2020-11-15

Ponure słowo na niedzielę

 

Słuchajcie, co tu dużo mówić: jest źle. Nawet jeśli nie wszyscy boimy się koronacji, to albo uważnie śledzimy sytuację w kraju, albo w trosce o własne zdrowie psychiczne staramy się zamykać oczy i nie patrzeć. Iluś moich znajomych albo właśnie choruje na covid, albo jest w trakcie zdrowienia, albo zamartwiają się losem bliskich leżących w szpitalu. Wprawdzie SARS-Co-V2 to słaby zawodnik w porównaniu z bakteriami dżumy, cholery albo wirusem ospy prawdziwej, ale dla nas żyjących w XXI wieku szokiem pozostaje samo doświadczenie epidemii, nawet takiej ze śmiertelnością rzędu 2% (dla przypomnienia: nieleczona ospa prawdziwa miała śmiertelność od 25 do 50% u osób nieszczepionych, dżuma dymienicza ok. 90%, dżuma płucna blisko 100%) i załamywania się systemu opieki zdrowotnej (jeszcze na początku ubiegłego wieku śmierć w domu, bez opieki lekarskiej nie była niczym niezwykłym niezależnie od tego, czy akurat trwała jakaś epidemia, czy nie). Zdawało się, że w roku 2020, w czasach pokoju i dobrobytu my, mieszkańcy krajów rozwiniętych żyjemy w stosunkowo bezpiecznej bańce - cóż, pandemia zweryfikowała to przekonanie.

Podczas gdy krzywa zgonów cichutko, ale nieubłaganie rośnie, polski net w coraz większym stopniu przypomina wrzący gar pełen dramatycznych doniesień ze szpitali oraz politycznych przepychanek (najnowszy gorący temat – państwowe wsparcie dla artystów, czyli komu władza chce zrekompensować sute kwoty utraconych dochodów). Tymczasem szaremu obywatelowi, który nie pracuje w opiece zdrowotnej ani w Sanepidzie, pozostaje w zasadzie tylko unikać niekoniecznych spotkań z ludźmi, nosić maseczkę, dbać o odporność i wyrabiać PKB, o ile nie zalicza się do tych, których pandemia pozbawiła źródła dochodów. Jeśli macie możliwość, wpłaćcie grosik na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, a poza tym nieustająco trzymajcie się ciepło i uważajcie na siebie. Na dniach postaram się napisać tu coś bardziej optymistycznego.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza