2016-12-12

Droga przez piekło


Cormac McCarthy, "The Road" 10/10

Lubię ponure książki. Ciężkie, mroczne, paskudne jak rdzewiejący wrak szambowozu. Pokazujące beznadzieję biedy, okrucieństwa wojny albo bezlitosną siłę nałogu. Takie, po których człowiek ma ochotę umyć sobie mózg.

Nie wiem, jak to się stało, że słynną powieść Cormaca McCarthy'ego przeczytałam dopiero w tym roku. Poniższego wpisu nie należy traktować jak recenzji, a jedynie jak garść subiektywnych refleksji po lekturze. Oczywiście wiem, że nakręcono też film z Viggo Mortensenem (powiem jedno - Mortensen zdecydowanie lepiej pasuje wizualnie do roli ojca z "Drogi" niż do roli Aragorna we "Władcy pierścieni"; od piętnastu lat usiłuję tego filmowego Aragorna wymazać z pamięci i nie daję rady), ale na razie nie planuję go oglądać, nie będąc miłośniczką ekranizacji. 

Powieść dzieje się na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych kilka lat po niesprecyzowanym kataklizmie - mogło to być uderzenie wielkiego meteorytu, raczej nie wojna nuklearna, bo w żadnym momencie nie pada wzmianka o promieniowaniu - który wyniszczył praktycznie całe życie roślinne i zwierzęce. Nie wiadomo, czy zniszczenia objęły całą Ziemię, czy jedynie dużą część Ameryki Północnej. Ojciec z synkiem, który urodził się krótko po katastrofie (w książce syn zachowuje się jak sześcio- czy siedmiolatek, w filmie jest starszy) wędrują piechotą na południe w nadziei, że tam łatwiej będzie im przetrwać zimę. Wędrują pustymi autostradami przez ruiny miast i zgliszcza lasów. Właściwie cała książka to opis ich walki o przetrwanie - rozpaczliwe poszukiwanie żywności w opuszczonych domach oraz ukrywanie się przed kanibalami. W świecie, w którym egzystencja człowieka została sprowadzona do walki o przeżycie, o każdy kolejny dzień i odrobinę jedzenia, "Droga" pokazuje dwa bieguny człowieczeństwa: z jednej strony instynkt przeżycia prowadzący do bezlitosnego zabijania słabszych, z drugiej - miłość i altruizm.

Lektura zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie. Czytałam książkę w oryginale i pochłonęłam ją praktycznie jednym tchem. McCarthy pisze niesamowicie obrazowym stylem - w efekcie oszołomiło mnie posępne piękno tych wszystkich opustoszałych szos, spalonych lasów i milczących ruin. Jednak podczas gdy moja poetycka dusza zachwycała się opisami spustoszonej Ameryki, cyniczny umysł biologa zaczął kwestionować detale. Bohaterowie żywią się przeterminowanymi puszkami, są wychudzeni, ale nie mają żadnych objawów szkorbutu ani niedoboru białka - nie krwawią im dziąsła, nie puchną nogi. Nie mają też problemu z niegojącymi się skaleczeniami czy ropniami, chociaż jest mowa o śmierdzącej brudnej odzieży oraz owijaniu nóg w łachmany i folię. W pewnym momencie jedzą zbrązowiałe, zeschnięte jabłka z sadu, piją wodę z rowu i nie kończy się to biegunką. Ponieważ McCarthy szczegółowo opisuje męki głodu, a także choroby (ojciec kaszle krwią, a syn w pewnym momencie łapie infekcję z gorączką), mam silne podejrzenia, że dążył do maksymalnego realizmu, ale zabrakło mu wiedzy - może czytał za mało wspomnień z obozów koncentracyjnych czy łagrów. 

Świat przedstawiony też prowokuje do zadawania pytań. Nawet przy założeniu, że tajemnicza katastrofa objęła jedynie część terytorium Stanów Zjednoczonych, a nie całą Ziemię (gdyby wyniszczeniu uległy wszystkie rośliny na naszej planecie, w atmosferze zabrakłoby tlenu i zginęłoby praktycznie wszelkie życie), jest to mało prawdopodobny scenariusz. Życie na Ziemi na przestrzeni milionów lat zaadaptowało się do niezwykle zróżnicowanych środowisk, a człowiek, choć dzierży palmę pierwszeństwa pod względem inteligencji, na tle innych gatunków nie jest ani przesadnie odporny na trudne warunki, ani nie rozmnaża się zbyt sprawnie (dla porównania - samica szczura osiąga dojrzałość płciową w wieku 5 tygodni i jest w stanie rodzić jeden miot za drugim; ciąża trwa 21-23 dni, a każdy miot może liczyć od 7 do nawet 17 młodych). Wielkie wymieranie dinozaurów (spowodowane prawdopodobnie uderzeniem olbrzymiego meteorytu, co wywołało pożary, zanieczyszczenie atmosfery i długotrwałe zmiany klimatyczne) doprowadziło jedynie do tego, że dominujące miejsce w przyrodzie zajęły inne gatunki. Skoro w realiach "Drogi" w spopielonym, spustoszonym świecie nadal żyją ludzie, i to na tyle licznie, że kanibale tworzą wędrujące "plemiona", prowadzące ze sobą niewolników jako żywy zapas pokarmu - powinny żyć też mniejsze ssaki, które pożywią się trupami ludzi oraz zostawianymi przez nich resztkami. Powinny żyć szczury, lisy, zdziczałe psy; powinny żyć owady (karaluchy, muchy, mrówki, dżdżownice, przeróżne krocionogi i inne takie, co zjadają resztki materiału organicznego), a skoro owady, to i ptaki. A ponieważ nader obficie pada deszcz - zanieczyszczony popiołem, ale mimo wszystko jest to woda nadająca się do picia - wśród błota i pogorzelisk powinny nieśmiało wegetować rośliny; istnieją gatunki, których nasiona są specjalnie przystosowane do tego, żeby kiełkować w spalonej ściółce po pożarze lasu, oraz tak zwane gatunki pionierskie, wyspecjalizowane w zasiedlaniu miejsc pozbawionych roślinności, wliczając w to nagą skałę albo ścianę wieżowca. Nawet na mroźnej i niegościnnej Antarktydzie, w miejscach wolnych od lodu i śniegu, w załomach skalnych rosną mchy i porosty.

Na wszystkie powyższe wątpliwości można oczywiście odpowiedzieć, że autor mógł celowo pominąć niektóre szczegóły w opisie świata. Akcja "Drogi" zaczyna się jesienią - główny bohater przypuszcza, że prawdopodobnie jest październik - można więc założyć, że brak roślinności częściowo wynika z pory roku, a fakt, że bohaterowie ani razu nie widzą żywego szczura czy owada (raz odsiewają szczurze bobki ze znalezionych resztek kaszki kukurydzianej), nie znaczy, że żadne zwierzęta nie przeżyły katastrofy; po prostu pokazanie jakiejkolwiek żywej istoty oprócz ludzi zburzyłoby obraz martwego, spalonego pustkowia. 

Jacek Dukaj napisał w felietonie "Bo my niesiemy ogień", że "Droga" to "czarna jak węgiel elegia po tym kolorowym raju, w którym żyjemy, nie zdając sobie sprawy z naszego szczęścia". Ja bym skomentowała, że "Droga" ładnie przypomina każdemu mieszkańcowi krajów rozwiniętych, co to znaczy nie móc zaspokoić podstawowych potrzeb z hierarchii Maslowa. Natomiast akurat taki scenariusz zagłady świata, jak przedstawiony w powieści McCarthy'ego, jest mało prawdopodobny - raczej nie musimy się bać, że niedobitkom ludzkości przyjdzie kiedyś wieść żałosną egzystencję na gruzach zniszczonego świata. Globalny kataklizm o takim zasięgu i sile, żeby spowodować zagładę przyrody (uderzenie meteorytu, gigantyczne wybuchy wulkanów, III wojna światowa przeradzająca się w nuklearny armagedon), wygubiłby też gatunek Homo sapiens. Nie będziemy dziesięć lat po katastrofie grzebali w popiołach w poszukiwaniu ostatniej ocalałej puszki coca-coli. A w tym "kolorowym raju", w którym teraz rzekomo żyjemy, to raczej my sami jesteśmy wężem, który zatruwa rzeki, zalewa ziemię asfaltem i betonem oraz wytwarza hałdy śmieci. Mogłabym z przymrużeniem oka dopisać epilog do "Drogi" - kilkanaście czy kilkadziesiąt lat później z nieba przestają padać czarne deszcze, stopniowo odradza się pokrywa roślinności i... na ruinach cywilizacji dopiero teraz powstaje prawdziwy raj. Cichy, zielony i bezludny.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza