Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

2023-04-09

Wesołych Świąt Wielkanocnych!



Kochani! Z małym opóźnieniem - miłych, spokojnych Świąt Wielkanocnych! A jeśli chwilowo macie już dosyć (ucztowania, zmywania talerzy, interakcji międzyludzkich, whatever), niech Wam poprawi humor ten oto żółty stwór przemieszczający się rydwanem zaprzężonym w drugiego stwora!




Co u mnie słychać? W telegraficznym skrócie: generalnie jest tak, jak przez ostatnie dziewięć lat, czyli mam (za) dużo na głowie i z niczym nie nadążam. Trochę spraw i deadline'ów (w tym jedna spora korekta autorska) skumulowało mi się akurat w okresie okołoświątecznym, a ponieważ na własną zgubę postanowiłam również posprzątać oraz naszykować trochę jedzenia, jutro będę pewnie płakać i kląć nad tymi nieszczęsnymi plikami. Zaniosłam na rodzinne śniadanie wielkanocne domowy chleb z ziołami, przepyszny żur z ziemniakami i kiełbasą - taki gęsty, że łyżka w nim grzęzła, sałatkę jarzynową w wersji nieco odchudzonej (bez jajek na twardo i majonezu) i proste, ale fajne ciasto na jogurcie, a z korektą jestem na razie totalnie w lesie, ALE!! W Wielki Piątek rzutem na taśmę skończyłam pisać opowiadanie do pewnej antologii, która NIE będzie antologią Hardej Hordy! Trochę się śpieszyłam i wyszło coś zupełnie innego niż zazwyczaj piszę - SF bliskiego zasięgu, może mądre, może głupie, nie potrafię tego ocenić tak na gorąco. Na tę chwilę ma 50 tys. znaków, musi się odleżeć i będzie poprawiane.


2022-04-18

Wielkanocny królik pocieszenia (sama nie wiem, czy obok życzeń, czy zamiast)


W tym roku prawie dojrzałam do rewolucyjnej decyzji, żeby zarzucić składanie życzeń z okazji świąt, których nie świętuję i w sumie neguję ich sens (jestem agnostykiem, więc nie celebruję aspektu religijnego, argument "bo waga tradycji" też nie całkiem mnie przekonuje - zawsze uważałam, że tradycje to wdzięczny obiekt badań dla socjologów, antropologów i etnografów, a niekoniecznie coś, co faktycznie warto kultywować ręką własną). Ale każda okazja jest dobra, żeby życzyć sobie i otoczeniu, żeby wiosna 2022 wypadła w praktyce lepiej niż się zapowiada. Już mniejsza o pogodę (chociaż w Lublinie temperatura na dworze od trzech dni oscyluje w okolicach 7 stopni Celsjusza - tyle samo jest w mojej lodówce...), ale bardzo bym chciała przed końcem kwietnia przeczytać jakieś lepsze wieści ze świata. Na przykład żeby rosyjska gospodarka i rosyjski budżet wojenny podzieliły co rychlej los krążownika "Moskwa". Nie jestem optymistką w tej kwestii, ale hej, pomarzyć zawsze można.

Wielkanocny królik pocieszenia (zdjęcie ukradzione z internetów, a dokładniej stąd) dedykowany jest wszystkim, którzy - jak ja - nie zdążyli przez ostatnie dwa dni uczciwie odpocząć, ale nie mieli też siły nadganiać zaległej roboty, więc zaległości tylko się nawarstwiły, facepalm... Raczej nie dam rady naszykować corocznego wpisu o jakimś obrazie powiązanym z Wielkanocą, bo nawet nie zgrałam jeszcze zdjęć z dwóch wyjazdów, które udało mi się zaliczyć w ciągu ostatniego miesiąca. Moje życie to jedno wielkie #nieogarniam i stado tłustych Zaległosiów jak na jednym z obrazków nieocenionej Chaty Wuja Freda. Jeśli uda mi się przynajmniej napisać na dniach opowiadanie, które powinnam była oddać wczoraj, i uporać się z korespondencją, której nie zdążyłam ogarnąć przed świętami (a mogłam sobie darować piątkowo-sobotni fitness ze szmatą, miauż jak ten wąż z Raju podszeptywał szatańsko, żeby odpuścić i pokochać egzystencję w bałaganie), to w nagrodę spróbuję tu wrzucić minirelację z Euroconu w Luksemburgu. Tak, w drugim tygodniu kwietnia wywiało mnie aż tam!




2022-04-02

Kto się boi czarnego mola?

 

Przez ciągłe funkcjonowanie w niedoczasie nie zdążyłam w tym roku wymyślić primaaprilisowego wpisu blogowego. Na moje usprawiedliwienie - i tak nie przebiłabym psikusa, jakiego spłatała nam pogoda (nie wiem jak u Was, ale w Lublinie od wczorajszego ranka bez przerwy sypie śnieg, wszędzie jest biało, nic tylko lepić bałwany). Cóż, tymczasem zrobił się 2 kwietnia, na pomysłowe fejki już za późno (acz widziałam wczoraj kilka świetnych - najbardziej spodobała mi się informacja, że amerykański łazik Perseverance zderzył się na Marsie z chińskim łazikiem, co pociągnęło za sobą konsekwencje na szczeblu dyplomatycznym), więc tylko podzielę się z Wami czymś na rozweselenie, bo ten kwietniowy atak zimy załamał nawet moje koty.

Bardzo lubię w internetowym życiu towarzyskim takie sytuacje, gdzie jeden wpis (dawno temu na listach dyskusyjnych, później na forach, teraz na Facebooku) pociąga za sobą kaskadę spontanicznej głupawki. Ostatnio jedna znajoma, która nie przepada za owadami, wrzuciła na wallu zdjęcie wiadomości, którą zostawiła w kuchni ojcu:





W odpowiedzi posypały się komentarze, które postanowiłam spisać i podzielić się nimi z szerokim światem, bo są tego warte.

"W lodówce lata czarny mól i śmieje się, gdy dnieje. Nie zważa na rodziny ból, porzućcie więc nadzieję!"

"Czarny mól, lodówki król. Otwórzmy drzwi, sprawdźmy, czy śpi."

"I tak go zostawiłaś? Biedaczek się pewnie przeziębił..."

"Kawał o molu - ale nie tym w lodówce.
Mąż przyszedł do domu za wcześnie, kiedy kochanek jeszcze w nim był. Kochanek schował się oczywiście do szafy w sypialni, ale już zrobił się wieczór, mąż położył się spać, a kochanek w tej szafie utknął. Po północy kochanek decyduje się na wyjście, nakłada na siebie futro, żeby tłumiło dźwięki i rusza do drzwi. Ale, niestety, mąż ma czujny sen.
- A ty kto?
- Ja? Mól.
- A futro?
- Futro? W domu zjem!"

Padła też propozycja, żeby zaśpiewać na melodię "Dumki na dwa serca" z "Ogniem i mieczem":

"Mój ty molu czarnooki, czy wypiłeś mleko, soki? Mój ty molu czarnogrzbiety, gdzie podziały się kotlety? Molu z czarną twą główeczką, czy zagryzłeś paróweczką? Skąd ta czerń żałobna, molu, czy nie było alkoholu?"

Tymczasem właścicielka walla podsumowała:

"Wy się śmiejecie, a ta piekielna stwora dalej jest w lodówce, bo ojciec nie znalazł i odmówił dalszego szukania, a ja się brzydzę. Nie dotknę tej lodówki, fu! Tak wyrzucę, w całości, z mrożonkami, prądem i hibernującym molem."

*

Z innej beczki - żeby tak kompletnie nie przegapić prima aprilisu, wrzuciłam wczoraj u siebie na fanpage'u kolejną iterację sprawdzonej zabawy "macie tu trzy informacje prawdziwe i trzy fejki, zgadujcie, które są które". Podałam, że mam w dorobku jedno opowiadanie kryminalne bez grama fantastyki, i zaskakująco dużo ludzi pomyślało, że to fejk. Opowiadanie jak najbardziej istnieje, nosi tytuł "Tajemnicze zniknięcie Bernadety" i ukazało się w antologii e-bookowej "Kryminalna 13" wydanej w 2014 r. przez Oficynę Wydawniczą RW2010. Rozbawiło mnie niedowierzanie, że mogłam napisać coś niefantastycznego - a swego czasu planowałam nawet powieść kryminalną! Wprawdzie ostatecznie odłożyłam ten pomysł do szuflady, ale notatki nadal mam, więc kto wie...




2022-02-21

Wieści w drugiej połowie lutego

 

Czas biegnie, sprawy się nawarstwiają... Ewidentnie nadszedł moment, żebym po raz kolejny przemyślała taktykę prowadzenia bloga, bo nie ma nadziei, żebym w dającej się przewidzieć przyszłości znalazła energię na dłuższe wpisy (a trochę tematów się nazbierało, choćby podzielenie się wrażeniami z czytanych ostatnio książek). 

Z wieści bieżących:

- Piszę opowiadanie do kolejnego projektu realizowanego przez Hardą Hordę we współpracy z wydawnictwem SQN. Ten tekst (roboczo zatytułowany "Potwór i nić") ładnie ilustruje kręte i kapryśne ścieżki, jakimi chadza inspiracja. Bazą dla pomysłu miał być mit o Tezeuszu i minotaurze; wyjściowo chciałam na tym fundamencie osadzić opowiadanie dark fantasy z uniwersum Zmroczy, z udziałem Adriena de Vere. Miałam w notatkach szkic fabuły, ale rozwinięcie go szło mi wyjątkowo opornie, więc spróbowałam ten pomysł przełożyć na cyberpunkowe realia (turniej cybersportu w wirtualnej rzeczywistości, w grze fantasy), ale to nadal nie było "to". A potem, ponieważ czytałam akurat książkę dokumentalną "O północy w Czarnobylu" Adama Highbottoma, na podstawie której powstał słynny serial HBO z 2019 r., w mojej głowie nastąpiło gwałtowne iskrzenie neuronów (uwielbiam takie momenty nieco pijanego olśnienia twórczego na trzeźwo). Mój mózg wrzucił do generatora fabuł hasła "potwór w labiryncie" i "miasto Prypeć", dołożył realia tych tekstów Marka Huberatha, których akcja rozgrywa się w koloniach planetarnych, gdzie nastąpiło wtórne uwstecznienie cywilizacyjne ("Maika Ivanna", "Spokojne, słoneczne miejsce lęgowe", "Vatran Auraio")... i WYMYŚLIŁ. Wymyślił fabułę, która zaczęła się układać na papierze całkiem zgrabnie i bez większego oporu. Opko byłoby już gotowe, gdybym się ciut bardziej sprężyła w połowie lutego - musiałam je odłożyć na bok napisane w 80%, bo #życie. Dokończę je, kiedy tylko uda mi się znów wygospodarować dwa-trzy wolne dni.

- W niedzielę 20 marca zamierzam się pojawić na wiosennej edycji Warszawskich Targów Fantastyki. W grudniu musiałam odwołać zaplanowane tam spotkanie, bo nie zdążyłam doleczyć skręconej kostki; mam nadzieję, że tym razem żadne pechowe okoliczności nie staną na przeszkodzie, bo bardzo się już stęskniłam do ludzi i brakuje mi imprez okołofantastycznych.

- Po dwóch latach tej nieszczęsnej pandemii, teraz na początku lutego zaliczyłam w końcu bliskie spotkanie z chińskim wirusem. Bez oficjalnej diagnozy, bo zrobiliśmy z mężem zmyłę pt. "Mamy objawy przeziębieniowe, a w teście antygenowym wyszły dwie kreski? Ok, nigdzie tego nie zgłaszamy, izolujemy się w mieszkaniu i udajemy, że to nie nasz covid". Byliśmy miesiąc po trzecim szczepieniu i skończyło się zasadniczo na katarze. Miauż mój jeden dzień przeborsukował pod kocem z gorączką, po nocy gorączka mu spadła, więc usiadł do komputera i zajął się robieniem 70. (słownie: SIEDEMDZIESIĘCIU!) wzorów strukturalnych do artykułu, co mu zapewniło zajęcie na prawie cały okres izolacji. Z kolei ja heroicznie upiekłam po raz pierwszy w życiu domowy chleb na suchych drożdżach, kiedy po tygodniu tkwienia w zamknięciu zabrakło nam pieczywa. Wyszedł smaczny!

Tak czy inaczej jesteśmy już zdrowi, w niezłej formie i chyba udało nam się uniknąć jakichś przeciągających się przebojów z long covidem - bardzo nas to cieszy.

Z wiosną klują mi się różne perspektywy i plany, ale za wcześnie jeszcze, żeby o nich pisać. Na dniach będę reklamować marcowy numer "Nowej Fantastyki" - leitmotivem numeru jest tym razem fantastyka ekologiczna. 

Koty mają się dobrze, ale niestety ich rywalizacja o terytorium zaostrzyła się ostatnimi czasy - Sammet brzydko się zachowuje w stosunku do Ofelii, może dlatego, że rywalka się starzeje. Na zdjęciu walka psychologiczna o wiklinowe krzesło w salonie moich rodziców.







2022-01-06

Podsumowanie roku 2021

 

Zbierałam się od kilku dni i nie mogłam zebrać, żeby spisać tradycyjne podsumowanie minionego roku. Nie pomogły okoliczności: w weekend noworoczny, kiedy akurat dysponowałam czasem, zaszwankowała mi klawiatura w laptopie i nie mieliśmy pod ręką zewnętrznej, żeby ją podpiąć. W poniedziałek miauż kupił klawiaturę zewnętrzną, ale z kolei ja się zajęłam innymi sprawami... a potem nie wiadomo kiedy zrobiła się środa (teraz już praktycznie czwartek). Story of my life!

Teraz chwila refleksji. Od kilku lat moje podsumowania roczne wyglądały całkiem pozytywnie i optymistycznie (zawsze też jestem zaskoczona - choć przecież to logiczne - że ogólny bilans osiągnięć wypada za każdym razem dość podobnie: jeśli w danym roku więcej tłumaczyłam albo poświęciłam dużo energii na inne sprawy - jak wyjazdy czy wykańczanie mieszkania - to mniej pisałam, i vice versa). Rok 2021 był inny. Czarnym cieniem kładą się na niego dwie śmierci: w Niedzielę Wielkanocną zmarł na covid w Gdańsku mój 38-letni kuzyn, zaś 16. września odeszła moja Babcia (nie dożyła swoich dziewięćdziesiątych urodzin, które przypadałyby 1. listopada). Śmierć Babci nie miała nic wspólnego z covidem, nastąpiła wskutek długiej, przewlekłej choroby, ale pandemiczne utrudnienia w dostępie do opieki zdrowotnej niestety najprawdopodobniej też zrobiły swoje. Wiem, że wielu znajomych również straciło w tym roku bliskich bądź przyjaciół.

Cóż, życie - jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało - toczy się dalej. Niepokoją nas rosnąca inflacja, wzrost kosztów energii, prognozowana inwazja wariantu omikron oraz Polski (nie)Ład. Układamy plany na rok 2022, próbując nie popadać w pesymizm (względnie tkwimy w nim tak głęboko, że o żadnych planach nie ma mowy, ale to na szczęście nie mój przypadek) i mieć nadzieję, że nadchodzące miesiące będą mimo wszystko lepsze od minionych. A co przyniesie przyszłość? Diabli wiedzą.

Tymczasem pora wreszcie podsumować wszystko, co zdołałam zwojować w 2021. Nie na wszystkich polach udało mi się zdziałać tyle, ile planowałam, ale nie jest źle. Przynajmniej w rok 2022 wchodzę pełna energii, animuszu i determinacji.

- Jeśli chodzi o twórczość literacką, tak się dziwnie złożyło, że rok 2021 był dla mnie rokiem BEZ ŻADNEJ PUBLIKACJI, nawet jednego opowiadania... Sama jestem zaskoczona, że tak wyszło - tym bardziej, że pisarsko nie był to absolutnie martwy rok, wprost przeciwnie: napisałam osiem opowiadań, w tym sześć do zbioru "Świerszcze w soli", znanego nieoficjalnie jako "Po stronie mroku 2", który ma się ukazać w 2022 r. Opowiadanie "Dzieci rosną w bluszczu" pojawi się już wkrótce na łamach pewnej antologii, na której premierę czekam jak na szpilkach, żeby móc ją zareklamować! Szykuje się też pomalutku jedna mała niespodzianka in English (umowa z wydawnictwem Head of Zeus jest już podpisana, ale nie chcę zdradzać tajemnicy, dopóki nie pojawi się oficjalna zapowiedź). Opowiadanie "Jak morowica przybyła do Smereczki" na razie zaległo w szufladzie i czeka na projekt, do którego będzie pasowało lepiej niż do "Świerszczy...".

- Przetłumaczyłam w tym roku sześć opowiadań do "Nowej Fantastyki" (szczególnie dumna jestem z "Nahiku Zachód" Lindy Nagaty i "Heretyckich czcicieli Zatopionego Boga" Laviego Tidhara), krótką powieść "W Kalabrii" Petera S. Beagle'a, która ukaże się niedługo w serii Uczta Wyobraźni wydawnictwa MAG, oraz 6 arkuszy długaśnej powieści, nad którą muszę w końcu przysiąść, żeby ją SKOŃCZYĆ I MIEĆ Z GŁOWY (na razie zmęczyłam mniej więcej jedną czwartą...).

- Od maja mam oficjalnie swoje zdalne redaktorskie biureczko w dziale prozy zagranicznej "Nowej Fantastyki" i bardzo się z tego cieszę: trafiłam w inspirujące miejsce, robię fajne rzeczy i cenię sobie możliwość współpracy z takim współredaktorem działu jak Marceli Szpak oraz świetnymi tłumaczami zewnętrznymi.

- Udało mi się pojechać na Bachanalia Fantastyczne do Zielonej Góry i wrócić szczęśliwie bez covidu, za to z Nagrodą im. Janusza Zajdla za "Czerń nie zapomina", i mam ten wyjazd wpisany na listę najcudowniejszych wspomnień ever (jedno z TYCH wspomnień, na których można się skupić, wołając "Expecto patronum!").

- Udało nam się z miaużem pojechać w góry, co prawda tylko raz - do naszej ukochanej Piwnicznej - ale przynajmniej pogoda fantastycznie dopisała, widoki były przecudne i wykorzystaliśmy czas maksymalnie. Przewędrowaliśmy wszystkie nasze ulubione szlaki (Hala Łabowska, Eliaszówka, Makowica, Rogacze, Radziejowa...), nic to, że smażąc się w upale.

Podsumowania czytelniczego nie będzie, albowiem udało mi się ZGUBIĆ ZESZYT, w którym od dwóch lat, zainspirowana przykładem znajomych, spisywałam wszystkie przeczytane książki... Trudna rada, jak widać nie mam predyspozycji, żeby kultywować ten szlachetny zwyczaj.

Moje plany na 2022 - przede wszystkim WIĘCEJ PISAĆ (co może okazać się wyzwaniem ze względu na obciążenie przekładami - będę m.in. tłumaczyć jedną długą książkę niefantastyczną, na której mi zależało i nie potrafiłam odmówić). Na pewno do napisania/dokończenia w najbliższych miesiącach są cztery opowiadania; w tym jedno, które dostarczy kilku osobom naprawdę dużej uciechy. A potem się zobaczy... Kusi mnie powrót do uniwersum Zmroczy, kusi też (i to już od paru lat!) pewna inna, dość szalona inicjatywa. Niestety wszystko rozbija się - jak zawsze - o problem czasu. Bardzo chciałabym też pojechać w jakieś góry, mam nadzieję, że do lata moje naderwane więzadło zdąży już ładnie się zregenerować.

Na zdjęciu - moja mina, kiedy kontempluję problem "jak upchnąć WSZYSTKO w ramy 24-godzinnej doby, nie robiąc pełnego odwyku od mediów społecznościowych" (a tak naprawdę chyba po prostu było mi zimno). 



2021-12-26

Boże Narodzenie 2021

 

Boże Narodzenie 2021 wyskoczyło na mnie niemalże zza węgła. Ani się obejrzałam, kiedy trzeba było rzucić się w wir przygotowań przedświątecznych - gotować, piec, sprzątać, ubrać choinkę, zapakować prezenty - przetrwać rodzinną Wigilię, nazajutrz rozesłać znajomym lekko spóźnione życzenia i pójść na świąteczny obiad u teściów... Jestem tym wszystkim zmęczona - nawet jeśli bardziej mentalnie niż fizycznie - dlatego chwilę potrwało, zanim wykrzesałam z siebie trochę energii, żeby tradycyjnie napisać kilka słów na blogu z okazji Świąt. Dziś przez pół dnia odsypiałam, potem dałam się mężowi wywabić na spacer (niezbyt długi, bo po krótkiej odwilży w Lublinie ścisnął mróz, chodniki pokrywa lód i jest sakramencko ślisko). Z sympatycznych rzeczy widzieliśmy na polu tatę, który pomagał małemu synkowi testować samochodzik na baterie, zapewne znaleziony pod choinką. No i przyjemnie dla odmiany zobaczyć w Boże Narodzenie przynajmniej trochę śniegu zamiast pluchy.

Rodzinna Wigilia upłynęła pod znakiem kociej obecności: Ofelia przyszła do salonu i najpierw przymierzała się do wskoczenia na stół, a kiedy z ojcem daliśmy jej stanowczo do zrozumienia, że nic z tego, władowała się na kolana najpierw mojemu mężowi, a potem mnie. Dokumentnie obsierściła mi spodnie i żakiet, mruczała, tuliła się i była w siódmym niebie, a kiedy musiałam ją w końcu zgonić, żeby móc wstać, osyczała mnie... Sammecik spał natomiast smacznie piętro wyżej i nasze świętowanie kompletnie go nie interesowało, zignorował nawet rozchodzący się po domu smakowity aromat wywaru rybnego, w którym ojciec podgrzewał kawałki gotowanego karpia.



Bombki na choince - niestety nie zrobiłam w Wigilię zdjęcia kokoszącej się nakolankowo kocicy.


Tegoroczne Święta są dla mnie naznaczone głębokim smutkiem z powodu sytuacji na granicy polsko-białoruskiej (w którymś momencie przestałam mieć siłę czytać kolejne wstrząsające reportaże o ludziach umierających z zimna w Puszczy Białowieskiej, ale nadal uważam, że Straż Graniczna dokonująca pushbacków w majestacie prawa to hańba dla mojego kraju) i z niepokojem obserwuję polaryzację nastrojów, nawet w obrębie mojej małej internetowej bańki towarzyskiej, oraz dyskurs polityczny grawitujący w stronę nacjonalizmu. W ogóle przyszłość martwi mnie bardziej niż jeszcze kilka lat temu, również w kontekście rynku wydawniczego (drożejący papier, rosnące koszty druku) i wyborów zawodowych. Z pozytywów: już niedługo będę mogła się pochwalić udziałem w bardzo fajnym projekcie - opowiadanie "Dzieci rosną w bluszczu" ukaże się w niezwykłej antologii non-profit, która ujrzy światło dzienne w styczniu. Mam też konkretne plany na pierwsze miesiące roku 2022 (prawdę mówiąc, mam konkretne plany na większą część roku, ale nie wiem, czy życie ich nie zweryfikuje).

W trochę weselszym duchu mogę się jeszcze podzielić anegdotą o świątecznej wpadce kulinarnej, na szczęście nie mojej (ja się nie porywam na tak ambitne wyzwania). Moja teściowa, która uwielbia gotować oraz testować nowe skomplikowane przepisy, podpatrzyła w jakimś programie kulinarnym, jak francuski kucharz przygotowuje pieczoną polędwicę wołową w cieście: na mięsie warstwa nadzienia z mielonej piersi kurzej, śmietany i ziół, to wszystko zawinięte w naleśniki, a potem w ciasto francuskie. Zapragnęła upiec taki sam smakołyk na święta zamiast zwykłej piersi z gęsi (my, szarzy i niegodni konsumenci, uwielbiamy jej gęś, ale uznała, że ambitniej będzie podjąć się Wyzwania). Nie wiem, ile godzin spędziła męcząc się nad tym dziełem, dość, że od strony wizualnej wyszło perfekcyjnie - apetycznie przypieczone ciasto francuskie kusiło złocistą barwą, a po rozkrojeniu każdy plaster wyglądał jak wielowarstwowy preparat anatomiczny - ale samo mięso wołowe źle się upiekło, było twarde, włókniste i niedobre. Mamy podejrzenia, że produkt sprzedany na dziale mięsnym jako polędwica tak naprawdę był ligawą albo czymś podobnym... Teściowie stwierdzili, że obiorą tę nieszczęsną pieczeń z warstwy ciastowo-nadzieniowej (która wyszła całkiem smaczna) i zjedzą tę "powłokę" oddzielnie, a łykowate mięcho się posieka, zatopi w jakimś gęstym sosie i zje jako gulasz. Ja w tym roku wzbiłam się na wyżyny swoich możliwości, szykując na Wigilię barszcz, sałatkę śledziową, kapustę z grochem, kompot z suszu i dwa proste ciasta - z uszkami postanowiłam się tym razem nie bawić, bo nie starczyłoby mi czasu ani siły - i wszystko wyszło co najmniej jadalne, choć na drugi raz nie będę wrzucać świeżego imbiru do kompotu z suszonych owoców, rozczarowała mnie ta kombinacja smaków (lubię suszone śliwki i lubię imbir, ale - jak się okazało - nie w tandemie). Ojciec przyrządził śledzie i karpie oraz zamówił skądś ekskluzywne kupne uszka z grzybami i tym sposobem już kolejny raz wyszła nam uproszczona, ale tradycyjna wieczerza wigilijna. Swoją drogą na Fb widziałam na czyimś wallu ciekawy wątek o niezwykłych rodzinnych tradycjach wigilijnych z różnych części Polski - podobno są rodziny, w których jada się w Wigilię na przykład smażone pierogi z serem na słodko, pierogi ruskie albo czerwoną fasolkę ze smażoną cebulą i orzechami włoskimi.

Wszystkim tu zaglądającym składam spóźnione życzenia świąteczne - zdrowia, spokoju i nadziei! Dobrych książek i seriali, jeśli oglądacie. I energii, żeby nacieszyć się zimą, jeśli tak jak w zeszłym roku nawiedzą nas opady śniegu oraz konkretniejsze mrozy.

Nie miałam siły szukać ciekawego obrazu o tematyce bożonarodzeniowej do omówienia, na dniach postaram się wyszperać coś z motywem pokłonu Trzech Króli.



2021-12-19

Wieści przedświąteczne i trochę marudzenia w temacie skręconej kostki

 

Jakoś tak wyszło, że kolejny tydzień śmignął nie wiadomo kiedy i nagle JUŻ PRAWIE ŚWIĘTA, już trzeba myśleć o przedświątecznych porządkach, pakowaniu prezentów, ubieraniu choinki, gotowaniu jedzenia na Wigilię i jak co roku włącza mi się tryb #kiedyjatoogarnę... (Wigilię od kilku lat szykujemy z moim ojcem wespół w zespół: on śledzie, ja barszcz, on karpia w dwóch postaciach, ja kapustę z grochem, kompot z suszu i ciasta, z wyłączeniem makowca, który będzie kupny. Uszka też zamierzam sobie tym razem darować, zamiast nich zjemy do barszczu razowy chlebek i pierogi z kapustą z osiedlowej piekarni.) 

Odesławszy wydawcy ostatnie opowiadanie do zbiorku "Świerszcze w soli", weszłam w tryb bojowy nadganiania rozmaitych zaległości i autentycznie nawet nie zauważyłam, kiedy z ósmego grudnia zrobił się dziewiętnasty... Czternastego - we wtorek - wieczorem dobiegła końca akcja #HardaAukcja, czyli seria licytacji książek Hardej Hordy na rzecz Fundacji Ocalenie. Ku naszej ogromnej radości odzew był niesamowity, a kwoty bardzo konkretne, gorąco dziękujemy wszystkim licytującym!!!!! Niektórzy wpłacali nawet więcej niż zadeklarowali w licytacji (a hardy Mikołaj podorzucał im później to i owo do paczek). Finalnie udało się zebrać łącznie ok. 3100 zł!!!! Większość paczek z fantami już została nadana (niektóre nawet zdążyły dotrzeć do adresatów, w tym mój "Teatr węży"), kilka niedobitków trafi do paczkomatu jutro lub pojutrze. (Na zdjęciu poniżej - porcyjka fantów chwilę przed spakowaniem do dwóch paczek.)




Z nieco innej beczki: w sprzedaży już pojawił się styczniowy numer "Nowej Fantastyki", światło dzienne ujrzało też specjalne wydanie limitowane z okazji 35-lecia debiutu Andrzeja Sapkowskiego w "Fantastyce" opowiadaniem "Wiedźmin", ale o jednym i drugim napiszę więcej w oddzielnym poście. Z tego co mi wiadomo, wydania limitowanego nie da się kupić, można je będzie wygrać w licznych konkursach bądź wylicytować na licytacjach na rzecz WOŚP. 

Z gorszych wieści - miałam pod koniec stycznia 2022 jechać do Gniezna na konwent Fantasmagoria, a tu guzik, właśnie się dowiedziałam, że w związku z sytuacją epidemiologiczną oraz niepewnością co do terminu ferii zimowych (a więc i dostępności szkoły konwentowej) impreza zostaje przełożona na termin wakacyjny. Tak się cieszyłam, że jeszcze w zimie wyskoczę na Warszawskie Targi Fantastyki oraz Fantasmagorię, a potem WTF-y zasabotował mi niefortunny wypadek własny, zaś Fantasmagorię okoliczności zewnętrzne... Smutno - ale nie ma tego złego, będę miała w styczniu nieco mniej napięty grafik. Liczę, że co się odwlecze, to nie uciecze i w wakacje jednak uda mi się pojechać do Gniezna.

Przez ostatni miesiąc zbierałam się, żeby pomarudzić obszerniej na temat swojej nieszczęsnej skręconej kostki, bo jest to w sumie niezła anegdota i na szczęście z (w miarę) happy endem. Skręciłam tę nogę w tak głupich okolicznościach, że trudno o głupsze: siedziałam na kanapie z telefonem, marnując kolejną godzinę na Facebooku (tak, sama jestem sobie winna!) i nie zauważyłam, że stopa mi zdrętwiała do tego stopnia, że straciłam w niej czucie. Wstałam, wsunęłam klapki, zamyślona ruszyłam do kuchni i dopiero po dwóch-trzech krokach zorientowałam się, że zamiast stopy mam miękki flak, ale było już za późno: podwinęła mi się, przewróciłam się w przedpokoju jak długa, ZABOLAŁO JAK JASNY PIORUN, a sekundę później siedziałam na podłodze trzymając się za kostkę, przeklinając jak stary krasnoludzki wozak i tłumacząc mężowi, co się stało... Byłam bliska omdlenia z bólu (literalnie - dostałam zawrotów głowy, zrobiło mi się ciemno przed oczami i musiałam chwilę poleżeć, zanim organizm się ogarnął), więc liczyłam się z możliwością, że to zwichnięcie albo nawet złamanie i czeka mnie kilka tygodni w gipsie albo przynajmniej ortezie, o kulach. No, ale standardowa pierwsza pomoc (noga wysoko, obłożyć staw lodem przez ściereczkę) pomogła na tyle, że kostka nie spuchła jakoś bardzo i godzinę po urazie już mogłam ostrożnie kuśtykać. Wielkie uff...

Dwa dni później, kiedy udało mi się dobić do ortopedy (oczywiście prywatnie), nie byłam pewna, czy bardziej się cieszę z tego, że w ogóle mogę chodzić - powolutku, na sztywnej nodze - i nie potrzebuję ortezy, czy frustruję tym, jak długo potrwa dochodzenie do zdrowia... Ale finalnie chyba jednak przeważyła ulga. Stan "nie pójdę na spacer ani po zakupy, ale mogę się samodzielnie przemieszczać po mieszkaniu, ugotować obiad, odkurzyć, a nawet ostrożnie wejść na krzesło i zdjąć książkę z wysokiej półki" nie był nawet tak strasznie uciążliwy w sytuacji, gdzie pogoda i tak zniechęcała do wystawiania nosa na dwór, a deadline'y przykuły mnie do komputera. Bardzo smutno zrobiło się dopiero na wizycie kontrolnej, kiedy ortopeda kategorycznie zalecił mi odwołać wyjazd na WTF-y - co uczyniłam niechętnie, po długich deliberacjach, ale sama widziałam, że ledwo łażę i strach się pakować z taką nogą do pociągu, a zwłaszcza z niego wysiadać. Następnie... w przeddzień odwołanego już wyjazdu nagle nastąpiła skokowa poprawa: przestałam kuśtykać w tempie 90-letniej staruszki, a zaczęłam prawie normalnie chodzić. Oczywiście płakałam gorzkimi łzami (metaforycznie), że WTF-y mi przepadły, ale co począć...

USG wykonane miesiąc po urazie wykazało, że mam konkretnie naderwane więzadło (na szczęście tylko jedno, w najbardziej czarnym scenariuszu mogłyby się rozerwać trzy) oraz obrzęki tu i ówdzie, więc dostałam skierowanie na zabiegi. Sytuacja na dzień dzisiejszy wygląda tak, że nadal bandażuję nogę bandażem elastycznym i grzecznie chodzę na fizykoterapię, gdzie miłe panie dmuchają mi na ten nieszczęsny staw lodowatym powietrzem (AUUU), naświetlają go laserem (tylko troszkę au) i pakują w pole magnetyczne (bez au). Noga nadal boli przy niektórych ruchach, mam drobne problemy ze schodzeniem po schodach i nie mogę się wspiąć na palce, ale z każdym dniem jest lepiej. Ortopeda powiedział, że najlepszym testem sprawności skręconego stawu skokowego jest chodzenie po nierównym podłożu: kiedy będę mogła bez bólu spacerować po wertepach, to będzie sygnał, że mogę wrócić do aktywności sportowej (dopytałam - tak, moje długie spacery i nordic walking liczą się jako aktywność sportowa). Póki co mogę się rehabilitować po emerycku: dreptaniem do sklepu, na pocztę i po osiedlu.

Mam jeden komentarz do całokształtu sytuacji: siła niższa (ta, która dziurawi dętki w rowerach, plami koszule keczupem i zapodziewa ludziom dowody osobiste oraz jest gwiazdą jednej z powieści Marty Kisiel) to zaprawdę podstępna bestia! W swoim ponad czterdziestoletnim życiu zwędrowałam kawał Tatr, Beskidu i Bieszczadów, jako dziecko szalałam na trzepakach i PRL-owskich placach zabaw, w młodości jeździłam na łyżwach tudzież rolkach, na studiach trenowałam taekwon-do i wprawdzie w efekcie tego wszystkiego mam problemy z kolanem, które boli przy większych obciążeniach, ale nawet ono nigdy nie wyłączyło mnie z normalnej aktywności na dłużej niż kilka dni. A potem podczas SCHODZENIA Z KANAPY przydarzył mi się taki wypadek, że prawie pięć tygodni później nadal leczę jego skutki.

I tym pozytywnym akcentem...




2021-12-07

Grudniowe wieści z kanapy




Straszne rzeczy dzieją się na tym świecie, moi drodzy - nie wiadomo kiedy śmignął za oknem nie tylko listopad, ale też pierwszy tydzień grudnia... Powracam na blog po przerwie z kilkoma dobrymi wiadomościami i jedną złą.

Na początek dobra wiadomość - SKOŃCZYŁAM!!!!!! Co prawda z kompromitującym poślizgiem, ale SKOŃCZYŁAM zbiór opowiadań "Świerszcze w soli" - ostatnie, tytułowe opowiadanie wczoraj pofrunęło do wydawcy, a ja mogę z czystym sumieniem zająć się innymi zaległymi sprawami!

Druga dobra wiadomość jest taka, że już w najbliższy weekend, 11-12 grudnia, w Warszawie odbędzie się zimowa edycja Warszawskich Targów Fantastyki. Zgodnie z planem w niedzielę 12 grudnia o 13:00 miałam mieć na nich spotkanie autorskie, które poprowadziłby Bartek "Godai" Biedrzycki... Bardzo się cieszyłam i już zdążyłam się poumawiać z różnymi ludźmi, z którymi planowałam się spotkać na Targach, podpisać im książki i tak dalej. Niestety - i to jest wspomniana wyżej informacja zła, a nawet kijowa - okazało się, że guzik, nic z tego wyjazdu nie wyjdzie. W połowie listopada brzydko skręciłam kostkę i chociaż zgodnie z zaleceniem ortopedy bardzo ograniczyłam obciążanie tej nogi, żeby mogła się szybciej wygoić (trzy tygodnie bez spacerów, w areszcie domowym - kto mnie zna, ten wie, że było to duże wyzwanie dla mojej cierpliwości), dziś na wizycie kontrolnej lekarz absolutnie nie poparł planu jechania do Warszawy za cztery dni. Bardzo mi smutno, ale co zrobić, moja noga rzeczywiście nie kwalifikuje się do tego, żeby z nią wsiadać do pociągów, łazić po schodach i śliskich chodnikach...  Pozostaje mi jedynie polecić Waszej uwadze niedzielne spotkania z dwiema innymi autorkami Hordy - Anią Siemomysłą Hrycyszyn (o 11:00) i Anią Kańtoch (o 15:00).




Warszawskie Targi Fantastyki jak zwykle odbędą się w ścisłym centrum stolicy, w Domu Towarowym Bracia Jabłkowscy (ul. Bracka 25), który znajduje się o rzut mokrym beretem od Pałacu Kultury. Na imprezie obowiązuje nakaz noszenia maseczek i parę innych ograniczeń sanitarnych wynikających ze specyfiki miejsca (m.in. zakaz siadania na schodach oraz wprowadzania zwierząt - wszystko jedno, fantastycznych czy nie), o szczegółach przeczytacie na fanpage'u Targi Fantastyki.

(Nawiasem mówiąc, przed momentem w trakcie pisania niniejszego posta udało mi się popełnić uroczą pandemiczną mózgówkę: NAKAZ MASZENIA NOSECZEK...)

Trzecia dobra wiadomość to że wydawnictwo Mag zapowiedziało za niecałe dwa miesiące premierę książki, którą tłumaczyłam, a będzie to, uwaga, "W Kalabrii" Petera S. Beagle'a!!!! Jeżeli nic Wam nie mówią tytuły takich książek tego autora jak "Ostatni jednorożec" i "Pieśń karczmarza" (wydana w Polsce również w innym tłumaczeniu, jako "Pieśń oberżysty"), to macie srogie luki w wykształceniu!
"W Kalabrii" to króciutka powieść o niemłodym kalabryjskim rolniku, na którego posesję pewnej wiosny przybyła jednorogini, żeby się tam oźrebić na łączce. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, polskie wydanie ukaże się 28 stycznia 2022 r. z taką oto uroczą okładką (nie do końca adekwatną do treści, bo jako się rzekło - akcja książki dzieje się w gospodarstwie wiejskim, a bohater jest ponurym wąsatym Włochem w wieku pod pięćdziesiątkę):




I ostatnie ogłoszenie na dziś - na fanpage'u Harda Horda Literacka od wczoraj aż do 14 grudnia trwa świąteczna harda akcja specjalna, #HardaAukcja: seria charytatywnych licytacji książek na rzecz Fundacji Ocalenie. Na zdjęciu poniżej - mniej więcej jedna trzecia fantów, które planujemy wystawić. Licytacje zakończą się we wtorek 14 grudnia o godz. 20:00. Wszystkich, którzy korzystają z Facebooka, gorąco zachęcam do udziału!







2021-09-19

Krajobraz po trzęsieniu ziemi


Drodzy tu zaglądający, melduję się po kolejnym dłuższym milczeniu. Po trudnych doświadczeniach sierpniowych, wrzesień zafundował mnie i moim najbliższym kolejną odsłonę kryzysu: w sierpniu było nagłe załamanie stanu zdrowia starszej osoby i hospitalizacja (z perypetiami, o których tu nie będę się rozpisywać, ale w skrócie - państwowa opieka zdrowotna potrafi wyciąć numery, o jakich pacjentom ani ich rodzinom się nie śniło), ponad dwa tygodnie później nastąpił wypis ze szpitala i ostatni akt dramatu w domu. Śliczny słoneczny tydzień od 8 do 15 września umęczył nas mocno, ale już jest po wszystkim. W najbliższą środę na lubelskim cmentarzu przy ul. Lipowej pożegnamy naszą ukochaną seniorkę rodu, która niestety bardzo się wycierpiała u schyłku życia, ale przynajmniej śmierć miała spokojną i godną.

W ciągu minionego miesiąca wszystkie swoje zobowiązania musiałam zawiesić lub ograniczyć zaangażowanie do absolutnego minimum (ale bohatersko dokończyłam krótkie tłumaczenie oraz napisałam recenzję wydawniczą niewydanej jeszcze w Polsce powieści); teraz będę pomału, ale metodycznie ogarniać zaległości. Październikowy numer Nowej Fantastyki jest już w drukarni. Tym razem dział prozy zagranicznej przygotował dla Was jedno opowiadanie z uniwersum Diuny oraz dwa rosyjskie: mroczne jak dusza Putina, świetnie napisane. Jestem bardzo ciekawa, czy szerokiemu gremium spodobają się tak samo jak mnie! Szykujemy teraz numer listopadowy, do którego trafią m.in. krótkie, smakowite opowiadanka Jeffa Noona wyszukane i przetłumaczone przez Marcelego Szpaka.

Mój drugi zbiór opowiadań piekielnych, który zgodnie z planem miałam kończyć na początku września, niestety leży na razie odłogiem. Nie mam pojęcia, kiedy uda mi się wyciszyć i skupić na tyle, żeby domknąć ten projekt. Nawarstwiły mi się zlecenia i inne zobowiązania, muszę się z nimi systematycznie, po kolei zmierzyć, a po całym zamęcie ostatniego miesiąca mam wrażenie, że jakaś nieprzyjazna siła wyssała mi odkurzaczem z głowy wszystkie siły twórcze. Oby to wkrótce minęło.

Żałuję ogromnie, że nie mogłam pojechać ani na Warszawskie Targi Książki, ani na Warszawskie Targi Fantastyki. Za to w sobotę 11 września wygłosiłam na Kapitularzu Online prelekcję "Świat Zmroczy: zatargi magów, igraszki demonów". Zważywszy, w jakich okolicznościach przyszło mi głosić ten wykład (radykalny niedobór snu, 90% mocy obliczeniowej mózgu zaabsorbowane kryzysem rodzinnym), poszło mi nawet nie najgorzej. Wszystkie wystąpienia były nagrywane i organizatorzy planują je udostępnić online. A w najbliższy piątek (24 września) będę miała spotkanie autorskie w Zespole Szkół Budowlanych przy ul. Słowiczej w Lublinie - wreszcie dla odmiany jakieś wydarzenie na żywo!

Z innych wieści: znajomi podrzucili mi link do obszernej, nieco marudzącej recenzji "Teatru węży" na YouTube - recenzuje niejaki Grafzero. Niezbyt polubił Krzyczącego i otwarcie się do tego przyznaje, w ogóle nie lubi większości bohaterów cyklu poza Zazelem. Nie podpasowała mu też Otchłań i mam wrażenie, że ogólnie uniwersum Zmroczy to nie do końca jego klimaty. Tym większy szacun za tak drobiazgowe omówienie wszystkich pięciu tomów:
Na koniec pochwalę się jeszcze - ku mojemu zaskoczeniu i wielkiej radości, jeszcze w końcówce sierpnia dowiedziałam się, że udało mi się wbić z opowiadaniem do pewnej prestiżowej antologii. Niestety nie mogę wyjawić, co to za antologia i o które opowiadanie chodzi, dopóki książka nie znajdzie się w zapowiedziach, co nastąpi chyba dopiero w 2022 r. Na razie musicie mi uwierzyć na słowo, że wiadomość jest sensacyjna i mam się z czego cieszyć!

Koty mają się dobrze, są tylko pełne pretensji, że troszkę je zaniedbaliśmy przez ostatni miesiąc (miseczki były systematycznie napełniane, ale nikt nie miał czasu głaskać, tulić i czule przemawiać). Będziemy teraz starali się wkupić z powrotem w ich wąsate łaski.



2021-07-09

Wieści lipcowe

 



Słońce przygrzewa, róże kwitną (lubię róże, stąd powyższy selfik ze spaceru), a ja jak zwykle #nienadążam. Mam wrażenie, że dopiero co wróciłam z urlopu, tymczasem nie wiadomo kiedy zrobił się drugi tydzień lipca...

Chciałam się pochwalić zdjęciami z wyjazdu do Piwnicznej i streścić pokrótce wrażenia z tras, ale chwilowo przerosło mnie posortowanie i podpisanie zdjęć - ciągle jest coś pilniejszego do zrobienia. Najgorzej, że przekład wielkiej knigi, który powinnam już kończyć (!!), od trzech miesięcy (!!!) leży i piszczy. Powiem oględnie, że nie cieszy mnie ta sytuacja. Wobec powyższego, kończenie zbioru opowiadań niestety z bólem serca musiałam przesunąć na jesień. Ale co się odwlecze...

Drugi rok pandemii postanowił mnie (odpukać) rozpieścić miłymi niespodziankami, albowiem oprócz nominacji do Zajdla i Żuławia za piąty tom "Teatru węży", otrzymałam też - po raz trzeci - nominację do Śląkfy w kategorii "Twórca Roku". Bardzo się cieszę, im więcej nomen omen hałasu wokół cyklu żmijowego, tym lepiej! Żałuję tylko, że ze względu na sytuację epidemiczną kolejne Seminarium Literackie ŚKF-u nie mogło się odbyć. Chętnie bym znowu pojechała do Chorzowa... Świetnie wspominam wyjazd z 2019 roku, trudno uwierzyć, że minęły już ponad dwa lata.

Na poletku literackim - oprócz nominacji do nagród - zaczynają mi się krystalizować jeszcze dwie bardzo pozytywne sprawy. Nie mogę na razie wyjawić, o co chodzi, ale insz Allah po sezonie ogórkowym uchylę rąbka tajemnicy w obu kwestiach, kiedy umowy będą już podpisane. W każdym razie poczułam się cholernie zmotywowana do dalszej pracy (za jedyne dwa i pół miesiąca, po tym, jak odeślę wydawcy ten @$^#! przekład).

Do Lublina zawitały upały, choć nie jest jeszcze tak źle, jak mogłoby być. Na jutrzejszy ranek prognoza zapowiada burze, oby faktycznie spadło trochę deszczu. Nie lubię patrzeć na wysychające trawniki. Skończyłam właśnie tłumaczyć opowiadanie nieznanej nikomu kanadyjskiej autorki - melancholijny climate punk bliskiego zasięgu, o lutnikach z Vancouver za kilkadziesiąt lat (pięknie napisany tekst, utrzymany w podobnej stylistyce, jak "Dróżniczka" Aleksandry Janusz z antologii "Harda Horda") - więc mój stan ducha sprzyja martwieniu się efektem cieplarnianym i zmianami klimatycznymi.

Sierpniowy numer "Nowej Fantastyki" pofrunął wczoraj do drukarni. Mogę zdradzić, że zawiera wyjątkowo szczęśliwie dobrany zestaw prozy polskiej i zagranicznej - chociaż nie umawialiśmy się w żaden sposób, wszystkie opowiadania korespondują ze sobą tematycznie, wpisując się elegancko w leitmotiv "śmierć i miłość". Moglibyśmy udawać z Michałem Cetnarowskim, że zrobiliśmy to specjalnie!

Zamiast podsumowania - zdjęcie szesnastoletniej, ale bardzo żwawej i dobrze się trzymającej Ofelii w ogrodzie. Przedwczoraj planowaliśmy ją zabrać do weta na tzw. "przegląd seniorki", ale coś przeczuła, czmychnęła ojcu na dwór i szukaj wiatru w polu... Może jutro się uda.








2021-06-12

Antycypacja przedwyjazdowa i filozoficzne westchnienie o ulotnej naturze czasu

 

No i nie wiadomo kiedy zrobiła się sobota... 

W najbliższą środę, jak już wspominałam, zgodnie z planem wybywamy z miaużem do Piwnicznej. Marzyłaby mi się raczej Słowacja, ale w obliczu komplikacji okołopandemicznych, w tym roku jeszcze nie kwapimy się do wyjeżdżania za granicę. Cóż, perspektywa wycieczek na Halę Łabowską, Eliaszówkę, Radziejową i Rogacze też jest kusząca, nawet jeśli moje serce wyrywa się w Tatry Słowackie, w których nie bywałam od 2015 roku.

Kiedy ostatnio odwiedziliśmy Piwniczną - w maju 2019 - było już ładnie i zielono, ale dość zimno. Podczas większości wycieczek chodziłam w czapce, co rzadko mi się zdarza w porach roku innych niż zima. W lesie zalegał śnieg, a w trakcie wyjazdu spadło go więcej. Tym razem spodziewamy się raczej ciepłej letniej pogody. Poniżej trzy foteczki poglądowe z tamtego pobytu (a tu minirelacja).





(Fot. Jerzy Żuchowski)


Okolice Piwnicznej i Rytra (tego Rytra, w pobliżu którego rozgrywa się akcja książki "Rogaś z Doliny Roztoki") są niesamowicie malownicze - jeśli nigdy tam nie byliście, wybierzcie się kiedyś! Osobniki niegórskie mogą w Piwnicznej spacerować po parkach albo opalać się nad Popradem, ewentualnie przejść się do niedalekiej Łomnicy (jeśli ktoś strasznie nie lubi albo nie może wchodzić pod górę, to można pójść w obie strony bulwarem wzdłuż rzeki). Warto też obejrzeć ruiny zamku w Rytrze.

Z trochę mniej optymistycznych spraw - wracając do opisanej w poprzednim poście próby ogarnięcia (po raz 1001...) swojego funkcjonowania tak, żeby pracować sensownie i efektywnie, mogę już powiedzieć krótko i ze wstydem: nie, cudów nie ma, TO NIE DZIAŁA. Zasadniczo problem wygląda tak, jak zawsze: albo piszę i nie robię nic innego, albo robię wszystko inne, ale nie piszę. I nawet nie byłoby to takie złe, gdyby dało się poświęcać więcej dni tylko na pisanie...

Pozwolę sobie też westchnąć, że od kilku lat coraz bardziej przeraża mnie błyskawiczny upływ czasu; przysięgam, że wydaje się tylko coraz szybszy. Wspominałam już o tym nieraz. Mam wrażenie, że jeszcze wczoraj było pandemiczne Boże Narodzenie z rodzinną Wigilią w okrojonym składzie, a przedwczoraj premiera piątego tomu "Teatru węży" w lipcu 2020... Nie wiadomo kiedy z jednego roku robią się dwa lata, z dwóch lat trzy i nagle mamy połowę czerwca 2021, choć dopiero co był 2017! Przypomina mi się powieść "Momo" Michaela Endego i szarzy panowie z cygarami, którzy kradli ludziom czas. Żałuję, że sama tak nie potrafię. Kradłabym!! Kradłabym cudzy czas bez litości, byle tylko wydłużyć własną dobę!

Lipcowy numer Nowej Fantastyki, poświęcony fantastyce militarnej, pofrunął przedwczoraj do drukarni. Mogę zdradzić, że w dziale polskim Michał Cetnarowski przyszykował petardę - jedno z najlepszych opowiadań, jakie czytałam w ciągu ostatniego roku. W dziale zagranicznym też zdobyliśmy ładny asortyment: cztery teksty, w tym opowiadania Carrie Vaughn i Catherynne M. Valente.

Z mojego własnego poletka literackiego niestety nie mam na razie żadnych wieści. Dobrze by było, gdyby przed wyjazdem do Piwnicznej udało mi się dokończyć nieszczęsne rozgrzebane opowiadanie o Ewie. Trzymanie kciuków mile widziane!


2021-06-06

Różne sprawy, ambitne plany, miniaturowy lilak i kitku (nie moje)


Zarzekałam się jak żaba błota, że nic nie napiszę na blogu, póki nie dokończę opowiadania pt. "Trzecie dziecko Ewy", ale wyszło jak widać... Utknęłam jakoś w 2/3 długości tekstu, przy czym nawet nie zawiniła blokada pisarska, raczej (po raz kolejny!) przewlekła nieumiejętność zorganizowania się tak, żeby zgrabnie żonglować różnymi zobowiązaniami równolegle. 

W przypływie natchnienia szaleństwa wczoraj przez cały dzień spisywałam notatki do innego opowiadania, które chętnie bym posłała na nabór do pewnej antologii, ale nie wiem, czy wyrobię się na deadline... 16 czerwca insz Allah po dokładnie rocznej przerwie od wyjazdów górskich planujemy z mężem wybyć do Piwnicznej (oboje nadal zaszczepieni tylko pierwszą dawką AstryZeneki, ale co tam, jest ryzyko, jest zabawa). Kiedy spisałam listę rzeczy, które powinnam dokończyć/pozałatwiać/ogarnąć przed wyjazdem, mało nie osiwiałam (to oczywiście efekt odkładania różnych spraw na niesprecyzowane później). A czas ucieka...

Dziś podjęłam decyzję, żeby wrócić do eksperymentu sprzed paru lat (w zmodyfikowanej nieco wersji) i znów narzucić sobie lekki reżim nakazujący codziennie w miarę możliwości:

- poczytać

- pójść na długi spacer/nordic walking

- napisać kawałek tekstu (lub redagować, robić notatki, przepisywać notatki...)

- tłumaczyć (lub pełnić obowiązki redaktorskie w NF)

- sprzątać/gotować, generalnie zdziałać coś w domu

- zrobić przynajmniej 1 lekcję w Duolingo

- opcjonalnie (tu jestem realistką, nie ma szans, żeby dało się codziennie): pogimnastykować się.

Zobaczymy, jakie będą efekty tego wspaniałego postanowienia... Na razie - szok i zgroza - nie dość, że zbiorek nadal niedokończony, a pewne duże tłumaczenie leży odłogiem; okna w mieszkaniu mam nadal niepomyte!! Zwykle myłam je przed Wielkanocą, ale w tym roku uniemożliwiła to zimna wiosna, no i tak jakoś wyszło...

Oprócz szykującego się wyjazdu do Piwnicznej, niestety nie kroją mi się w najbliższych miesiącach żadne dalsze wypady poza Lublin, wystąpienia publiczne ani inne przygody. Mogę się tylko pochwalić, że przetłumaczyłam opowiadanie Carrie Vaughn pt. "Najdzielniejsi z nas dotknęli nieba" (The Bravest of Us Touched the Sky) o lotniczkach z organizacji WASP (Women Airforce Service Pilots) pilotujących wojskowe samoloty w czasie II wojny światowej. Już wkrótce będzie można przeczytać ten tekst w lipcowym numerze NF. Korespondując z autorką dowiedziałam się, że jej ojciec był pilotem wojskowym! Jeśli macie trochę wolnego czasu, zachęcam do poczytania o lotniczkach WASP choćby w Wikipedii, bo to ciekawy temat i dzielne kobiety, które armia Stanów Zjednoczonych po wojnie potraktowała wyjątkowo brzydko, nie zgadzając się, by dalej latały w służbie kraju.

Skoro o tłumaczeniach mowa, zainspirowana zdalnym panelem dyskusyjnym na BookTargu pt. "Tłumacze fantastyki" przymierzałam się, żeby podzielić się tu na blogu paroma anegdotami ze swojej działalności tłumackiej i nawet przygotowałam już notatki do dwóch czy trzech wpisów, ale udało mi się te kartki skutecznie gdzieś zapodziać... Może cudem odnajdą się jeszcze przed wyjazdem. Była tam mowa między innymi o największym wyzwaniu, z jakim się zetknęłam w swojej karierze (i nie, nie był nim sławetny cykl Jamesa Dashnera o więźniach Labiryntu, choć na pewno przypłaciłam kontakt z tymi książkami traumatyczną śmiercią licznych komórek mózgowych).

A żeby zakończyć jakimś miłym wiosennym akcentem, podziwiajcie piękny miniaturowy lilak, który kwitnie teraz w ogródku mojej przyjaciółki, oraz słodkie kitku tejże przyjaciółki (sfotografowane przez właścicielkę). Kitku wabi się Trusia, jest nieśmiała, nieufna i podobno rzadko zdarza jej się pokazywać brzuszek.




Zdjęcie lilaka - fot. autorka bloga, zdjęcie kota - fot. Agnieszka "Achika" Szady


2021-05-06

Internauci, szpak (ale nie Marceli) i więcej tulipanów


Od powrotu z emigracji spędzam w necie mnóstwo czasu – stanowczo za dużo – i co rusz mam ochotę zadać retoryczne pytanie „kto tych ludzi wpuszcza do sieci”, względnie zacytować mem „Halo, policja, proszę przyjechać na Facebooka”… Staram się nie tracić energii na dyskutowanie z inteligentnymi inaczej, ale czasem tracę cierpliwość i mi się ulewa.

Nie ulało mi się ostatnio, choć może powinno, na widok komentarzy pod kolejnym reportażem o depresji, który jak zwykle przywabił chmarę Wzgardliwych Paszczaków powtarzających „jęczenie, kiedyś tego nie było, młode pokolenie jest słabe i rozpieszczone, niech zacisną zęby i idą do pracy”. Pomijając niski poziom wiedzy w kwestii tego, czym jest depresja, jak się objawia i jakie ma konsekwencje, tak się zastanawiam – czy deficyt empatii w naszym społeczeństwie wynika z tego, że w większości mamy chłopskie lub robotnicze korzenie, a kiedy nasi przodkowie egzystowali w fatalnych warunkach, w biedzie, ciasnocie i o głodzie, nie stać ich było na pochylanie się ze zrozumieniem nad słabością bliźniego? I ta obojętność przechodzi z pokolenia na pokolenie? Zdaje się, że ludzie chronicznie nieszczęśliwi, którzy musieli sobie radzić bez żadnej pomocy – bo wstydzili się jej poszukać bądź zwyczajnie nie było takiej możliwości – mają potrzebę fundowania innym swoistej „fali”. „Skoro ja miałem źle, to niech inni też mają”. Widać to jak cholera w dyskusjach o depresji i innych zaburzeniach psychicznych, ale też wtedy, kiedy wypływa temat kar cielesnych wobec dzieci.

Z empatią wobec zwierząt i świadomością ekologiczną też jest słabo. Znajoma opisała niedawno na FB, jak z ojcem uratowali na działce szpaka zaplątanego w wyrzucone przez kogoś nylonowe sznurki:

„Spędziłam bardzo nerwowy kwadrans na ich ostrożnym rozcinaniu i odplątywaniu trzymanego przez tatę awanturującego się szpaka. Historia ma szczęśliwy finał, bo wszystkie sznurki udało się usunąć, łapka okazała się nieuszkodzona, a wyniesiony na taras szpaczek wystartował z prędkością rakiety.”

W komentarzach objawił się uroczy pan, który skrytykował ratowanie szpaka, BO TO SZKODNIKI i zjadają mu czereśnie. (Didaskalia: szpaki są w Polsce objęte ścisłą ochroną gatunkową, nie wolno ich płoszyć ani zabijać, a sadownikom zaleca się osłanianie sadów siatkami...)

