZ po 3 tygodniach od zaszczepienia zapewnia ok. 70% ochrony przed zachorowaniem na objawowy COVID-19.



2021-04-04

Wielkanoc 2021


Kochani! Rok śmignął nie wiadomo kiedy, i oto przed nami druga pandemiczna Wielkanoc. Weselsza, mimo wszystko, niż święta w czasach wielkich epidemii dżumy czy cholery (wyobrażacie sobie, jak wyglądało życie społeczne w obliczu zarazy, która wybijała całe rodziny w ciągu 2 dni od pojawienia się pierwszych objawów choroby?). Smutni panowie grabarze nie wywożą trupów wozami za miasto, a wypicie szklanki nieprzegotowanej wody nie grozi szybką, bolesną śmiercią. A że żyjemy w państwie z dykty i patyków… cóż, dopóki jesteśmy zdrowi, serniczek wielkanocny nie smakuje od tego gorzej. To jest dzisiaj optymizm na miarę moich możliwości.

Wszystkim, którzy tu zaglądają, życzę przede wszystkim zdrowia, zdrowia, jeszcze raz zdrowia, tudzież możliwie szybkiego powrotu do normalności bez koronkowych obostrzeń. A poza tym smacznego jajka, smacznego serniczka i pięknej, zielonej wiosny z ciepłą, trochę deszczową pogodą, żeby wszystko rosło i kwitło jak szalone!

Obraz na dziś: Giotto di Bondone, "Zmartwychwstanie". 1303-1305. Padwa, Capella dell'Arena.

Przed Giottem malarze przedstawiali Zmartwychwstanie Chrystusa jako scenę przybycia trzech kobiet do grobu, gdzie anioł przy otwartym grobowcu mówi: "Jezusa szukacie onego Nazareńskiego, który był ukrzyżowany; wstał z martwych, nie masz go tu" (Marek 16, 6).

U Giotta zamiast trzech kobiet widzimy zmartwychwstałego Jezusa w biało-złotych szatach, który ukazuje się Marii Magdalenie, jak opisuje to Ewangelia św. Jana. Na pustym grobie (czy to różowy marmur?) siedzą dwaj świetliści aniołowie, a na ziemi śpi grupa żołnierzy w zbrojach. Jezus, który objawił się po prawej stronie obrazu, ma na dłoniach i stopach rany po gwoździach, a w ręku trzyma chorągiew z napisem "VICTOR MORTIS" (zwycięzca śmierci). Jego gest w stronę Marii Magdaleny mówi "Noli me tangere" - nie dotykaj mnie! Jednak wyciągnięte ręce kobiety sugerują, że nie jest ona w stanie dotknąć Zbawiciela: ukazał się w pozaziemskim wymiarze (jego odzienie jest bardzo podobne do szat aniołów).

Płaskie złote aureole za głowami postaci są typowe dla obrazów Giotta, a niebo pokrywa, jak przypuszczam, kosztowna ultramaryna. Zioła pod stopami Chrystusa mają być może jakieś znaczenie symboliczne (nie potrafię rozpoznać, co to za rośliny, ale specjaliści na pewno wiedzą.) Ciekawe, co śni się żołnierzom?






2021-04-01

Ciut marudzenia i ekspresowy konkurs primaaprilisowy


Zastanawiałam się, co tu wymyślić zabawnego na prima aprilis, ale rząd mnie ubiegł i zafundował grupie wiekowej 40+ taki primaaprilis szczepionkowy, że nie wiadomo, czy śmiać się, płakać czy ręce załamać. Tak, zgadliście, zdążyłam rano zarejestrować siebie i męża na szczepienie, dzwoniąc na infolinię - system wyznaczył nam terminy na 9 i 10 kwietnia (ja Pfizer, mąż Astra Zeneca), a teraz jestem baaardzo ciekawa, czy zgodnie z obietnicą będziemy mogli się przerejestrować na drugą połowę maja...

W bonusie do tego całego zamieszania - i to już jest granda - zafundowano punktom szczepień brak możliwości dostępu do Internetowych Kont Pacjenta (bo system padł), w efekcie czego wstrzymano szczepienia zaplanowane na dziś. Prima aprilis: uważaj, bo się pomylisz!

* * *

Okay, wiem, że dla niektórych te szczepienia covidowe to temat zapalny; ja jako eks-biotechnolożka i eks-tłumaczka medyczna wolę zaufać szczepionce niż się bawić w ciuciubabkę z wirusem, który powoduje powikłania kardiologiczne nawet u pacjentów skąpoobjawowych (jedyne, co mnie martwi oprócz hocków z harmonogramem rejestracji, to ewentualne nieskuteczne zaszczepienie preparatem, który stracił aktywność, bo był źle przechowywany). Ale żeby nie marudzić tylko o bałaganie w Narodowym Programie Szczepień, mam dla Was z okazji 1 kwietnia coś zdecydowanie weselszego, bo zgadywankę konkursową.

TYLKO DWA z poniższych siedmiu zdań są prawdziwe, ale które? Wśród osób, które do godziny 23:00 dzisiaj (1 kwietnia) udzielą prawidłowej odpowiedzi, rozlosuję egzemplarz "Hardych Baśni". Jeżeli nikt nie udzieli prawidłowej odpowiedzi, rozlosuję książkę wśród tych, którzy próbowali!

1. Marshia Lavalle pierwotnie miała się nazywać Mathilde Kreuzbacher.
2. W pierwszym drafcie powieści "Czerń nie zapomina" ważną rolę miały odgrywać dwa nosorożce, ale wyleciały, bo zmieniła mi się koncepcja.
3. Pisząc niektóre fragmenty "Śpiewu potępionych", słuchałam piosenek z filmu "Vaiana: Skarb oceanu".
4. Mam w notatkach na dysku opowiadanie o Krzyczącym w Ciemności inspirowane grą i filmem "Mortal Kombat".
5. Mam w notatkach na dysku samodzielną powieść o Zazelu.
6. Mam w notatkach na dysku scenę z nienapisanego opowiadania, gdzie Krzyczący pojawia się na fikcyjnym konwencie Mazocon w Radomiu.
7. Kot Sammet będzie miał cameo appearance w ukończonym dopiero co opowiadaniu o martwej dziewczynce ("Laura, która nie była Laurą").

Informację o konkursie umieściłam również na fanpejdżu na Fb, odpowiedzi można udzielać w komentarzach albo tutaj, albo tam!


AKTUALIZACJA 02.04.2021:

Na fanpejdżu padło czternaście odpowiedzi, tutaj jedna. Surprise, surprise: NIKT NIE ZGADŁ XD Prawidłowe były odpowiedzi nr 3 i 4! 

"Moana" vel "Vaiana. Skarb oceanu" bazuje na legendach i realiach polinezyjskich, a Wyspy Śpiewu w "Śpiewie potępionych" mają więcej wspólnego z Indonezją (Lalay e'Kallende mieszka w drewnianej rezydencji z pawilonami, nie w chacie, i zdecydowanie nie biega z gołym pępkiem w spódniczce z trawy...), ale to nie zmienia faktu, że w trakcie pisania co jakiś czas puszczałam sobie "We Know the Way" i "Song of the Ancestors" w różnych wersjach językowych (ciekawostka: "We Know the Way" jest chyba najładniejsze w wersji portugalskiej - "Pra Ir Alem").

Film "Mortal Kombat" oglądałam sto lat temu w drugiej klasie liceum i całkiem mi się podobał (kupiłam sobie później kasetę ze ścieżką dźwiękową, nawet uczyłam się przy niej, bo dobrze odpędzała senność), z grą miałam styczność tylko o tyle, że parę razy patrzyłam, jak kolega w nią gra. Magiczny turniej odbywający się w innym wymiarze z udziałem mistrzów walki, magów, demonów i dziwnych istot typu centaury oraz czarnoksiężnik pochłaniający dusze pokonanych to pomysły, które ładnie dałyby się zaadaptować do mechaniki świata Zmroczy (oczywiście walki nie byłyby kopane, tylko na zaklęcia, broń ostrą, szpony, pazury i zianie ogniem). Szkic opowiadania o takim turnieju miałam w notatkach już na etapie kończenia "Dwóch kart", czyli ponad dwanaście lat temu (!!!). Niestety, jak to często bywa w moim przypadku - spisać notatki jest łatwo, ale zanim przerobię je na tekst, potrafią minąć dekady...

Z jakiegoś powodu sporo osób nabrało się na cameo appearance kota Sammeta. Sammecik miał już swoje pięć minut w opowiadaniu "Jest nad zatoką dąb zielony" z antologii "Harda Horda": kot, który przechadza się po konarach tytułowego dębu, nieprzypadkowo jest bury i pręgowany... Kiedyś na pewno jeszcze gdzieś go umieszczę, ale akurat w tekście o Laurze żadnych kotów nie ma.

Ponieważ nikt nie odpowiedział prawidłowo, zgodnie z obietnicą uwzględniłam w losowaniu tych, którzy próbowali: trzynaście osób z fanpejdża (jedna czytelniczka zgłosiła, żeby ją pominąć, bo książkę już ma) i jedną stąd. "Harde Baśnie" otrzyma Ziemek Borowski.

Serdecznie dziękuję wszystkim za udział w zabawie!





2021-03-28

Nominacje do Nagród "Nowej Fantastyki" i insze inszości


Chociaż w końcówce tego ponurego marca (znajoma używa określenia "koszmarzec") pandemia szaleje, wariant brytyjski koronawirusa hula po kraju i chyba szykuje nam się twardy lockdown na Wielkanoc, to przynajmniej ze swojego poletka mam odrobinę dobrych wieści.

Po pierwsze: "Harde Baśnie" oraz "Czerń nie zapomina" znalazły się na liście nominacji do Nagród "Nowej Fantastyki" w kategorii Książka Polska, a Krysia Chodorowska z Hardej Hordy trafiła na listę nominowanych do Nagrody im. Macieja Parowskiego (dawniej Reflektor). Serdecznie gratuluję wszystkim współnominowanym!

(Jako przynależąca od niedawna do ekipy "NF" uczestniczyłam w wyłanianiu nominacji, ale oczywiście nie głosowałam w kategorii Książka Polska. Z czystym sumieniem zagłosowałam natomiast w kategorii Książka Zagraniczna m.in. na "Piranesiego" Susanny Clarke oraz na "Bezgwiezdne morze" Erin Morgenstern.)






Po drugie - parę dni temu skończyłam kolejne opowiadanie do powstającego zbioru, to o martwej dziewczynce. Liczy sobie ok. 70 tysięcy znaków i będzie nosiło tytuł "Laura, która nie była Laurą". Poprawiam je właśnie. Do napisania zostały mi jeszcze dwa opowiadania (na tę chwilę elegancko zaplanowane i rozpisane w notatkach, jedynym czynnikiem ograniczającym jest - niestety - czas).

Po trzecie - cały zestaw opowiadań zagranicznych do majowego numeru "Nowej Fantastyki", czyli cztery świetne teksty (dwa długie opowiadania i dwie miniatury) jest już przetłumaczony i w trakcie redagowania. Nie obyło się bez zawirowań: pierwotnie chcieliśmy z Marcelim przywitać się z czytelnikami zestawem o nieco odmiennym składzie, ale do dwóch tekstów nie udało się na czas załatwić praw i w ekspresowym tempie szukałam innych (jedno z opowiadań, które wyjściowo chciałam zdobyć do numeru majowego, zostało ostatecznie kupione z poślizgiem i pójdzie w czerwcowym). Jednak finalnie dobrze się stało, bo dzięki temu w majowej "NF" ukaże się bardzo fajne opowiadanie Lindy Nagaty o policyjnym śledztwie w habitacie orbitalnym. Akcja tekstu rozgrywa się w tym samym zakręconym, transhumanistycznym uniwersum, co powieść "Struktor Bohra".

Po czwarte - jeszcze przez kilka dni, do 31 marca można zgłaszać nominacje do Nagrody im. Janusza A. Zajdla za rok 2020. Nominacje zgłaszamy przez formularz online, nominując do pięciu opowiadań i do pięciu powieści. "Czerń nie zapomina" oraz opowiadania z "Hardych Baśni" polecają się Waszej czułej uwadze! Polecam też notkę na blogu Aleksandry Klęczar o moim opowiadaniu z "Hardych Baśni" pt. "Róże świętej Elżbiety". Bardzo ciekawa analiza! 

Po piąte - dziś (w sobotę 27 marca) w Esensji ukazało się przejmujące opowiadanie Ewy Kajtoch Za górami, w tym samym lesie z ilustracjami Agnieszki "Achiki" Szady. Subtelny retelling baśni o Czerwonym Kapturku, ale przede wszystkim - przytłaczająca opowieść o starości, niesprawności i chorobie. Zachęcam do lektury, chociaż to bardzo smutny tekst.

I z wieści to chwilowo tyle. Trzymajcie się ciepło, uważajcie na siebie w tych niedobrych czasach!


2021-03-21

Baba z kijkami i dynksem w kieszeni, czyli aktywność fizyczna w czasach zarazy



"Prowadzę siedzący tryb życia, pracuję w domu przy komputerze, nie uprawiam systematycznie żadnych sportów, staram się tylko codziennie wyjść na spacer..."

Ponieważ oficjalnie jestem już Kobietą w Średnim Wieku, postanowiłam trochę konsekwentniej niż dotąd zadbać o zdrowie tudzież kondycję. Przeprowadziłam w internetach małe rozpoznanie i stwierdziwszy, że rozmaite opaski czy inne fit bandy - Xiaomi, nie Xiaomi - są zbyt mądre dla mnie, zanabyłam wysyłkowo za kilkadziesiąt złotych mały krokomierz elektroniczny zwany pieszczotliwie dynksem.

Dynks ma tylko trzy przyciski podpisane Set, Reset i Mode, ale potrzebowałam prawie godziny i licznych prób przerywanych czytaniem po raz n-ty instrukcji, zanim w końcu udało mi się zapisać w jego małym dynksowym rozumku swoją wagę, przeciętną długość kroku (zmierzyłam prawilnie miarką stolarską, biorąc średnią z 6 kroków: 83,3 cm) oraz preferencje dotyczące pomiaru odległości (kilometry, nie mile). Najtrudniejsze okazało się uruchomienie ustrojstwa, żeby zaczęło mierzyć... Mierzy chyba wiarygodnie (może odrobinę zawyża wyniki, muszę poobserwować).

Wyniki z kilku dni użytkowania:

- 1h bardzo szybkiego nordic walkingu: ciut ponad 8000 kroków (6,67 km)
(tego dnia przeszłam się jeszcze do sklepu oraz do rodziców, finalnie krokomierz zliczył ok. 10 000 kroków)

- spacer bez kijków, energiczny (z krótkimi przerwami na wejście do piekarni, załatwienie sprawy na poczcie i zrobienie kilku zdjęć), 1h 40 minut: 11 000 kroków

- szybki spacer bez kijków, 1h 30 minut: 10 100 kroków

- zwykły spacer, 45 minut: 3700 kroków

- 55 minut szybkiego nordic walkingu: 7300 kroków.

Tak oto teza o siedzącym trybie życia uległa, hm, pewnej modyfikacji. Moje spacery nie zawsze są równie energiczne, ale już chyba wiadomo, gdzie się spalają te wszystkie porcje owsianek z miodem i masłem, budynie, banany, kanapki i kotlety, które przez dwa lata nie zdołały znacząco zwiększyć mojej masy ku niezadowoleniu rodziny tudzież gastrologa... Przyznaję, że krokomierz w kieszeni motywuje, by chodzić szybciej, energiczniej i dłużej, i chyba właśnie tego potrzebowałam, żeby na fali kryzysu wieku średniego bardziej usportowić swój tryb życia. Nawet poczułam się zmotywowana, żeby wreszcie coś tam pokombinować z bieganiem, dopóki mam 40 lat, a nie 55... Teraz niech tylko covid nie pokrzyżuje mi tych ambitnych planów.

Na zdjęciu: baba z kijkami, odmiana wczesnomarcowa. (Przy temperaturach powyżej +5 stopni zdecydowanie należy zrezygnować z czapki i polaru.)





2021-03-13

Fragmencik opowiadania o Bojkach


Pierwsza dobra wiadomość na dziś: wczoraj odebrałam z serwisu naprawiony laptop (przegrzewał się, trzeba było zrobić konserwację układu chłodzenia), niby drobiazg, a jakoś zaskakująco dodało mi to animuszu i zmobilizowało do pracy. Druga dobra wiadomość: opowiadania zagraniczne do majowego numeru "Nowej Fantastyki" - pierwszego, do którego teksty wybieraliśmy we dwójkę z Marcelim Szpakiem - są już skompletowane, kupione i albo przetłumaczone, albo kończą się tłumaczyć. Wybraliśmy, jak uważam, bardzo fajny zestaw i mam nadzieję, że czytelnikom spodoba się tak samo jak nam!

Ze spraw mniej optymistycznych: od pewnego czasu obserwuję u siebie niepokojącą eskalację syndromu "kiedy próbuje się systematycznie żonglować wieloma piłeczkami, część zawsze spada na ziemię", to znaczy część rzeczy, które chciałabym robić co tydzień lub przynajmniej kilka razy w miesiącu, jest notorycznie odkładana na później - w tym niestety prowadzenie bloga... Krążył za mną wpis na Dzień Kobiet o ulubionych bohaterkach literackich, którego oczywiście nie napisałam, bo poprawiałam artykuł i robiłam tłumaczenie opowiadania (artykuł odesłany, nad przekładem wciąż jeszcze pracuję). W zamian rzutem na taśmę dokończyłam - na laptopie miauża, kiedy mój sprzęt leżał w serwisie i czyszczono mu trzewia - kolejne opowiadanko do planowanego zbioru opowiadań. Co prawda krótkie, bo liczące sobie niecałe 13 tysięcy znaków, ale PRZYNAJMNIEJ JEST! Do napisania nadal pozostaje jakieś 100 tysięcy znaków i ten fakt oczywiście cieszy mnie nieco mniej.

Wobec braku wpisu z prawdziwego zdarzenia, podrzucam kawałeczek tekstu. Opowiadanie dzieje się w północnej części Bieszczadów, czyli na obszarze zamieszkanym przez lud Bojków (nie mylić z Łemkami), tuż za dzisiejszą granicą polsko-ukraińską, po ukraińskiej stronie. Nigdy nie byłam w okolicy miejscowości wymienionych w tekście, ale nieźle znam tereny po stronie polskiej - okolice Komańczy i Turzańska oraz położony bardziej na zachód Beskid Niski. Akcja rozgrywa się na samym początku XIX wieku lub ciut wcześniej i bazuje na znanej opowieści ludowej.

* * *


Choć morowe powietrze budziło niegdyś powszechny lęk, niezbyt często nawiedzało tereny górskie. Zarazy regularnie pustoszyły miasta i wsie na nizinach, zwłaszcza latem, ale w karpackich lasach morowice znano głównie ze strasznych opowieści snutych półszeptem przy piecu w długie zimowe noce, gdy na zewnątrz hula zawierucha. Jednak zdarzyło się pewnej wiosny, pod koniec kwietnia, że zły wiatr przywiał morowicę na wschód od Lutowisk, w okolice Limnej.

Historię o dzielnym Ołeksiju, czarnowłosej Marii i strzale z flinty zapisał w latach sześćdziesiątych krakowski etnograf z adnotacją, że opowiedziała mu ją staruszka handlująca suszonymi śliwkami na targu w Sanoku. Dodała też, że ponad ćwierć wieku przed akcją „Wisła” można było usłyszeć te i inne gawędy od ślepego muzykanta Teodora Bortniaka, którego babka urodziła się we wsi Smereczka w czasach, gdy boginki jeszcze porywały dzieci z kołysek. Czy w opowieści Teodora pobrzmiewa jakieś echo prawdziwych wydarzeń, czy też jest zmyślona od początku do końca? A jakie ma to znaczenie?

* * *

Wczesnym rankiem Ołeksij i jego ojciec szli leśną drogą ze Smereczki na przełęcz. Zmierzali do sąsiedniej doliny, na targ do Limnej. Stary Dmytro prowadził jałówkę, a Ołeksij niósł pęk lisich i kunich skórek.

Słońce jeszcze nie wzeszło, las spowijały mgły. Rosa srebrzyła trawę, a ptaki darły się tak, jakby po raz pierwszy dotarło do nich, że jest wiosna. Ołeksij rozmyślał o tym, że Marija, córka Ihora, uśmiechnęła się do niego w poprzednią niedzielę, gdy zamienili kilka słów przed cerkwią, i tydzień wcześniej też. Miała najczarniejsze włosy ze wszystkich dziewcząt w Smereczce, cudne rumieńce i błysk w oku, i od święta nie zakładała brunatnego sukiennego łajbika z czerwonym haftem, tylko gorset wyszywany w kolorowe kwiaty, jak dziewczęta z bogatszych wsi na zachód od Cisnej.

– No, żwawiej, bo i na południe nie zajdziem – rzucił niecierpliwie Dmytro, oglądając się na syna.

Zawstydzony Ołeksij przyśpieszył kroku, nadal rozmyślając o Marii.

Gdy dotarli na przełęcz, skąd było już widać w oddali dachy Limnej, zdjął czapkę, żeby otrzeć czoło. Raz i drugi pociągnął nosem, bo w powietrzu unosił się odór padliny. Gdzieś wśród drzew musiało gnić truchło sarny czy jelenia, z którym nie rozprawiły się jeszcze wilki i kruki.

– Tam do kata – wyszeptał naraz Dmytro, a jego ogorzała twarz pobladła.

– Co?

Ojciec wyciągnął rękę.

– Patrz.

Niebo było bezchmurne, a nad lesistymi wzniesieniami ścieliły się płasko mgły, zapowiedź pięknej pogody. Ołeksij zmrużył oczy. Coś się poruszało niżej, ponad doliną – słabo widoczny kształt na tle łąk, ni to kłąb dymu, ni nie wiedzieć co. Szybowało ociężale z wiatrem, oddalając się od nich.

Postać. Szara, półprzejrzysta, odziana jakby w powiewające strzępy szmat. Zdawało się, że sfruwając niżej ciemnieje, nabiera materialności. Teraz Ołeksij widział zarysy kościstych kończyn, trzepoczące łachmany czy bandaże. Wezbrała w nim mdląca zgroza, ścisnęła za gardło mimo świadomości, że wiatr – dzięki Bogu! – wieje w drugą stronę.

– Czy to…?

– Tak. – Dmytro przeżegnał się śpiesznie raz i drugi. – Morowica.

Patrzyli wstrzymując oddech, jak złowrogie widmo frunie na zachód, w stronę widocznych w oddali zabudowań Limnej. Potem zawrócili, by czym prędzej zejść z widoku.