2020-02-14

Pracowity luty i kolejny fragmencik z warsztatu



Melduję posłusznie, że zaciskam zęby i dalej walczę z piątym tomem "Teatru węży"! Literacka materia jak zwykle okazuje się kapryśna i oporna, zacięłam się na samej końcówce (do końca zostały mi 3 rozdziały, jakieś 75-80 tys. znaków). Zaczęłam też poprawiać i redagować całość od początku - pierwsze rozdziały były już kilkakrotnie poprawiane, ale ja mam manię cyzelowania tekstu tak długo, aż będę zadowolona. 

Cichutko szepnę, że ta książka chyba was zaskoczy, wyszła dość mocno inna od poprzednich tomów! Na razie podrzucam kolejny fragmencik, tym razem z pierwszego rozdziału.



* * *

Wśród tych, którzy zarabiali bronią na życie, a jednocześnie wywodzili się z najpodlejszego marginesu – byli odmieńcami, dziećmi skazańców lub wyrzutkami z innych przyczyn – walki na arenie za pieniądze nie cieszyły się wcale najgorszą sławą. Ryzykowało się, owszem, ale zarobek był tego wart. Jednakże osiem walk na śmierć i życie z drapieżnymi hybrydami czy potworami z astralu plus kontrakt z magiem podpisany własną krwią – to wyglądało jak niemal pewny przepis na wąchanie stokrotek od spodu.
Jak mogłem być tak głupi? – monologował w duchu Rożek, rozkładając ekwipunek w ciasnej, śmierdzącej przebieralni. Był spóźniony. Tęgoskór, Dziki i Zgryz wyszykowali się wcześniej. Spektakle zazwyczaj otwierał występ Jazgarza, ale cholerny szczęściarz leżał dziś chory, przez co wprawdzie nie zarobi trzystu leri, ale prawie na pewno przeżyje kolejny tydzień. W przypadku Rożka i pozostałych istniała duża szansa, że przed wieczorem ich zwłoki zostaną odwiezione na wózku do laboratorium, gdzie możny mag będzie mógł przeprowadzić sekcję, a potem wedle upodobania wypchać ich jak upolowane zwierzęta, zakonserwować ich organy w spirytusie albo po prostu rozkazać, by ciała spalono.
Rożkowi nie spieszyło się do wąchania stokrotkowych korzeni, ale mógł winić wyłącznie siebie. Za chciwość i brawurę. Zwolniony ze służby u poprzedniego pana – niczym się nie naraził ani nie zaniedbał obowiązków, lecz jego powierzchowność jak zwykle stanowiła problem – dał się skusić werbownikowi maga Kerbriharda obiecującemu wysokie wynagrodzenie za każdą walkę. Kontrakt opiewał na osiem spektakli, ale Rożek już po pierwszym pojął, że ma małe szanse dotrwać do końca.
Ściągnął tunikę, otworzył słoiczek z lwią maścią i jął nią nacierać pierś oraz ramiona. Mięśnie będą go nazajutrz boleć jak po ciężkiej pracy w kamieniołomach, ale to stanowiło najmniejszy problem. Chciał przede wszystkim przeżyć.
Biegły w alchemii akolita Kerbriharda co tydzień warzył lwią maść, bo dzięki temu gawiedź mogła liczyć na ciekawsze widowisko. Rożek pomyślał o czwororękiej odmiance – nie zdążył poznać jej imienia – która w poprzednim tygodniu stoczyła walkę z dwiema grgolicami. Nie przeżyła, ale dzięki maści starcie trwało kilka spektakularnych minut zamiast dobiec końca zaraz po tym, jak stwory ruszyły do ataku.
Zamknął słoiczek i zawołał Brodawkę, żeby ten pomógł mu włożyć przeszywanicę i pancerz. Posługacz – chudy, szaroskóry, cały w kalafiorowatych naroślach, od których pochodziło jego miano – w pewnej chwili zabełkotał nieśmiało, wskazując otwarte okno, za którym słońce prażyło piaszczysty dziedziniec.
Tak, wiem, że jest późno – mruknął Rożek. Chudzielec działał mu na nerwy. Miał maślane, niezgrabne łapy i był tępy jak stołowa noga. – Co robisz z tym rzemieniem, ciołku! Piłeś czy co?
Posługacz znów zabełkotał, wskazując okno.
Gorąco jest, wiem. Trudno, trza być twardym. – Rożek sprawdził, czy Brodawka porządnie zapiął klamry mocujące stary, powgniatany napierśnik.
Chudzielec zabełkotał po raz trzeci.
Co jest, kurzy móżdżku? – Rożek wreszcie wyjrzał za okno. – A, o nią ci chodzi. Nie, nie mam pojęcia, kto to.
W cieniu kwitnącej lipy, obok koniowiązu, sam pryncypał areny rozmawiał z damulką w falbaniastej czarnej sukni, kapeluszu z woalką i złotej symbiotycznej masce. Trzymała wiklinowy koszyk, z którego wystawiał pysk zwierzak, chyba mops. Wyglądało na to, że rozmowie towarzyszą silne emocje, bo pryncypał gestykulował niczym aktor na scenie, na przemian gnąc się w ukłonach i wznosząc oczy tudzież ramiona ku niebu, jakby wzywał na świadków siły nadprzyrodzone. W końcu poprosił damulkę do pawilonu, gdzie miał swoje biuro. Szła drobnymi kroczkami, omijając rozrzucone w pyle końskie łajno. Zaintrygowany Rożek odprowadził ją wzrokiem. Symbiotyczne maski były przede wszystkim atrybutem próżnych elegantek, ale mógłby się założyć, że tej jejmości chodziło raczej o to, żeby ukryć przed postronnymi swoją tożsamość. Ciekawe, co ją tu sprowadziło. Poszukiwała zbiegłego sługi?
Nadeszła pora, żeby udać się na arenę. Zza parkanu już dobiegały gromkie pokrzykiwania gawiedzi. Rozpoczynała się pierwsza walka: Tęgoskór albo Zgryz przeciwko krokodylej hybrydzie, tak na rozgrzewkę. Krokodyle hybrydy były na szczęście stosunkowo głupie, miały tylko twardą skórę oraz mnóstwo zębów.
Dziki ze Zgryzem oczekiwali na swoją kolej w krytym przejściu przy kracie. Kiedy Rożek do nich dołączył, skrwawiony i kulejący Tęgoskór właśnie dobijał trójgłową hybrydę, której ogon wciąż jeszcze chlastał zbryzgany czerwienią piasek. Publiczność wiwatowała, ale jakoś bez przekonania. Walki odbywały się raz w tygodniu – zdaniem Rożka zbyt często. Okolicznej ludności już się opatrzyły, a przez miasteczko Nikeli-Lys nie przejeżdżało aż tylu podróżnych, żeby spektakle cieszyły się oszołamiającym powodzeniem, choć na zakładach można było przy odrobinie szczęścia zarobić ładną sumkę.
Srebrny mag Kerbrihard ar Vanth strzegł Ekwilibrium nad jeziorem Nikel – w mowie magów ta nazwa znaczyła „klejnot” – gdzie często dochodziło do zachwiań ze względu na przebiegające w pobliżu granice rozległych enklaw Elity: terenów wyciętych ze świata ludzi i przeniesionych w całości do któregoś z dominiów astralnych. Aby utrzymać Zmroczę w równowadze na tym konkretnym obszarze, potrzebna była arena: śmierć, cierpienie i burzliwe emocje tłumu w starannie odmierzonych dawkach. Rzecz jasna, w spektaklach nigdy nie ginęli ludzie. To byłoby wbrew prawu magów. Niepozorne Nikeli-Lys – garść domów otaczających ryneczek, gdzie stał drewniany ratusz z wieżyczką i zegarem – leżało na ziemiach podległych miastu Shan Vaola, zatem faktycznie podlegało władzy Elity.
Możny mag zaszczycił nas dziś swoją obecnością – oznajmił Zgryz.
Wskazał biało odzianą postać zajmującą honorowe miejsce na trybunach, pod daszkiem z tkaniny. Brzuchogłów, który zapowiadał walki, siedział rząd niżej. Też rzucał się z daleka w oczy, bo w pomarańczowo-zielonym kaftanie wyglądał jak pasiasta dynia.
Tęgoskór zdołał w końcu odrąbać miotającej się w drgawkach hybrydzie trzeci łeb i kuśtykając zszedł z areny, żegnany niezbyt entuzjastycznymi oklaskami. Znudzony felczer z pomocnikiem ruszyli, żeby się nim zająć. Posługacze przybiegli, by usunąć truchło i zasypać plamy krwi świeżym piaskiem.
Rożek ze zdziwieniem spostrzegł poruszenie w rogu trybun. Zbiegł tam Brzuchogłów i gestykulował z emfazą, całkiem jak wcześniej pryncypał. Został delikatnie, lecz stanowczo odsunięty na bok. Damulka w czarnej sukni i kapeluszu z woalką weszła na trybuny i zajęła miejsce przy samej barierce areny. Wyjęła mopsa z koszyka i wzięła go na ręce, najwyraźniej po to, by i on mógł podziwiać widowisko.
Oniemiały Brzuchogłów otrząsnął się po chwili, chrząknął, zaczerpnął tchu.
Panie i panowie, za moment kolejna walka! Powitajcie oklaskami Rożka, dzielnego wojownika z podziemnych krypt Shan Vaola! Proszę o aplauz!
Krata podniosła się ze zgrzytem. Zgryz klepnął Rożka w ramię. Ten raźnym krokiem wyszedł na arenę i zmrużył oczy, gdy oślepiło go słońce. Powitano go milczeniem. Rogaty, włochaty odmieniec z racicami zamiast stóp nigdy i nigdzie nie budził sympatii.
Rozejrzał się po trybunach. Bilet kosztował symboliczne dwa leri, więc trochę tych widzów jednak było. Co najmniej połowę stanowili stali bywalcy, którzy zarabiali na zakładach i kochali to. Nie brakowało też ciekawskich przyjezdnych ani dzieciarni, która wchodziła za darmo.
Trzeba było zacząć od małego popisu na rozgrzewkę. Młynki bronią, piruety, parę salt. Niemrawe oklaski przycichły, gdy Brzuchogłów zadął w gwizdek.
Podniosła się krata zasłaniająca przeciwległe wejście na arenę, połączone krytym przejściem z menażerią. Wojownik zastygł w bezruchu z rapierem w pogotowiu.
Na arenę wyszła postać w pelerynie z kapturem. Rożek zaczął mieć bardzo złe przeczucia.
Przeciwnik zsunął kaptur, odsłaniając upiorne kredowobiałe oblicze z krwawymi szparami oczu i pionową szparą w miejscu nosa. Ukazał w uśmiechu rząd zębisk zdolnych kruszyć kości jak suche patyki. Przerośnięte dziąsła podobne wałom surowego mięsa nie dodawały mu urody.
Potem z przejścia wyłonił się drugi kształt. Masywny, na czterech lwich łapach, porośnięty płową sierścią, ale z głową kobiety. Jej rudawe włosy były brudne, zbite w strąki.
Brzydal wziął rozbieg i zwinnie wskoczył na grzbiet hybrydy, a ta wydała przenikliwy okrzyk, bijąc się ogonem po bokach. Rożek poczuł, że zasycha mu w ustach. Chciał krzyknąć, że tego nie było w kontrakcie, ale tylko by się ośmieszył.





2 komentarze:

  1. Anonimowy15.2.20

    No,niezłe! Krokodyle hybrydy?!

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy16.2.20

    Tekst kończy się w najciekawszym momencie. Ładnie to tak?

    Paszczaczek

    OdpowiedzUsuń