2019-04-13

Biesiada w królestwie sylfów


Nie mam dziś głowy do kombinowania nad wpisem, więc zamiast tego dzielę się fragmencikiem tekstu świeżo zdjętym z warsztatu.


"Zastanawiając się później, gdzie i kiedy zrobiła fałszywy krok, Irill doszła do wniosku, że stało się to jeszcze na przyjęciu.

Lenaard Narimallen, półkrwi sylf, poeta i śpiewak będący w łaskach u królowej Feanmuile, z pompą świętował swoje dwusetne urodziny. Irill była przyzwyczajona do przepychu – spędziła cztery lata na dworze króla Talme – ale w Etherei, latającej stolicy powietrznego królestwa, splendor przybierał inne formy niż w świecie ludzi. Sylfy gustowały w tym, co rzadkie i niezwykłe.

Rozwieszone pod sklepieniem złote sieci pełne uwięzionych błędnych ogników. Majolikowe donice z krzewami błękitnych róż, których pędy pięły się wzdłuż marmurowych kolumn. Mosiężne kadzielnice w kształcie pokracznych gnomów i wznoszący się z nich dym najdroższych kadzideł, jak żywica słonecznego krzewu czy korzeń lilii drasedyjskiej. Rzeźby z cukru naśladujące wybryki natury: dwugłowe konie, dzieci zrośnięte tułowiami, hybrydy gadzio-ssacze i ssaczo-ptasie. Jednak najdziwniejsza ze wszystkiego była występująca w sali biesiadnej grupka garbatych tancerzy. Odziani w fioletowe stroje z pomponami pląsali niezgrabnie, lecz rytmicznie przy akompaniamencie bębna, w który walił człowiek tak gruby, że przypominał bezkształtną górę ciasta wbitą w kolorowe szaty. Irill zawsze się dziwiła, czemu sylfy przy całym swoim zamiłowaniu do słońca, kwiatów i sztuki za atrakcyjne uważają rzeczy, które ludzi przyprawiłyby raczej o dreszcz wstrętu. Miała skojarzenia z motylami, które obsiadają nawóz i padlinę.

Narimallen zgromadził wokół siebie krąg artystów, aspirujących artystów, zamożnych snobów i próżniaków oraz niebogatych pochlebców liczących na protekcję. Spora część tego towarzystwa wyżej od poezji ceniła sobie haszysz i wino zaprawione halucynogenną esencją utalhixtal. Przede wszystkim jednak przez otoczenie Narimallena przewijało się wielu ludzi, czego nie można było powiedzieć o dworze królowej Feanmuile, gdzie wszystkie ważne, mniej ważne i nawet całkiem nieważne stanowiska piastowały sylfy czystej krwi. Jako półsylf, Narimallen był pozytywniej nastawiony do śmiertelników niż rodacy jego matki, nawet jeśli na kochanki wybierał wyłącznie sylfidy.

Kiedy Irill przed dwoma laty przybyła do Etherei, mogła polegać wyłącznie na swojej urodzie i fałszywym nazwisku camarryjskiej szlachcianki, które tutaj niewiele znaczyło. Przez krótki czas była metresą ambasadora salamander, potem związała się z człowiekiem, kompozytorem Melannim, a gdy zmarł – zdaniem medyków na serce – pozostała w kręgu Narimallena, gdzie zdążyła nawiązać kilka przydatnych znajomości. Wynajmowała apartament na piątym poziomie latającej wyspy, miała suknie i klejnoty, pokojówkę, kucharkę i własną skrzydlatą lektykę. Nikt nie dociekał, skąd brała pieniądze.

Chętnie pojawiała się na przyjęciach i balach, nie budziła jednak zainteresowania prominentów i z rozmysłem do tego nie dążyła. Zwykle kręciło się wokół niej paru mało znaczących adoratorów oraz znudzona sylfia młodzież, lecz dziś uwaga wszystkich skupiała się na Narimallenie i jego nowej muzie, zielonoskrzydłej śpiewaczce Dindelis w sukni ozdobionej perłami i strusimi piórami. Solenizant, odziany w brokatową szatę, w różanym wieńcu na głowie, właśnie polecił tancerzom zakończyć występ i teraz deklamował swój najnowszy poemat, podczas gdy wokół w najlepsze trwała biesiada, słudzy roznosili nektar i rozcieńczone wino."

Co byście wypili i zjedli na takim przyjęciu?



2019-04-06

Www, czyli więcej wiosennych wieści


Dzieje się. Oj, dzieje! Horda hardo maszeruje na podbój świata, zagarniając kolejne przyczółki ;) a ja tymczasem cichutko rozpoczęłam pracę nad następną książką. Mam nadzieję, że już niedługo będę mogła zaprezentować światu okładkę do "Śpiewu potępionych". Póki co prezentuję jedynie garść doniesień z różnych frontów, nie tylko hordowych.


1. Niedawno króciutką recenzję antologii "Harda Horda" zamieścił Newsweek (tak, ukazała się w papierowej edycji, i tak, my też jesteśmy pod wrażeniem!) Co więcej, online w internetowej edycji tego periodyku prędzej czy później powinien ukazać się artykuł o Hordzie pisany na podstawie bardzo długiego wywiadu, którego udzieliłyśmy we czwórkę w składzie: Aneta Jadowska, Ola Janusz, Martyna Raduchowska i niżej podpisana. 

2. Na YouTube możecie posłuchać wersji audio mojego opowiadania Pod skórą z darmowej antologii ebookowej "Fantazmaty. Tom 1". Czyta Amelia Borowiak.





3. Pogłoski o śmierci działu literackiego Esensji były na szczęście przesadzone! Żyjemy i publikujemy, może niezbyt często, ale regularnie. Polecam Waszej uwadze trzy opowiadania, które ukazały się w serwisie od początku marca:

Paulina Łoś, Pies Magika

Maja padła ofiarą niezbyt kompetentnego miejskiego czarodzieja miewającego ataki gniewu, w czasie których przemienia ludzi w zwierzęta.

Łukasz Śmigiel, Człowiek, który szedł na solo

Odległa, pustynna planeta i samotny desperat z nietypową misją. Horror SF z dźwiękami jazzu w tle.

Adrianna Filimonowicz, Demony Witkacego

W Zakopanem, w cieniu gór czai się groza rodem z psychodelicznych obrazów szalonego artysty.


4. Na koniec informacja dla osób z Lublina: w nadchodzącym tygodniu rusza kolejny cykl warsztatów literackich w siedzibie stowarzyszenia "Cytadela Syriusza" na Kalinowszczyźnie. W tym semestrze będziemy dla odmiany spotykać się w CZWARTKI, a nie w poniedziałki, jak to dotąd bywało.

Terminy spotkań w semestrze letnim 2019:

11 kwietnia
25 kwietnia
23 maja
30 maja
6 czerwca
13 czerwca


Godzina: tradycyjnie 18:00-20:00, miejsce: LSF "Cytadela Syriusza", ul. Lwowska 12.

Jeśli znacie kogoś, kto mógłby być zainteresowany, koniecznie przekażcie mu/jej info!

2019-04-01

Kwietniowo i (trochę) różowo


Wiosna! U was też? Byłam wczoraj na długim niedzielnym spacerze w polach, widziałam fiołki, biedronki i krzewy obsypane młodymi listkami. W sobotę natomiast trafił mi się króciutki wyjazd w celach medialno-marketingowo-networkingowych i mam nadzieję, że za jakiś czas będę mogła się podzielić linkiem do czegoś, co dopiero powstaje.

Tymczasem media zrobiły trochę szumu wokół hardej antologii, na portalu Lubimy Czytać sypnęło opiniami, a zaprzyjaźnione portale i blogi publikują recenzje. Pozwalam sobie zalinkować trzy, które uważam za szczególnie ciekawe.



Recenzja na blogu "Dowolnik"


Melduję też z radością, że prace redakcyjne nad czwartym tomem "Teatru węży" dobiegły końca i już tylko od wydawcy zależy, kiedy oficjalnie ogłosi datę premiery.

Na koniec jeszcze newsik z ostatniej chwili. Będąc fanką „Dożywocia” i „Siły niższej” Marty Kisiel, w przypływie wiosennego szaleństwa postanowiłam popełnić crossoverowe opowiadanie, w którym pewien dobrze Wam znany bohater trafia pod dach Konrada, Turu et consortes. Będą macki, bamboszki w węże, Wehrmacht degustujący herbatę z rumem, Turu dzielący się pasją do muzyki metalowej i niefortunne konsekwencje króliczego łakomstwa. Zastanawiam się tylko, czy lepiej brzmiałby tytuł „Różowe i czarne”, czy „Czarne i różowe”.

Poniżej króciutki fragment.

„Ignorując dobiegające z kuchni odgłosy żywiołowej dyskusji, a w szczególności dramatyczne okrzyki Konrada, Rudolf Valentino pokicała do pokoju gościnnego, gnana właściwym sobie przemożnym pragnieniem czynienia Zła.

Obwąchała leżący na kanapie czarny płaszcz, ale nie był wystarczająco nowy ani elegancki, żeby wzbudzić jej zainteresowanie. Znacznie ciekawsza okazała się niedopięta klapa sfatygowanej zamszowej torby.

Paciorkowate, wredne oczka rozbłysły jak choinkowe lampki. Chwilę później z torby wystawał już tylko rozedrgany różowy ogonek.

Zwinięta w kłębek na czarnym płaszczu Zmora otworzyła jedno oko, słysząc niepokojący szelest szatkowanych ząbkami zwojów pergaminu.”


2019-03-22

Czy androidy marzą o galaretce z jeżynami?




Dziś wyjątkowo mam dla was wpis gościnny przecudnej urody! Zaczęło się od tego, że ogłosiłam na Facebooku, na swoim fanpage'u konkurs, w którym nagrodą był egzemplarz hardej antologii. Pytanie konkursowe brzmiało: gdyby dowolna książka z dorobku którejkolwiek z autorek należących do Hardej Hordy była potrawą, to jaką i dlaczego?

Aleksandra Klęczar z bloga Terrae Ignotae (na co dzień specjalistka od starożytności, adiunkt na UJ) podjęła wyzwanie i zaproponowała fantastyczną gamę dżemów inspirowanych twórczością tych autorek Hordy, których książki zna. Oddaję jej głos!

"Otóż, gdybym do swojej domowej serii fanowskich dżemów miała dodać te inspirowane książkami Hordy, to mogłabym na przykład zdecydować się na - o, takie.


Agnieszka Hałas, cykl o Krzyczącym. To się prosi o coś ciemnego, mocnego, o wyrazistym, niezbyt słodkim smaku, złamanego goryczą i z dodatkiem odrobiny ognia. A więc: powoli smażone powidła z polskich ciemnych winogron, bez dodatku cukru. Bez obaw, one mają na tyle dobra w sobie, że smak nie będzie tylko cierpki, ale – cóż, będzie tą cierpkością złamany. Do smażenia dodałabym czekoladową papryczkę chili, bo tu trzeba trochę ognia, liść laurowy (dla skomplikowania i pogłębienia smaku, dodania nutki goryczy i dlatego, że to jedna z najbardziej akceptowalnych roślin ze śladami działania halucynogennego, jakie mamy do dyspozycji – a inne tu nie za bardzo pasują). Do tego, już na koniec, po usmażeniu – solidny chlust grappy. W słoikach będą one czarne, o solidnej konsystencji i wyraźnym smaku, w którym nieoczekiwanie odkryjemy zaskakującą, nieoczywistą słodycz.

Martyna Raduchowska, „Łzy Mai”. Techno, łzy, chłód, smutek, siła – to by były moje odniesienia. Tu bym pokomplikowała. Zaczęłabym od zaparzenia herbatki z niebieskiego groszku Clitoria ternatea: nie chcę dodawać sztucznych barwników spożywczych, a ten delikatny napar da mi wyraźnie niebieską bazę. Do parzenia dodałabym suszonych skórek z jabłek (dla smaku) i grejpfrutów (bo dodadzą trochę goryczy, tu chyba niezbędnej). Osłodziłabym to białym cukrem (żeby nie zmieniać koloru). Teraz główne wyzwanie: łzy. Sól. Sól się średnio dżemowo kojarzy, ale odrobina drobno posiekanej, kiszonej, słonej skórki cytrusowej powinna tu zdziałać cuda (acz uwaga, nie robiłam, ergo nie wiem, czy nie jest dostatecznie kwaśna, żeby mi zabarwić herbatkę na różowo). Teraz do środka wkładam kilka całych, dużych czarnych jeżyn, dokładam pektynę i powoli zagotowuję. Jeżeli jeżyny będą średnio dojrzałe, nie powinny się rozpaść: dostaniemy przejrzystą, futurystyczną niebieską dżemogalaretkę z zawieszonymi w niej czarnymi owocami. Morwy by chyba były jeszcze lepsze, hmm.

Aleksandra Janusz, cykl o Bretanii. Tu moje kulinarne skojarzenia determinują quasi-francuskie nazwy z jednej, a charakter postaci – z drugiej strony. Bretania, więc jabłka i wino. Udusiłabym jabłka w białym winie, odparowując alkohol i przyprawiając kilkoma listkami i kwiatami świeżej macierzanki (jak tymianek, ale bardziej kwiatowa). Ta baza jabłkowa jest dość blada w smaku (takie robiłam), więc dodałabym do niej uprażone płatki migdałowe i trochę wypestkowanych ciemnych, kwaśnych wiśni (cześć, Amandine Cerise!) i dusiła powoli na małym ogniu, aż zgęstnieje i się zdżemuje.

Anna Hrycyszyn, "Zatopić Niezatapialną”. Rzeka i piratki, hmm. I polityka, i rebelia. Galaretka z nie najostrzejszych papryczek chili, z dodatkiem dojrzałych gruszek. Słodkie, ostre, łzy się mogą człowiekowi w oku zakręcić. Żeby uszanować skojarzenia z piratami – dodałabym łyżkę białego rumu!

Anna Kańtoch, „Łaska” i „Wiara”. Przez peerelowskie skojarzenia zrobiłabym coś typowego dla kulinariów tamtych czasów. Sięgnę do „Nowej kuchni śląskiej” z 1987 i przerobię tamtejszą kryzysową marmoladę z dyni i jarzębiny: przesmażę owoce powoli w piekarniku, podlewając je jednak nie wodą z kwaskiem cytrynowym, jak proponuje oryginał, tylko sokiem z pomarańczy.

Aneta Jadowska, cykl o Dorze. Toruńsko, ostro, pikantnie i trochę ryzykownie. Dora jest wiedźmą, więc może zacząć od czegoś magicznie znaczącego? A nie będącego trucizną przy okazji? O, wiem: czarny bez. Owoce czarnego bzu z przyprawą do piernika i solidnym kopem w postaci dodatku miodu pitnego. Zaprawić pektyną i do słoika.

Marta Kisiel, „Dożywocie” itd. Będzie RÓŻOWO. A jak ma być różowo, to powinny być pieczone jabłka. Wymieszane zwykłe i rajskie, bo te ostatnie nie tylko dają dżem różowy jak domek Barbie, ale – a to przecież świetnie do tych powieści pasuje! – dodają nutkę czegoś nieoczywistego, trochę goryczy, trochę cierpkości. No to upieczemy te jabłka, przetrzemy na mus i przyprawimy dżem korzennie, czymś dobrym dla każdego: wanilia dla Licha, słony jak łzy karmel dla Szczęsnego, odrobina podnoszącej nastrój kurkumy dla Konrada i gwiazdki (anyżu, nie Michelina) dla Krakersa. I łyżka wody dla utopców.

Jak tak mogę dalej, wiecie. Do kolejnych książek Hordy (coś mu się snuje po głowie do Mileny Wójtowicz, czytanej niestety dawno temu). Albo np. herbatki ziołowe ułożyć. Może ja jednak lepiej przestanę..."


Istnieje nadzieja, że przynajmniej niektóre z opisanych dżemów prędzej czy później naprawdę powstaną i może nawet będzie można dokonać degustacji na jakimś konwencie? Bardzo zaciekawiły mnie te ciemne powidła winogronowe z grappą!



2019-03-17

Wiosennie!


Po wietrznym i zimnym przedwiośniu nadeszło ocieplenie. Wyszłam dziś na niedzielny spacer błotnistymi polnymi drogami, po raz pierwszy w lekkiej kurtce. Świeciło słońce, wiał rześki wiatr, nad szosą przefrunął samotny cytrynek. Wypatrzyłam żółcące się w zeszłorocznej trawie kwiatki podbiału i nabrałam nadziei, że już lada moment przywitamy wiosnę.

A życie toczy się cichutko swoim rytmem. Na piątkowym spotkaniu autorskim w Biblio Lublin w duecie z Anną Nieznaj opowiadałyśmy o Hardej Hordzie, o hardej antologii i kulisach jej powstawania oraz o tym, czy łatwo, czy trudno jest pisać beletrystykę (odpowiedź brzmi - TRUDNO!!!). Frekwencja była skromna, ale nie tragiczna. Prowadzący zadawał przemyślane pytania i wszystko przebiegało jak z płatka do chwili, gdy jeden ze słuchaczy niespodziewanie postanowił "ukraść show", wychodząc na środek sali i głośno deklamując balladę "Pani Twardowska"... Dokładniej wyglądało to tak: gdzieś w połowie spotkania za otwartymi drzwiami sali pojawił się starszy pan w rozpiętej kurtce. Zajrzał, pomedytował, znów zajrzał, po kolejnej chwili namysłu wszedł na salę i usiadł z tyłu. Po jakimś czasie odezwał się i zadał całkiem sensowne pytanie (czy pisanie jest łatwe), potem poinformował nas, że był kiedyś statystą w Teatrze Osterwy, chwilę rozmawialiśmy o tremie, potem pan zaczął opowiadać o Mickiewiczu i wtedy dotarło do nas, że jest lekko odklejony od rzeczywistości (klasyczny, filmowy wręcz moment wymieniania spojrzeń pt. "uh-oh"...) Ania z prowadzącym próbowali go zagadać i zagłuszyć, ale pan zagadać się nie dawał, tylko wyszedł na środek sali i zaczął recytować na cały głos, z teatralną intonacją: "Jedzą, piją, lulki palą, tańce, hulanki, swawola..." Na szczęście wycofał się w miarę grzecznie, kiedy prowadzący go uciszył.

Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, jakie dziwne rzeczy mogą się wydarzyć na spotkaniu autorskim, no to między innymi takie (a myślałam, że nic mnie już nie zdziwi, odkąd kiedyś na Pyrkonie zaczepił mnie legendarny Tadeusz Duda w wielkim kapeluszu i spontanicznie ofiarował mi tomik swojej twórczości). I nie, wbrew pozorom Ania na drugim z poniższych zdjęć nie próbuje mnie trzepnąć po głowie!




Fot. Malwina Burs


Na blogu "Na ostrzu siekiery" można przeczytać bardzo wnikliwą recenzję naszej antologii zatytułowaną "Dwanaście przekroczonych granic". Z ciekawością czekamy na kolejne recenzje i opinie czytelnicze.

Ostatnia dobra wiadomość na dzisiaj jest taka, że odesławszy zlecenie tłumaczeniowe wzięłam się intensywnie za poprawki redakcyjne do Śpiewu potępionych. Nieskromnie powiem, że jestem całkiem zadowolona z tej książki, mimo że pomysł, aby kolejną fabułę o Krzyczącym w Ciemności osadzić w tropikach, wydawał się z początku zupełnie karkołomny. Oczywiście zastanawiam się już, na razie niezobowiązująco, czego będzie dotyczyć akcja następnej powieści z tego uniwersum. Sugestie w komentarzach mile widziane!





2019-03-11

Szybki meldunek marcowy


Duszyczki czytające, jak wam mija marzec? Wiosna za pasem, wieją jakieś apokaliptyczne wichury (sezon migrenowy w pełni, poza tym dziś dostaliśmy mailem informację od administracji, że w nocy wiatr uszkodził dach naszego bloku). Kot Sammet po zastrzyku na szczęście już nie kuleje - łapka wydobrzała, ja zaś jak zwykle próbuję z różnym powodzeniem ogarnąć i pogodzić Rzeczy Do Zrobienia z kilku dziedzin. Jeszcze przed końcem lutego skończyłam tłumaczyć dwa świetne opowiadania sf dla Nowej Fantastyki - jedno autorstwa Michaela Swanwicka, drugie Lindy Nagaty. Teraz piszę opowiadanie ze świata Zmroczy (bez Krzyczącego w Ciemności) pod roboczym tytułem "Panna z warkoczem", dłubię w całkowicie nieliterackim zleceniu, a na dniach zabieram się do poprawek redakcyjnych w czwartym tomie Teatru węży.

Kilka dni temu dotarły do mnie wyczekane, upragnione egzemplarze autorskie antologii Harda Horda, więc chwalę się zdjęciami: okładka, fragment opowiadania "Jest nad zatoką dąb zielony" oraz piękna ilustracja Agnieszki Jednakiej - bardzo mnie wzruszyła, bo idealnie pasuje do tekstu.

O samym opowiadaniu pokrótce opowiadałam już na Facebooku, ale powtórzę i tutaj: chyba jeszcze nigdy nie popełniłam tekstu o tak trudnej do zdefiniowania przynależności gatunkowej. Zasadniczo jest to SF bliskiego zasięgu, przy czym jeden z wątków rozgrywa się w moim ukochanym Heidelbergu. Bezpośredniej inspiracji dostarczyli Rosjanie zatrudnieni w Deutsches Krebsforschungszentrum, gdzie pisałam doktorat i gdzie pracowałam na jednej sali z koleżanką rosyjskiego pochodzenia, a także moje spacery w okolice szpitala uniwersyteckiego i do ukrytych w lesie ruin amfiteatru, w którym kiedyś przemawiał Goebbels. Od dawna "chodził" też za mną pomysł, żeby literacko wykorzystać jedną z największych zbiorowych traum II wojny światowej - oblężenie Leningradu, a konkretnie straszliwą zimę na przełomie lat 1941/42. Oba wątki, historyczny i futurystyczny, spaja poemat Puszkina "Rusłan i Ludmiła".











Na koniec jeszcze przypominam cichutko na użytek czytelników z Lublina i okolic, że w najbliższy piątek wraz z Anną Nieznaj zamierzamy hardo reprezentować Hardą Hordę na wspólnym spotkaniu autorskim. Będziemy opowiadać o antologii, o polskiej fantastyce, trudnym losie artysty i innych takich.

Czas: 15 marca o 17:00 
Miejsce: biblioteka multimedialna Biblio Lublin (ul. Szaserów 13).

Do zobaczenia!







2019-03-08

Inne oblicza kobiecości





Dziś Dzień Kobiet ORAZ oficjalna premiera antologii „Harda Horda” (SQN już wysyła zamówione egzemplarze, do niektórych księgarń książka jeszcze nie dotarła, to zależy od konkretnego sklepu – w niektórych będzie dostępna od 13 marca). Ponieważ materiały reklamowe na temat naszego wspólnego dzieła zawierają zdania w rodzaju „Od kobiet dla kobiet. Ale nie tylko”, chcę się podzielić garścią refleksji na temat „zawartości cukru w cukrze” czyli tego, jak dalece ta antologia jest kobieca, czy w ogóle jest kobieca i co to właściwie znaczy.

Rynek książki jest podzielony na sektory, ze względów marketingowych wydawcy starają się każdą książkę przypisać do określonej kategorii. Utarło się, że pojęcie „literatura kobieca” odnosi się do literatury obyczajowej o kobietach, kierowanej do kobiet. Wśród krytyków toczą się boje o to, jak dokładnie zdefiniować ten termin, ale jeśli pójść drogą skojarzeń, 90% czytelników pewnie w pierwszej kolejności wymieni romanse (konwencja bardzo szeroka, od romansów historycznych o przystojnych Szkotach po fabuły dziejące się współcześnie) oraz „chick lit”, czyli historie o perypetiach rodzinnych i zawodowych głównej bohaterki, zwykle lekkie i optymistyczne, często z elementami satyry społecznej („Pamiętnik Bridget Jones”).

Jesteśmy z innej bajki. Z bardzo innej bajki. Cała dwunastka autorek Hardej Hordy wyrosła i ukształtowała się na gruncie fantastyki, nawet jeśli niektóre z nas czynią wypady w stronę innych konwencji, jak kryminał (Anna Kańtoch, Aneta Jadowska, Magdalena Kubasiewicz) czy literatura obyczajowa (Aleksandra Zielińska, Magdalena Kubasiewicz). Każda z nas, kiedy chce, potrafi pisać głosem neutralnym – w taki sposób, żeby po usunięciu nazwiska autorki ze strony tytułowej nie można było się domyślić, czy tekst wyszedł spod klawiatury mężczyzny, czy kobiety. Potrafimy, ale tym razem świadomie poszłyśmy w odwrotną stronę. Nasza antologia jest kobieca, nawet bardzo – tyle że w inny sposób, niż mogą podpowiadać pierwsze skojarzenia.

Sięgnęłyśmy po najróżniejsze sztafaże – fantasy, urban fantasy, XIX wiek, współczesna Polska, SF bliskiego i dalekiego zasięgu – osadzając w nich bohaterki w różnym wieku, o różnym statusie społecznym. Przemawiamy głosem staruszek, głosem matek, nastolatek i małych dziewczynek. Kobiecość, o której piszemy, to relacja siostry z bratem, córki z matką, babki z wnukiem (ha, jest nawet samotna właścicielka kota, która musi przetrwać w mieście opanowanym przez zombie); dramat matki ciężko chorego dziecka i matki, której dziecko nie żyje. Nihil novi sub sole, podążamy dobrze wydeptanymi śladami Ursuli Le Guin i Margaret Atwood, a mimo wszystko odnoszę wrażenie, że o tak pojmowanej kobiecości niewiele się mówi i rzadko dyskutuje. I owszem, nasz głos oraz sposób widzenia świata są odrobinę inne w porównaniu z tym, jak piszą nasi koledzy, bo nawet dysponując równouprawnieniem nadal żyjemy w minimalnie innym świecie, innej „niszy ekologicznej” niż otaczający nas mężczyźni (nie chcę tu wchodzić w dyskusję, czy decydujące są różnice biologiczne, czy jednak socjalizacja).


Chwalebnie pozostawiliśmy za sobą czasy, kiedy w fantastyce kobiety służyły głównie do tego, żeby nadać kierunek działaniom głównego bohatera (słynne ratowanie księżniczek z opresji). Dziś dla odmiany popkultura notorycznie wpycha bohaterki w schemat „ładna kobieta jest też silną, niezależną kobietą i efektownie walczy” (Lara Croft, Czarna Wdowa, Wonder Woman, Mystique, Rey – ogólnie super, ale każdy schemat powtórzony n razy zaczyna irytować). O tym, jak mainstream pojmuje termin „literatura kobieca”, pisałam już wyżej. My, Horda o dwunastu głowach, pokazujemy dwanaście wariantów czegoś zupełnie innego i może nawet uda nam się wylansować modę na nowy  czy też nienowy, ale dotąd niedefiniowany jako odrębny  trend literacki. (Wpisuje się w niego również wydana niedawno Fenixa, inicjatywa nie-Hordowa, aczkolwiek zrealizowana przy udziale trzech członkiń Hordy.)

Z wielką niecierpliwością czekam na recenzje naszego zbioru!

(Na zdjęciu: bohaterka filmu "Czarna Wdowa" grana przez Scarlett Johanson.)