Z zupełnie innej beczki, bo literackiej - przed momentem przeczytałam na fanpejdżu pewnego wydawnictwa wielce odkrywczą wypowiedź czytelniczki, która podniosła mi ciśnienie:

"Gdyby podstawą beletrystyki miał być research, większość utworów zwyczajnie nie mogłaby powstać. Beletrystyka to wyobraźnia. Żywa wyobraźnia. Nawet lub może (?) zwłaszcza gdy nie pokrywa się z wyobrażeniami odbiorcy."

Tfu, do stu zgniłych wielorybów! Wiecie co, tłumaczyłam taki jeden bestsellerowy cykl, gdzie autor nie skalał się researchem, stawiając jeno na żywą wyobraźnię. Czego tam nie było? Bohaterowie biegający w lekkich butach sportowych po rozpalonej słońcem pustyni i ani jednego pęcherza na nodze; zapas wody na kilka dni na rzeczonej pustyni noszony w plastikowych workach, w których bohaterom wcześniej dostarczono prowiant (domyślam się, że były to worki typu ziplock, ale dajcie spokój...); bohater trafiony piorunem, na którym ubranie staje w ogniu, koledzy gaszą go piaskiem, po czym poparzony delikwent biega jeszcze przez kilkanaście dni po pustyni w tym samym ubraniu, bez mycia, bez opatrzenia ran, i wszystko goi się na nim jak na psie... Za to ciężka infekcja w ranie postrzałowej (po postrzeleniu "zardzewiałą kulą", cokolwiek miałoby to zdaniem autora oznaczać) rozwinęła się w ciągu kilkunastu godzin. A w zaśnieżonym zimowym lesie latały bzyczące owady. Żałuję, że nie mogłam się ubiegać u wydawcy o rekompensatę za przekładanie treści szkodliwych dla mózgu. Dlatego ilekroć widzę, że ktoś głosi mądrości z gatunku "po co w literaturze research, liczy się ŻYWA WYOBRAŹNIA", mam ochotę miotnąć w taką osobę piorunem i pogonić ją na rozpaloną pustynię w adidasach…

(Słuchajcie, piszę fantasy, niby wysysane w całości z poplamionego atramentem palca, ale nawet w fantasy świat przedstawiony musi, kurka wodna, wyglądać spójnie i sensownie. Może magia nie rządzi się prawami fizyki, ale realia niemagiczne muszą być podbudowane wiedzą i logiką, inaczej tekst skręca w jakąś odjechaną groteskę. Jak to ujęła znajoma osoba pisząca: „Trzeba […] rozróżniać to, co całkowicie zależy od mojej fantazji pisarskiej i może sobie być, jakie ja chcę, a to, czego się nie przeskoczy - np. że człowiek do przeżycia na pustyni potrzebuje x litrów wody dziennie.” W biednej wiejskiej karczmie bohaterowie nie napiją się kakao, a jeśli upolują dzika, to nie będą mogli transportować surowego mięsa przez trzy dni w czasie gorącego lata. Żeby opisać, jak w „Dwóch kartach” Krzyczący leczy dziewczynę chorą na ospę, czytałam artykuły z czasopism medycznych i po 12 latach nadal pamiętam, jaki jest przebieg kliniczny niepowikłanej ospy prawdziwej… Feliks Kres słusznie radził też w Kąciku Złamanych Piór: jeśli zamierzasz pisać o współczesnych realiach, które można zweryfikować – na przykład opisać interwencję pogotowia ratunkowego – to albo dopadnij i wypytaj fachowca, w tym przypadku lekarza z karetki lub ratownika medycznego, albo sobie DARUJ i oszczędź wstydu.*)

Okay. Pomarudziłam, upuściłam trochę pary, już mi lepiej. Żeby zakończyć czymś optymistycznym, oto kolejna porcja tulipanów sfotografowanych podczas spaceru. Nie wiem, czyje są, ale w promieniu kilku ulic nikt nie ma przed domem równie pięknych:




*) Chyba że jesteś pewną autorką o inicjałach K.M., której książki sprzedają się jak ciepłe bułeczki bez względu na to, ile bzdur tam upchnie...



2021-04-29

Nadal zimna wiosna, tulipany i pawie

 

Sama nie wiem, czy się cieszyć, że w tym roku nie mamy w kwietniu upalnego lata, czy jednak złościć, że jest ziiiiimnooo. Dzielnie wydeptuję codziennie nawet do 15 000 kroków spaceru z krokomierzem w kieszeni i uważam, że to wbrew prawu unijnemu, żebym 26 kwietnia musiała spacerować w zimowym płaszczu, szaliku tudzież czapce... Cóż, przynajmniej tulipany zakwitły jak należy, o czasie:



Ciekawych wieści nie mam chwilowo żadnych. Ostatnimi czasy niestety zaostrzył mi się syndrom nienadążania za życiem. Montujemy czerwcowy numer Nowej Fantastyki (mogę zdradzić, że znajdzie się w nim jedno kosmiczne SF z silnym elementem suspensu, jedno pulpowe fantasy w klimatach morsko-tropikalnych i jedna SF-owa wariacja na temat opowieści o nawiedzonych domach), a oprócz tego czekam na redaktorską decyzję w sprawie jednego swojego opowiadania (tego opowiadania). I to wszystko. 

Dział literacki Esensji żyje i nawet działa; aktualnie mogę polecić krótkie opowiadanko o Bogu i diable z twistem (i ładną ilustracją):

Elżbieta Leszczyńska - Umowa

A w niezbyt odległej przyszłości planujemy opublikować opowiadanie Magdaleny Świerczek-Gryboś pt. Kości dla trupokupca.


* * *

Z zupełnie innej beczki - łapcie anegdotę (już dzieliłam się nią na Fb).

Prawie na każdym spotkaniu autorskim obowiązkowo pada pytanie: "Skąd pani bierze pomysły?" Zawsze odpowiadam, że noszę w głowie repozytorium inspiracji, które się tam zapisują automatycznie 24/7: motywy z przeczytanych książek, reportaży, z rozmów na forach internetowych i Facebooku, z obejrzanych filmów i po prostu z przeżytego życia, a czasem nawet ze snów... To się wszystko inkubuje razem i w sprzyjających okolicznościach z tej magmy obrazów oraz strzępków historii rodzą się bohaterowie, światy, fabuły.

Tak to zazwyczaj wygląda. Ale czasem życie postanawia podsunąć gotowy pomysł na widelcu. 20 kwietnia wracałam z miasta przez Park Saski i przystanęłam obok woliery dla pawi (cudne są: monsieur paw ma haremik z czterech nadobnych pawic, w tym jedną albinoskę). Przypadkowo podsłuchałam, jak opiekunka rzeczonych pawi, osoba w sile wieku, rozmawia z dwiema studentkami, przekazując im różne mądrości życiowe. Opowiedziała między innymi historię o panu, który oszukał swoją partnerkę - zataił przed nią, że nie może mieć dzieci. Kiedy pani po jakimś czasie (kilku latach?) poznała prawdę, rozstała się z panem, związała się z innym i urodziła dziecko, ale tamten ją zostawił. Tymczasem pan nr 1 wyjechał na kilka lat za granicę, potem wrócił, dowiedział się, że jego była partnerka jest teraz sama z dzieckiem... i finalnie wrócili do siebie (podobno panu przyśniło się, że powinien koniecznie odnowić tę znajomość). I żyli razem długo i szczęśliwie.

Pani od pawi powiedziała też, że jest z wykształcenia ekonomistką, ale opieka nad pawiami sprawia jej znacznie większą frajdę niż praca w biurze, i że "w związku przede wszystkim trzeba umieć ze sobą rozmawiać". (Poparła to konkretnymi przykładami z własnej relacji z mężem, ale słuchałam jednym uchem, bo próbowałam zachęcić pana pawia, żeby się ze mną przywitał. Swoją drogą ten to się chyba dobrze dogaduje ze swoimi partnerkami! Nigdy nie widziałam w Parku Saskim kłócących się pawi!)

Ja tej sytuacji i tych opowieści pewnie nie wykorzystam, chyba żeby nagle ogarnęło mnie nieprzeparte pragnienie pisania obyczajówek, ale może ktoś chce?...



2021-04-13

W środę telefon zadzwonił znienacka, czyli jak zaszczepiliśmy się przeciwko COVID-19


Jakoś tak wyszło, że tej wiosny ZNOWU wzięłam na siebie nadmiarowe zobowiązania i teraz nie bardzo daję radę ogarnąć się ze wszystkim... 40 lat to najwyraźniej za mało, żeby nabrać umiejętności uczenia się na błędach. Ale mam jedną pozytywną informację: oboje z mężem jesteśmy już zaszczepieni przeciwko koronazarazie, mimo że nie należeliśmy do żadnej z grup priorytetowego dostępu do szczepień! Lud przestraszył się szczepionki firmy Astra Zeneca po doniesieniach, że powiązano ją z bardzo rzadkimi przypadkami nietypowej zakrzepicy, w efekcie czego mnóstwo osób porezygnowało ze szczepienia, punkty szczepień dzwonią do kolejnych pacjentów z listy oczekujących, a nam to w graj: woleliśmy zaryzykować szympansiego adenowirusa i baaaardzo rzadkie powikłanie (średnio 1 przypadek zakrzepicy z małopłytkowością na 250 000 to 0,0004% szansy: dla porównania szansa na trafienie piątki w totka wynosi 0,0018%, więc jest o 4,5x większa) w imię nabycia częściowej odporności[1] już z początkiem maja. 

Konkretnie wyglądało to tak, że - po primaaprilisowej aferze z przekładaniem terminów szczepień - w środę 7 kwietnia odebrałam z zaskoczenia telefon (umawiałam terminy dla siebie i miauża z mojej komórki) z Instytutu Medycyny Wsi z pytaniem "mąż jest u nas zapisany na szczepienie 21 maja, czy nie chciałby się zaszczepić JUTRO?" Jerzemu termin "na jutro" średnio pasował, ale powiedziałam, że ja bardzo chętnie - w efekcie ja dostałam termin na 8 kwietnia, a Jerzy na 11 kwietnia. Nie powiem, byliśmy mocno zaskoczeni tym nagłym zwrotem akcji.

Miauż miał ciut więcej szczęścia ode mnie, bo szczepił się w niedzielę rano, kiedy w punkcie szczepień panowały pustki. Ja niestety natrafiłam na sporą kolejkę w ciasnym korytarzu, a co gorsza w ten tłumek, gdzie stali m.in. seniorzy (na oko 80+), radośnie wparowało babsko i zapytało "Przepraszam, czy tutaj można zrobić test na koronawirusa? Bo ja jestem przeziębiona i chciałam się przetestować..." Jak już z ankietą wypełnioną pod okiem wesołego żołnierza (standardowa: czy w ostatnim czasie miało się pozytywny wynik testu na koronawirusa, objawy chorobowe, jeździło się za granicę itp.) trafiłam do gabinetu, to sama kwalifikacja i szczepienie przebiegły błyskawicznie: ostrzeżenie od lekarza, żeby spodziewać się objawów grypopodobnych trwających do 48 h po szczepieniu, ostrzeżenie od pielęgniarki, żeby przez dwa dni nie pić alkoholu i nie uprawiać sportu, sprawne DZIAB igiełką w ramię, nakaz odczekania jeszcze 15 minut na korytarzu i do domu.

Znajomi straszyli mnie, że po szczepionce AZ (znanej też jako Ostry Zenek, Astralny Zenek lub Ostra Żaneta) można się spodziewać absolutnie wszystkiego z 40 stopniami gorączki włącznie, więc nie powiem, byłam ciekawa, co mnie czeka. Zastrzyk dostałam w czwartek w samo południe, po 22 wieczorem zaczęłam odczuwać dreszcze, a nazajutrz rano obudziłam się z podwyższoną temperaturą, łamaniem w kościach i uczuciem ociężałości – organizm ewidentnie domagał się koca i kanapy. Ramię bolało, ale nie jakoś bardzo. Część dnia przedrzemałam, a po południu dopadł mnie dość silny ból głowy, który ustąpił po paracetamolu. Generalnie dzień gorszego samopoczucia, ale spokojnie do przeżycia. W sobotę czułam się już zupełnie normalnie (tylko ręka nadal bolała przy niektórych ruchach, w sumie nadal pobolewa, ale to najmniejsza uciążliwość) i zaliczyłam standardowe 8000 kroków spaceru. Miauż zaszczepiony o 9 rano w niedzielę dostał gorączki na wieczór, raportował te same odczucia co ja – pobolewanie mięśni, dreszcze, ból ramienia, chęć zalegania na kanapie pod kocem – i poczuł się lepiej w poniedziałek po południu.

W kręgu moich znajomych są osoby, które przeszły covid z mniej lub bardziej nieprzyjemnymi konsekwencjami (jeden kolega właśnie leży w lubelskim szpitalu pod tlenem, raportuje, że pod dobrą opieką), a bliski krewny – młodszy ode mnie – niestety zmarł na to goowno w Niedzielę Wielkanocną; nie ukrywam, że mocno to wpłynęło na moją decyzję, żeby się zaszczepić ASAP niezależnie od tego, że szczepionka Astry Zeneki ma teraz trochę gorszą prasę. Tzn. statystyki mówią, że dla mnie koronawirus pewnie nie byłby bardzo groźny (choć bałam się powikłań kardiologicznych), ale im prędzej wyszczepi się znaczący procent populacji, tym prędzej epidemia zacznie wygasać. Mamy też z Jerzym plan, żeby już w drugiej połowie maja, korzystając z częściowej odporności, pojechać w jakieś polskie góry; zobaczymy, czy się uda.

Na zdjęciu – kanapowanie poszczepienne. Ten koc jest z prawdziwej wełny owczej i darzę go wielką miłością.




[1] Jeśli dobrze pamiętam statystyki, to pierwsza dawka szczepionki AZ po 3 tygodniach od zaszczepienia zapewnia ok. 70-76% ochrony przed zachorowaniem na objawowy COVID-19.



2021-04-04

Wielkanoc 2021


Kochani! Rok śmignął nie wiadomo kiedy, i oto przed nami druga pandemiczna Wielkanoc. Weselsza, mimo wszystko, niż święta w czasach wielkich epidemii dżumy czy cholery (wyobrażacie sobie, jak wyglądało życie społeczne w obliczu zarazy, która wybijała całe rodziny w ciągu 2 dni od pojawienia się pierwszych objawów choroby?). Smutni panowie grabarze nie wywożą trupów wozami za miasto, a wypicie szklanki nieprzegotowanej wody nie grozi szybką, bolesną śmiercią. A że żyjemy w państwie z dykty i patyków… cóż, dopóki jesteśmy zdrowi, serniczek wielkanocny nie smakuje od tego gorzej. To jest dzisiaj optymizm na miarę moich możliwości.

Wszystkim, którzy tu zaglądają, życzę przede wszystkim zdrowia, zdrowia, jeszcze raz zdrowia, tudzież możliwie szybkiego powrotu do normalności bez koronkowych obostrzeń. A poza tym smacznego jajka, smacznego serniczka i pięknej, zielonej wiosny z ciepłą, trochę deszczową pogodą, żeby wszystko rosło i kwitło jak szalone!

Obraz na dziś: Giotto di Bondone, "Zmartwychwstanie". 1303-1305. Padwa, Capella dell'Arena.

Przed Giottem malarze przedstawiali Zmartwychwstanie Chrystusa jako scenę przybycia trzech kobiet do grobu, gdzie anioł przy otwartym grobowcu mówi: "Jezusa szukacie onego Nazareńskiego, który był ukrzyżowany; wstał z martwych, nie masz go tu" (Marek 16, 6).

U Giotta zamiast trzech kobiet widzimy zmartwychwstałego Jezusa w biało-złotych szatach, który ukazuje się Marii Magdalenie, jak opisuje to Ewangelia św. Jana. Na pustym grobie (czy to różowy marmur?) siedzą dwaj świetliści aniołowie, a na ziemi śpi grupa żołnierzy w zbrojach. Jezus, który objawił się po prawej stronie obrazu, ma na dłoniach i stopach rany po gwoździach, a w ręku trzyma chorągiew z napisem "VICTOR MORTIS" (zwycięzca śmierci). Jego gest w stronę Marii Magdaleny mówi "Noli me tangere" - nie dotykaj mnie! Jednak wyciągnięte ręce kobiety sugerują, że nie jest ona w stanie dotknąć Zbawiciela: ukazał się w pozaziemskim wymiarze (jego odzienie jest bardzo podobne do szat aniołów).

Płaskie złote aureole za głowami postaci są typowe dla obrazów Giotta, a niebo pokrywa, jak przypuszczam, kosztowna ultramaryna. Zioła pod stopami Chrystusa mają być może jakieś znaczenie symboliczne (nie potrafię rozpoznać, co to za rośliny, ale specjaliści na pewno wiedzą.) Ciekawe, co śni się żołnierzom?






2021-02-13

Mistyczna biel śniegu

 

Jako urodzona pesymistka świadoma zmian klimatycznych nie sądziłam, że doczekamy się w tym roku takiej pięknej, jasnej, mroźnej i śnieżnej zimy, jaką pamiętam z dzieciństwa! (Znajoma namawia, żebym sprawiła sobie sanki, ale aż tak szalona nie jestem i pozostanę przy spacerach.) Jedyne zastrzeżenie, jakie mam do obecnej pogody, to że przy robieniu zdjęć telefonem muszę zdejmować rękawiczki (na spacery zakładam dwie pary - rękawiczki owcze z jednym palcem, a pod spód zwykłe wielopalczaste z dzianiny) i grabieją mi ręce...

Od bardzo dawna nie zamieszczam tu już wpisów ciekawostkowych o symbolach, ale dziś mnie tknęło, że ciekawie byłoby sprawdzić symbolikę śniegu, po czym odkryłam ku swemu zaskoczeniu, że w "Słowniku symboli" Władysława Kopalińskiego nie ma w ogóle hasła "śnieg". Są natomiast obszerne hasła poświęcone poszczególnym barwom, w tym oczywiście bieli. Kopaliński pisze:

"Kolor biały jest symbolem doskonałości, duchowości, życia (wiecznego), uświęcenia, świętości, chwały, zbawienia, objawienia, odkupienia, odrodzenia [...] niewinności, dziewictwa, czystości [...] strachu, tchórzostwa; śmierci, żałoby [...] światła, (powrotu) dnia, świtu [...] Ulubiony przez bogów kolor ofiar zwierzęcych u Rzymian. Starożytni kapłani (również druidzi) nosili przeważnie białe szaty liturgiczne. Białe konie ofiarowywano Słońcu, białe byki wybierali na ofiarę druidzi, białe słonie były święte w Syjamie. Na Wschodzie kolor biały jest synonimem starszeństwa, wyższości [...] Białość łączy się z absolutem, z początkiem i końcem, stąd często stosowana przy ceremoniach narodzin, wtajemniczenia, ślubu i śmierci."

Co ciekawe, stroniczkę dalej dowiadujemy się też, że

"Ludzie lubiący kolor biały są rzekomo nudni, nawni, z kompleksami donżuańskimi..."

Ciekawe, kto i na jakiej podstawie wysnuł taki wniosek?

W innym "Słowniku symboli", którego autorem jest Juan Eduardo Cirlot, znalazło się hasło poświęcone śniegowi, ale jest króciutkie i enigmatyczne. Informuje, że spadły, pokrywający ziemię śnieg oprócz pokrewieństwa ze wszystkim, co spada z nieba (deszcz, rosa, pioruny) mógłby symbolizować esencję samej ziemi. Przeciwstawiony niebu tworzy oś biel-błękit o charakterze mistycznym (cokolwiek by to miało znaczyć). 

Podejrzewam, że nieskazitelny śnieg może mieć szczególne znaczenie symboliczne dla srebrnych magów w świecie Zmroczy. Zapewne istnieją jakieś szczególne rytuały odprawiane przez nich zimą oraz zaklęcia, które można rzucić tylko wtedy, kiedy ziemię pokrywa warstwa świeżego, czystego śniegu. Warto by kiedyś pójść tym tropem.

Na zdjęciach - różne zimowe widoczki spacerowe z końcówki stycznia.