2019-04-13

Biesiada w królestwie sylfów


Nie mam dziś głowy do kombinowania nad wpisem, więc zamiast tego dzielę się fragmencikiem tekstu świeżo zdjętym z warsztatu.


"Zastanawiając się później, gdzie i kiedy zrobiła fałszywy krok, Irill doszła do wniosku, że stało się to jeszcze na przyjęciu.

Lenaard Narimallen, półkrwi sylf, poeta i śpiewak będący w łaskach u królowej Feanmuile, z pompą świętował swoje dwusetne urodziny. Irill była przyzwyczajona do przepychu – spędziła cztery lata na dworze króla Talme – ale w Etherei, latającej stolicy powietrznego królestwa, splendor przybierał inne formy niż w świecie ludzi. Sylfy gustowały w tym, co rzadkie i niezwykłe.

Rozwieszone pod sklepieniem złote sieci pełne uwięzionych błędnych ogników. Majolikowe donice z krzewami błękitnych róż, których pędy pięły się wzdłuż marmurowych kolumn. Mosiężne kadzielnice w kształcie pokracznych gnomów i wznoszący się z nich dym najdroższych kadzideł, jak żywica słonecznego krzewu czy korzeń lilii drasedyjskiej. Rzeźby z cukru naśladujące wybryki natury: dwugłowe konie, dzieci zrośnięte tułowiami, hybrydy gadzio-ssacze i ssaczo-ptasie. Jednak najdziwniejsza ze wszystkiego była występująca w sali biesiadnej grupka garbatych tancerzy. Odziani w fioletowe stroje z pomponami pląsali niezgrabnie, lecz rytmicznie przy akompaniamencie bębna, w który walił człowiek tak gruby, że przypominał bezkształtną górę ciasta wbitą w kolorowe szaty. Irill zawsze się dziwiła, czemu sylfy przy całym swoim zamiłowaniu do słońca, kwiatów i sztuki za atrakcyjne uważają rzeczy, które ludzi przyprawiłyby raczej o dreszcz wstrętu. Miała skojarzenia z motylami, które obsiadają nawóz i padlinę.

Narimallen zgromadził wokół siebie krąg artystów, aspirujących artystów, zamożnych snobów i próżniaków oraz niebogatych pochlebców liczących na protekcję. Spora część tego towarzystwa wyżej od poezji ceniła sobie haszysz i wino zaprawione halucynogenną esencją utalhixtal. Przede wszystkim jednak przez otoczenie Narimallena przewijało się wielu ludzi, czego nie można było powiedzieć o dworze królowej Feanmuile, gdzie wszystkie ważne, mniej ważne i nawet całkiem nieważne stanowiska piastowały sylfy czystej krwi. Jako półsylf, Narimallen był pozytywniej nastawiony do śmiertelników niż rodacy jego matki, nawet jeśli na kochanki wybierał wyłącznie sylfidy.

Kiedy Irill przed dwoma laty przybyła do Etherei, mogła polegać wyłącznie na swojej urodzie i fałszywym nazwisku camarryjskiej szlachcianki, które tutaj niewiele znaczyło. Przez krótki czas była metresą ambasadora salamander, potem związała się z człowiekiem, kompozytorem Melannim, a gdy zmarł – zdaniem medyków na serce – pozostała w kręgu Narimallena, gdzie zdążyła nawiązać kilka przydatnych znajomości. Wynajmowała apartament na piątym poziomie latającej wyspy, miała suknie i klejnoty, pokojówkę, kucharkę i własną skrzydlatą lektykę. Nikt nie dociekał, skąd brała pieniądze.

Chętnie pojawiała się na przyjęciach i balach, nie budziła jednak zainteresowania prominentów i z rozmysłem do tego nie dążyła. Zwykle kręciło się wokół niej paru mało znaczących adoratorów oraz znudzona sylfia młodzież, lecz dziś uwaga wszystkich skupiała się na Narimallenie i jego nowej muzie, zielonoskrzydłej śpiewaczce Dindelis w sukni ozdobionej perłami i strusimi piórami. Solenizant, odziany w brokatową szatę, w różanym wieńcu na głowie, właśnie polecił tancerzom zakończyć występ i teraz deklamował swój najnowszy poemat, podczas gdy wokół w najlepsze trwała biesiada, słudzy roznosili nektar i rozcieńczone wino."

Co byście wypili i zjedli na takim przyjęciu?



4 komentarze:

  1. Anonimowy14.4.19

    Pewnie płatki róż w sosie własnym.Pyłek pszczeli.Fiołki kandyzowane.
    Do rozcieńczonego wina pasuje.Oszczędna impreza.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo tak, fiołki kandyzowane! Ale i gołębie pieczone by pewnie serwowali, i pasztet z wróbli, i jajeczka nadziewane (oby nie fiołkami) :)

      Usuń
  2. Sushi (tylko żeby się inaczej nazywało), pieczone udka przepiórek, ptasie mleczko w cukrze.
    Teraz mi się nie chce sięgać, ale pięknie o jedzeniu pisał Moers w "Kocie alchemika" (https://mcagnes.blogspot.com/2010/03/kot-alchemika-walter-moers.html) pamiętam, że buzię rozdziawiałam z zadziwienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sushi to raczej w królestwie undyn ;) Dzięki za namiar na książkę, postaram się kiedyś po nią sięgnąć, chociaż opis fabuły brzmi trochę przerażająco (ta historia o szwarccharakterze i uratowanym krotku skojarzyła mi się z jednym upiornym opowiadaniem Sławomira Mrożka...)

      Usuń