2020-09-02

Kawałek czegoś

 

Po ponad dwumiesięcznej przerwie zaczęłam pracować nad nowym projektem. Ponieważ z realizacją moich planów bywa w praktyce różnie, nie wiem jeszcze, czy ostatecznie wyjdzie z tego książka, opowiadanie czy falstart. Jedno jest pewne - fantastyki w tym nie będzie ani grama. Swoim zwyczajem podrzucam fragmencik z warsztatu.


* * *


Marek Kędra zaczął się irytować w okolicach dwudziestej drugiej. Dzwonił do żony już po raz trzeci, ale miała wyłączoną komórkę. Zapowiedziała mu rano, że planuje załatwiać sprawy w mieście i wróci późno, ale do tej pory „późno” zawsze znaczyło „w porze kolacji”. Aldona w dni robocze starała się spędzać wieczory w domu, żeby poświęcić ten czas córce i żeby Marek mógł spokojnie popracować w porze, kiedy mózg sowy sprawnie działa. To był jeden z niepisanych układów, na których opierało się ich małżeństwo. Teraz Lilka marudziła, że nie wie, jak odrobić pracę domową z polskiego i że potrzebuje nowych sznurówek, mama je kupiła w poniedziałek, tylko gdzie leżą?

W szafkach w przedpokoju panował burdel nie z tej ziemi, bo Aldonie wiecznie brakowało czasu, żeby tam wszystko poukładać jak należy. Marek nie miał pojęcia, gdzie szukać tych cholernych sznurówek. Lilka upierała się, że muszą koniecznie być białe, cienkie. Po pięciu minutach szperania znalazł jakieś, ale czarne, grube i za długie.

Powiedział córce, żeby mu na razie nie zawracała głowy sznurówkami, mama na pewno zaraz wróci, to poszuka. Kazał jej odrobić szybciutko ten nieszczęsny polski i zbierać się do łazienki, a sam spróbował zadzwonić do Aldony po raz czwarty. Znów usłyszał, że abonent jest czasowo niedostępny lub ma wyłączony telefon. Przeklął pod nosem i wrócił do sprawdzania kolokwiów z analizy matematycznej.

Kwadrans później Lilka najwyraźniej uznała, że aby zmagać się z polskim o tej porze, jej mózg potrzebuje uderzeniowej dawki glukozy, bo poszła do kuchni, nastawiła wodę na herbatę i zagarnęła napoczętą paczkę delicji szampańskich. Marek powstrzymał się od zwrócenia córce uwagi, że ostatnio wybrzydzała przy obiedzie na kotlety, bo mają mnóstwo kalorii. Po raz chyba dwusetny spojrzał na zegar w komórce, po czym zamaszyście przekreślił czerwonym długopisem pół strony bzdur i napisał obok „0 pkt”.

O dwudziestej trzeciej do sprawdzenia zostało mu jeszcze tylko osiem kolokwiów, a z pokoju Lilki dobiegała cicha, charakterystyczna muzyczka jej ulubionej gry komputerowej. Marek otworzył uchylone drzwi bez pukania.

– Grasz? O tej porze? Lekcje odrobione?

– Tak!

– To ściel łóżko i zmykaj do łazienki.

– Piję herbatę! – Wskazała swój ulubiony kubek z niebieskim kotem.

– To szybciutko pij do końca. Raz dwa. – Ignorując gwałtowny protest córki, Marek zamknął grę, po czym wyłączył komputer i wyszarpnął wtyczkę z gniazdka.

Zabrał puste opakowanie po delicjach i wyszedł do kuchni. Wyjrzał przez okno na parking. Pusto, cicho, szlaban na wjeździe zamknięty. Ani śladu reflektorów kremowej hondy.

Młoda oczywiście ociągała się z powędrowaniem do łazienki, więc wrócił do jej pokoju i znacząco pokazał godzinę na komórce. Kiedy z teatralnym niezadowoleniem wreszcie zabrała piżamę i poszła się myć, chwilę bił się z myślami, po czym wybrał numer szwagierki.

Dagmara odebrała po trzecim dzwonku.

– Przepraszam, nie obudziłem cię? – upewnił się bez sensu. Rozmawiając z nią zawsze czuł się zbity z tropu i spięty.

Młodsza siostra Aldony oraz jej matka były ulepione z identycznej gliny. Zawsze traktowały go uprzejmie, z dyskretnym pobłażaniem zarezerwowanym dla osobników niepełnosprytnych, takich jak matematyk zatrudniony na uczelni. Nie zmieniało to faktu, że najchętniej utopiłyby go w łyżce wody. No, powiedzmy – rozwiodły i wyprawiły w skarpetkach na drugi kraniec globu z biletem w jedną stronę.

– Nie, nie obudziłeś. Właśnie smażę dżem.

Wizja eleganckiej, zawsze wymalowanej, wyżakietowanej i wypazurzonej Dagi smażącej dżem – w listopadzie? – zbiła Marka z tropu jeszcze bardziej, więc czym prędzej przeszedł do meritum.

– Nie wiesz może, co się dzieje z Aldoną? Kontaktowała się dzisiaj z tobą? Nie wraca z miasta i nie mogę się do niej dodzwonić. Ma wyłączony telefon.

– Kurczę, nie, nic nie wiem! – Daga ewidentnie się zaniepokoiła. – A długo jej nie ma? Kiedy miała wrócić?

– Nie wiem. Planowała dzisiaj załatwiać różne sprawy.

– Dobra. Po kolei. Kiedy ją ostatnio widziałeś?

– No, rano. Wyszliśmy razem kwadrans po ósmej, podrzuciła mnie na uczelnię. Jak wróciłem po siedemnastej, to jej nie było.

– Czekaj, czyli w zasadzie nie wiesz, czy w ogóle wróciła z pracy? I nie meldowała się smsowo? Nie zostawiła ci żadnej kartki, nic?

– Nie.

– Kurczę, jest po dwudziestej trzeciej! Wzięła auto, tak?

– Wzięła.

Daga cmoknęła nerwowo.

– Słuchaj, zadzwonię do mamy, może ona coś wie. Jeśli Donia nie wróci do północy, dzwoń po szpitalach, może miała wypadek.

– Po nocy mam dzwonić? Nie lepiej poczekać do rana?

– Ja bym nie czekała. – Dagmara chyba chciała dodać coś jeszcze, ale ugryzła się w język. – Dobra, to tymczasem. Zamelduję, jeśli czegoś się dowiem.

Rozłączyła rozmowę nie czekając na odpowiedź.

Marek stał przy kuchennym oknie i gapił się na parking oraz pustą ulicę za szlabanem. Lilka zdążyła się wykąpać, umyć zęby, powiedzieć mu trochę obrażonym tonem rytualne dobranoc i zamknąć się u siebie, zanim komórka piknęła. Sms od Dagi.

„Mama nic nie wie. Jak Donia wróci, daj znać, martwimy się.”

Do tej pory Marek zakładał, że Aldonę coś po prostu zatrzymało, ale hasło „wypadek” sprawiło, że zaczął się martwić już na serio. Po raz piąty spróbował dodzwonić się do żony. Z łatwym do przewidzenia skutkiem.

Zmusił się, żeby wrócić do salonu i sprawdzić resztę kolokwiów. Dwie trzecie jak zwykle oblane, klasyka. Tuż przed północą zadzwoniła Daga.

– I co, nie ma jej?

– Nie.

– Cholera. Marek, może ja obdzwonię te szpitale?

– Czekaj, nie panikujmy. Może… – Zaciął się, bo nie potrafił wymyślić żadnego wystarczająco logicznego, prawdopodobnego i uspokajającego „może”.

Przemknęło mu przez głowę, że może Aldona postanowiła go zostawić, prysnąć do jakiejś cholernej Irlandii i zacząć tam nowe życie. Ale nie, przecież nie zrobiłaby tego Lilce.

– Tu nie ma na co czekać. Dzwonię po szpitalach – zadecydowała Daga.

Kiedy się rozłączyła, Marek znów poszedł do kuchni. Stanął przy oknie i gapił się na widoczne w oddali światła innych osiedli.

Starał się zachować spokój, ale intuicja matematyka już mu podpowiadała, że z tego Dagowego dzwonienia nic nie wyniknie.



* * *



Dagmara Szymańska gotowała się ze złości, niepokoju i frustracji.

– Marek. Jest dziewiąta rano. Szpitale obdzwonione drugi raz. Aldony nie ma. Musisz iść na komisariat i zgłosić zaginięcie – powtórzyła wolno i wyraźnie, jakby rozmawiała z dzieckiem.

– W przypadku dorosłego chyba nie przyjmą tak szybko zgłoszenia?

– Przyjmą! Nie trzeba czekać czterdziestu ośmiu godzin, to bzdura!

– To słuchaj, ty idź i zgłoś. Możesz?

Gdyby nie to, że rozmawiali przez telefon, Daga chętnie walnęłaby szwagra w głowę, żeby pan doktor habilitowany się ogarnął.

– Ja? To twoja żona! Ty z nią mieszkasz!

– Ja mam dzisiaj zajęcia od dziesiątej do… Ach, szlag. Szlag. – Do Marka chyba z opóźnieniem dotarło, że nie ma innej opcji, jak odwołać te zajęcia, ile by ich nie było, i brać urlop na żądanie.

– Zapisz sobie, w co była ubrana, kiedy wychodziła z domu – poradziła mu litościwie Daga. – I zabierz aktualne zdjęcie.

– Nie wiem, w co była ubrana, kiedy wychodziła do miasta! Skąd mam wiedzieć? Przecież mogła wrócić po pracy do domu i się przebrać.

– Nie kombinuj. Powiedz, co miała na sobie rano i tyle.

– Nie pamiętam, co miała na sobie!

