Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

2017-04-22

Zimna wiosna



Mało oryginalnie powiem – zimno jest! W Lublinie co prawda nie mieliśmy śniegu na Wielkanoc, ale niewiele brakowało. Znajoma trafnie podsumowała aktualną pogodę „chińska podróba wiosny, i to z tych tańszych”. W ogrodzie oraz na osiedlu ładnie widać, które rośliny potrzebują jakich temperatur minimalnych, żeby wypuścić liście i kwitnąć: sumaki octowce (jeśli ktoś nie kojarzy – to te niezbyt wysokie drzewka z karminowymi kwiatostanami w kształcie grubego stożka oraz pierzastymi liśćmi, które jesienią przybierają piękne kolory) nadal straszą bezlistnymi gałęziami, a ozdobne paprocie dopiero wystawiają nad ziemię pierwsze spiralnie skręcone pędy.

Na swoim prywatnym podwórku mam znowu pewną życiową zagwozdkę decyzyjną, chodzę i się gryzę – tak już widać musi być. Mój humor ratuje głównie „Wesele Figara” z YouTube, wersja, w której rolę Figara śpiewa Włoch Ildebrando D’Arcangelo (przystojny śpiewak operowy to zawsze dodatkowy plus - taki Bryn Terfel pięknie śpiewa, ale wygląda... specyficznie), w rolę Zuzanny wcieliła się Niemka Diana Damrau, a cała obsada ładnie gra i ładnie wygląda na scenie. Wnętrza i kostiumy są stylizowane na XVIII wiek, ale mi się kojarzą z moim „Teatrem węży”. Słucham sobie tego na słuchawkach z telefonu i co jakiś czas zerkam na ekran. Nieustająco mnie bawi, że słynna aria Figara "Non più andrai" z tej opery to naśmiewanie się z XVIII-wiecznego odpowiednika naszego "chłopaczka w rurkach" w duchu "pójdziesz do wojska, tam ci dadzą w kość i zrobią z ciebie mężczyznę"[1]. Straszny złowrogi gender też jest, bo w jednej ze scen hrabina i jej pokojówka próbują rzeczonego młodego pazia przebrać za dziewczynę i umalować. Wszystko na czasie!




Gdyby ktoś chciał w pigułce zobaczyć, czemu lubię tę operę, niech sobie przewinie do 1:16:26, do fragmentu "Esci omai, garzon malnato". 
Hrabia wściekł się, bo sądzi, że w zamkniętej na klucz garderobie hrabiny znajdzie jej kochanka (wspomnianego wyżej pazia Cherubino). Paź rzeczywiście siedział w garderobie (pokojówka już zdążyła go wypuścić bez wiedzy hrabiny i zamienić się z nim miejscami), ale hrabina nie jest niewierną żoną, cała sytuacja wynikła wskutek pewnej intrygi, jak to w komediach romantycznych. Hrabina najpierw próbowała wmówić mężowi, że w garderobie jest pokojówka Zuzanna, która mierzy swoją suknię ślubną, ale w końcu złamała się i wyznała, że ukrywa się tam paź. Po dłuższej awanturze z groźbami karalnymi ("jak dorwę drania, to zabiję!") hrabia otwiera garderobę i znajduje w środku... Zuzannę w sukni ślubnej (1:19:35). Zuzanna dyga bezczelnie i stwierdza "Panie, skąd to zdumienie? Proszę, weźcie szpadę i zabijcie pazia, tego podle urodzonego pazia - stoi przed wami."

***

Na koniec jeszcze przypomnę, że został niecały tydzień na wysłanie swoich kandydatur na nominacje do Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza Zajdla dla powieści z szeroko pojętej literatury fantastycznej. Na liście powieści wydanych w ubiegłym roku są m.in. książki zaprzyjaźnionych autorek – Marty Kisiel, Aleksandry Janusz i Anety Jadowskiej, a także świetna powieść Radosława Raka Puste niebo. 


[1] Dla niedomyślnych: bawi mnie to, że od skomponowania opery minęły ponad dwa wieki, nastąpiła rewolucja przemysłowa, technologiczna i informatyczna, pozmieniały się obyczaje, moda, a ten konkretny żart się nie zdezaktualizował...



2017-02-04

Jedna piosenka, dwa zespoły, garść refleksji


Jest sobie kultowa piosenka Stana Ridgwaya "Camouflage" z 1986 roku, opisująca fikcyjny epizod z wojny w Wietnamie. Po raz pierwszy usłyszałam ją z kasety, na którą mój kolega dwadzieścia czy więcej lat temu nagrywał piosenki z radia. Ma świetny tekst i pointę - kto zna, ten kojarzy. Dla niezorientowanych (są tacy?) - to historia młodego żołnierza amerykańskiego, który wyruszył na nocny zwiad, w dżungli natknął się na wrogów, zacięła mu się broń i już wydawało się, że zginie marnie, ale uratował go potężnie zbudowany gość z piechoty morskiej o ksywce Camouflage. Kiedy nazajutrz rano narrator szczęśliwie wrócił do bazy i opowiedział o swojej przygodzie, wszyscy zbledli, a sanitariusz zaprowadził go do namiotu i pokazał zwłoki żołnierza zwanego Camouflage, który od tygodnia leżał w lazarecie i zmarł poprzedniego wieczoru (a przed śmiercią powiedział, że jedyne, o czym zawsze marzył, to uratować młodszego kolegę z tarapatów).

Urok oryginalnej wersji tego utworu tkwi w sposobie zestawienia śpiewu z melodią. Akompaniament jest dość minimalistyczny, dominuje wyrazisty, a jednocześnie delikatny głos Ridgwaya, podkreślając strach, osamotnienie, mętlik w głowie, wszystkie emocje, jakie musiały towarzyszyć narratorowi tamtej dziwnej nocy. Każe myśleć o losie tych tysięcy chłopaków, którym dano karabiny i posłano ich do dżungli, żeby walczyli za cudzą sprawę. Kto ciekaw, może posłuchać (i popatrzeć na młodego Ridgwaya, który ma jakąś taką... pacyfistyczną aurę, trochę w stylu Boba Dylana, wpisującą się w klimat).




A czemu o tym piszę?... Otóż zespół Sabaton nagrał wyjątkowo okropny cover piosenki Ridgwaya i tak mnie ten fakt ubawił, że aż musiałam się podzielić komentarzem. Sabaton zabrał się do sprawy z całą subtelnością, na jaką stać szwedzką bandę twardzieli w bojówkach, i przerobił "Camouflage" na utwór wyrykiwany i grany ostro, z łomotem perkusji. 




Trochę się podśmiewam, a trochę biję dłonią w czoło. Bardzo lubię ochrypły baryton Joakima Brodéna, Sabaton znajduje się całkiem wysoko na liście moich ulubionych zespołów (byliby wyżej, gdyby nie grali ciągle na przysłowiowe jedno kopyto), ale tu efekt jest taki, jakby do zupy mlecznej włożyć pieczonego kurczaka. No nie pasuje nijak. To, co mnie tak irytuje, to chyba wprowadzenie aury macho tam, gdzie w oryginale jej nie było (w ogóle Stan Ridgway ze swoim sposobem śpiewania i aparycją jest dokładną odwrotnością Brodéna et consortes).

Za to w komentarzach do Sabatonowego coveru "Camouflage" jakiś użytkownik zamieścił niemal identyczną "ghost story" z czasu II wojny światowej:

Brytyjczycy zaminowali fragment pustyni w pobliżu El Alamein, ale zanim zdążyli oznakować drogę umożliwiającą bezpieczny przejazd, zaczął ich ostrzeliwać wróg. Potem ku swemu przerażeniu zobaczyli, że na pole minowe wjeżdża brytyjska ciężarówka. Wstrzymali oddech spodziewając się, że zaraz wyleci w powietrze, ale ciężarówka zaczęła skręcać w lewo i w prawo, omijając miny. Kiedy dojechała do nich, zapytali kierowcę, skąd wiedział, którędy można bezpiecznie przejechać. "Nie wiedziałem" - odparł - "młody porucznik pokazał mi drogę." Ale kiedy wszyscy się odwrócili, okazało się, że w ciężarówce nie ma żadnego porucznika. Wtedy sanitariusz zaprowadził kierowcę do namiotu medycznego i pokazał zwłoki porucznika, który nie żył od kilku dni, a kierowca zbladł i potwierdził, że tak, to był właśnie TEN porucznik...