2017-01-01

Czas postanowień


1 stycznia to taki miły leniwy dzień, kiedy wszyscy odsypiają poprzednią noc i człowiek, który nie ma akurat dyżuru w pracy ani pilnego zlecenia, czuje, że chwilowo nic nie musi.

Sylwester minął spokojnie. Słuchaliśmy z mężem "Lohengrina", czytaliśmy każde swoją książkę (w moim przypadku był to Mistrz Pú Pú autorstwa Hideyukiego Niki), o północy obejrzeliśmy z okna fajerwerki i wypiliśmy z moimi rodzicami alzackie wino musujące (dobre, o lekko morelowym aromacie). Ponieważ bierze mnie katar, z żalem darowałam sobie dzisiaj noworoczny spacer i zamiast tego "dłubię w blogach". 

Lubię podejmować postanowienia nawet wtedy, kiedy doskonale wiem, że życie je zweryfikuje, i nie traktuję zmiany planów jako porażki, dopóki COŚ udało się zrobić i COŚ osiągnąć. To jak z wycieczką w góry; zależy mi, żeby gdzieś dojść, coś zobaczyć i miło spędzić dzień, a jeśli nie da się z jakiegoś powodu pójść na Rysy (bo na przykład widać, że po południu będzie burza), nie mam nic przeciwko temu, żeby zmodyfikować zamiary i przejść się magistralą tatrzańską. Dlatego spisuję dzisiaj listę postanowień noworocznych z pełną świadomością, że w ciągu roku priorytety na pewno ulegną modyfikacji i zamiast niektórych planowanych celów zrealizuję inne. 

Ostatnie lata nie były złe, ale patrząc wstecz widzę, co przydałoby się zmienić. Czytam za mało książek (wprawdzie oznacza to, że te przeczytane dość dobrze pamiętam po latach, ale lista ciekawych pozycji do przeczytania nieustannie się wydłuża, wstyd mi też za "luki w wykształceniu" czyli nieznajomość dzieł, które powinnam znać). Bardzo chcę pisać więcej, systematycznie i planowo, a nie tylko gnać od tłumaczenia do tłumaczenia jak w 2015 i w pierwszej połowie 2016. I wreszcie - trzeba trochę zadbać o zdrowie i kondycję, żeby kolejnego wyjazdu w góry nie przypłacić znowu jakąś kontuzją. W 2015 udawało mi się ruszać całkiem systematycznie i z dobrym skutkiem, ale w 2016 coś mnie wybiło z rytmu i przez większość roku cierpiałam na przewlekły syndrom zasiedzenia w domu. Kilogramów mi od tego nie przybywa, ale mam niemiłą świadomość, że owoce braku ruchu zbiera się z opóźnieniem (dyskopatia, anyone?), a im dłuższa przerwa, tym trudniej się znowu wdrożyć w rytm.

A zatem w 2017 roku zamierzam:

- czytać codziennie

- pisać codziennie (blogi też się liczą)

- systematycznie notować "wyniki" czyli przeczytane tytuły oraz liczbę napisanych słów

- NAPISAĆ TĘ POWIEŚĆ, co jej nie mogę napisać od 2 lat

- uprawiać sport tak konsekwentnie jak w 2015.

Na zdjęciu po prawej widnieje TYLKO CZĘŚĆ (mniej więcej połowa...) książek, które kupiłam lub dostałam w prezencie w ostatnich latach i jeszcze ich nie przeczytałam. W niektórych tkwią zakładki, bo zaczęłam je czytać i odłożyłam. Trzeba się zmierzyć z tą stertą, bo sama się nie przeczyta! 

Chodzą mi po głowie różne pomniejsze projekty i marzenia, ale zobaczymy, jak będzie z ich realizacją. W góry pojedziemy w tym roku z mężem prawdopodobnie tylko raz, na krótko, i nie będą to Tatry. 

Trochę mi nieswojo, ilekroć pomyślę, że "jeszcze wczoraj" był rok 2011, 2012, a teraz jest już 2017... Lekko przeraża mnie uczucie czasu przepływającego między palcami, tak jakby ktoś wcisnął klawisz szybkiego przewijania, ale cóż począć.

Niech to będzie dobry rok. Dla nas wszystkich.



3 komentarze:

  1. Anonimowy1.1.17

    Jak najbardziej! Niech to będzie dobry rok i niech się spełnią plany.
    Powodzenia w pracy i czytaniu.
    Ja chcę schudnąć.:)
    Czytanie mi idzie akurat,skończyłam Piskorskiego"Czterdzieści i cztery" i "Złodziejkę książek". Bardzo mi się podobały.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, "Złodziejkę książek" ktoś mi już polecał! Dopisuję do listy!

      Usuń
  2. Anonimowy3.1.17

    Co ja zrobiłam! Powiększyłam listę! Hans,nie zwracaj uwagi!

    Chomik

    OdpowiedzUsuń