– Mareczku, do jasnej…

– Dobrze już. Dobrze. Jakoś to ogarnę. Nie krzycz na mnie. – Chociaż nie widziała szwagra, Daga wiedziała, że Marek przechadza się teraz nerwowo, targając jedną ręką te swoje kręcone szpakowate włosy, które zawsze podobały się Aldonie i jego studentkom na pewno też. – Słuchaj, jeśli Aldona… Jeśli jakimś cudem szybko się nie znajdzie… Będziemy potrzebowali plakatów, nie?

– Jak już wrócisz z komisariatu, to przyślij mi na maila opis i zdjęcie, które dasz policji. – Daga już kalkulowała w myślach, do kiedy musi odłożyć robienie swoich zleceń i do kogo musi zadzwonić w związku z tym. – Mam kolorową drukarkę, wydrukuję plakaty. I może założę wydarzenie na fejsie, zobaczę.

Wiedziała, że właśnie robi wszystko, żeby stwarzać wrażenie osoby gotowej do działania i panującej nad sytuacją, ale w głowie miała kompletny mętlik. Co innego czytać o zaginięciach w prasie, a co innego... Cholerny mózg nerwicowca już usłużnie podsuwał jej historie o tym, jak ofiarę wypadku znajdowano w roztrzaskanym aucie gdzieś w odludnym miejscu dopiero po kilkunastu czy kilkudziesięciu godzinach. A może Donia straciła nagle pamięć jak ten pacjent, o którym profesor Tułaj opowiadał przy wielkanocnym stole? Czterdziestolatek wybiegł w styczniu na przystanek autobusowy za córką w wieku szkolnym, żeby jej dać zapomniane buty na zmianę, a godzinę później karetka zgarnęła go błąkającego się bez kurtki w innej dzielnicy. Pamiętał, jak się nazywa, ale nie potrafił podać, gdzie mieszka, ile ma lat i dokąd idzie. Epizod przejściowej globalnej amnezji, tak to się chyba fachowo nazywało. Czy Donia miałaby dość przytomności umysłu, żeby poprosić o pomoc? Czy ludzie wezwaliby pogotowie?

Daga rozłączyła się z Markiem i ponownie uruchomiła Google, żeby poczytać więcej o tym, jakie są procedury w przypadku zaginięć. Aldona ewidentnie zaliczała się do osób, które „opuściły miejsce swojego ostatniego pobytu w okolicznościach nie uzasadniających niezwłocznej potrzeby zapewnienia ochrony ich życia, zdrowia lub wolności, albo udzielenia pomocy”. Czyli nie ma co liczyć, że policja zorganizuje poszukiwania. Informacja przekazana do mediów, dane umieszczone w bazach i na tym koniec.

Zamyśliła się nad kolejnym zdaniem. „Osobami zaginionymi drugiej kategorii są również osoby, które okazywały wcześniej niezadowolenie z własnej sytuacji życiowej lub zamiar jej zmiany, a także osoby zaginione, które opuściły miejsce pobytu z własnej woli lub zabierając swoje rzeczy.”

Małżeństwo Doni z Markiem nie było szczęśliwe. Stabilne, owszem. Nawet na swój sposób zgodne. Ale trwało głównie na mocy argumentu „mamy dziecko, duży kredyt hipoteczny i nikt nikogo nie bije, więc rozwód nam się nie opłaca”. Od jakiegoś czasu nie kryli się z tym specjalnie, zwłaszcza Aldona. Cholera, a może jednak strzeliło jej do głowy, żeby spakować walizeczkę i dać dyla, zostawiając Lilkę Markowi? Może poznała kogoś? Nie zwierzyłaby się młodszej siostrze. Wbrew pozorom nigdy nie były ze sobą zżyte.

Telefon zadzwonił. Żołądek Dagi ścisnął się w twardą kulkę, kiedy zobaczyła na wyświetlaczu „Mama”. Odebrała.

– I co, nie ma jej? – zapytała nerwowo Jolanta Szymańska-Tułaj.

– Nie ma. Marek właśnie zgłasza na policji zaginięcie.

– Czemu on? Czemu ty nie poszłaś?

– Bo ja ją ostatnio widziałam dwa tygodnie temu, a on wczoraj rano?

– Powinnaś była pójść z nim. Wiesz, jaki jest Marek.

– Poradzi sobie. Mamo, słuchaj, damy ci znać, kiedy coś będzie wiadomo.

– Nie. Przyjedź do mnie – rozkazała Jolanta tonem, który Daga doskonale znała i który nie dopuszczał możliwości sprzeciwu. – Muszę ci coś powiedzieć.

– O Doni?

– Tak.


4 komentarze:

  1. Aj, narobiłaś mi apetytu! Ładnie to tak? 😉 Pisz resztę!

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy2.9.20

    brzmi fenomenalnie :)
    czekam na ciąg dalszy i mam nadzieję, że jednak nie wyjdzie z tego bubel, w każdym razie nie zapowiada się

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy3.9.20

    Świetnie się to czyta. Poproszę całość. :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy3.9.20

    Brzmi ciekawie...

    OdpowiedzUsuń