Ze spraw mniej optymistycznych: od pewnego czasu obserwuję u siebie niepokojącą eskalację syndromu "kiedy próbuje się systematycznie żonglować wieloma piłeczkami, część zawsze spada na ziemię", to znaczy część rzeczy, które chciałabym robić co tydzień lub przynajmniej kilka razy w miesiącu, jest notorycznie odkładana na później - w tym niestety prowadzenie bloga... Krążył za mną wpis na Dzień Kobiet o ulubionych bohaterkach literackich, którego oczywiście nie napisałam, bo poprawiałam artykuł i robiłam tłumaczenie opowiadania (artykuł odesłany, nad przekładem wciąż jeszcze pracuję). W zamian rzutem na taśmę dokończyłam - na laptopie miauża, kiedy mój sprzęt leżał w serwisie i czyszczono mu trzewia - kolejne opowiadanko do planowanego zbioru opowiadań. Co prawda krótkie, bo liczące sobie niecałe 13 tysięcy znaków, ale PRZYNAJMNIEJ JEST! Do napisania nadal pozostaje jakieś 100 tysięcy znaków i ten fakt oczywiście cieszy mnie nieco mniej.
Wobec braku wpisu z prawdziwego zdarzenia, podrzucam kawałeczek tekstu. Opowiadanie dzieje się w północnej części Bieszczadów, czyli na obszarze zamieszkanym przez lud Bojków (nie mylić z Łemkami), tuż za dzisiejszą granicą polsko-ukraińską, po ukraińskiej stronie. Nigdy nie byłam w okolicy miejscowości wymienionych w tekście, ale nieźle znam tereny po stronie polskiej - okolice Komańczy i Turzańska oraz położony bardziej na zachód Beskid Niski. Akcja rozgrywa się na samym początku XIX wieku lub ciut wcześniej i bazuje na znanej opowieści ludowej.
* * *
Choć morowe powietrze budziło niegdyś powszechny lęk, niezbyt często nawiedzało tereny górskie. Zarazy regularnie pustoszyły miasta i wsie na nizinach, zwłaszcza latem, ale w karpackich lasach morowice znano głównie ze strasznych opowieści snutych półszeptem przy piecu w długie zimowe noce, gdy na zewnątrz hula zawierucha. Jednak zdarzyło się pewnej wiosny, pod koniec kwietnia, że zły wiatr przywiał morowicę na wschód od Lutowisk, w okolice Limnej.
Historię o dzielnym Ołeksiju, czarnowłosej Marii i strzale z flinty zapisał w latach sześćdziesiątych krakowski etnograf z adnotacją, że opowiedziała mu ją staruszka handlująca suszonymi śliwkami na targu w Sanoku. Dodała też, że ponad ćwierć wieku przed akcją „Wisła” można było usłyszeć te i inne gawędy od ślepego muzykanta Teodora Bortniaka, którego babka urodziła się we wsi Smereczka w czasach, gdy boginki jeszcze porywały dzieci z kołysek. Czy w opowieści Teodora pobrzmiewa jakieś echo prawdziwych wydarzeń, czy też jest zmyślona od początku do końca? A jakie ma to znaczenie?
* * *
Wczesnym rankiem Ołeksij i jego ojciec szli leśną drogą ze Smereczki na przełęcz. Zmierzali do sąsiedniej doliny, na targ do Limnej. Stary Dmytro prowadził jałówkę, a Ołeksij niósł pęk lisich i kunich skórek.
Słońce jeszcze nie wzeszło, las spowijały mgły. Rosa srebrzyła trawę, a ptaki darły się tak, jakby po raz pierwszy dotarło do nich, że jest wiosna. Ołeksij rozmyślał o tym, że Marija, córka Ihora, uśmiechnęła się do niego w poprzednią niedzielę, gdy zamienili kilka słów przed cerkwią, i tydzień wcześniej też. Miała najczarniejsze włosy ze wszystkich dziewcząt w Smereczce, cudne rumieńce i błysk w oku, i od święta nie zakładała brunatnego sukiennego łajbika z czerwonym haftem, tylko gorset wyszywany w kolorowe kwiaty, jak dziewczęta z bogatszych wsi na zachód od Cisnej.
– No, żwawiej, bo i na południe nie zajdziem – rzucił niecierpliwie Dmytro, oglądając się na syna.
Zawstydzony Ołeksij przyśpieszył kroku, nadal rozmyślając o Marii.
Gdy dotarli na przełęcz, skąd było już widać w oddali dachy Limnej, zdjął czapkę, żeby otrzeć czoło. Raz i drugi pociągnął nosem, bo w powietrzu unosił się odór padliny. Gdzieś wśród drzew musiało gnić truchło sarny czy jelenia, z którym nie rozprawiły się jeszcze wilki i kruki.
– Tam do kata – wyszeptał naraz Dmytro, a jego ogorzała twarz pobladła.
– Co?
Ojciec wyciągnął rękę.
– Patrz.
Niebo było bezchmurne, a nad lesistymi wzniesieniami ścieliły się płasko mgły, zapowiedź pięknej pogody. Ołeksij zmrużył oczy. Coś się poruszało niżej, ponad doliną – słabo widoczny kształt na tle łąk, ni to kłąb dymu, ni nie wiedzieć co. Szybowało ociężale z wiatrem, oddalając się od nich.
Postać. Szara, półprzejrzysta, odziana jakby w powiewające strzępy szmat. Zdawało się, że sfruwając niżej ciemnieje, nabiera materialności. Teraz Ołeksij widział zarysy kościstych kończyn, trzepoczące łachmany czy bandaże. Wezbrała w nim mdląca zgroza, ścisnęła za gardło mimo świadomości, że wiatr – dzięki Bogu! – wieje w drugą stronę.
– Czy to…?
– Tak. – Dmytro przeżegnał się śpiesznie raz i drugi. – Morowica.
Patrzyli wstrzymując oddech, jak złowrogie widmo frunie na zachód, w stronę widocznych w oddali zabudowań Limnej. Potem zawrócili, by czym prędzej zejść z widoku.
Choć morowe powietrze budziło niegdyś powszechny lęk, niezbyt często nawiedzało tereny górskie. Zarazy regularnie pustoszyły miasta i wsie na nizinach, zwłaszcza latem, ale w karpackich lasach morowice znano głównie ze strasznych opowieści snutych półszeptem przy piecu w długie zimowe noce, gdy na zewnątrz hula zawierucha. Jednak zdarzyło się pewnej wiosny, pod koniec kwietnia, że zły wiatr przywiał morowicę na wschód od Lutowisk, w okolice Limnej.
Historię o dzielnym Ołeksiju, czarnowłosej Marii i strzale z flinty zapisał w latach sześćdziesiątych krakowski etnograf z adnotacją, że opowiedziała mu ją staruszka handlująca suszonymi śliwkami na targu w Sanoku. Dodała też, że ponad ćwierć wieku przed akcją „Wisła” można było usłyszeć te i inne gawędy od ślepego muzykanta Teodora Bortniaka, którego babka urodziła się we wsi Smereczka w czasach, gdy boginki jeszcze porywały dzieci z kołysek. Czy w opowieści Teodora pobrzmiewa jakieś echo prawdziwych wydarzeń, czy też jest zmyślona od początku do końca? A jakie ma to znaczenie?
* * *
Wczesnym rankiem Ołeksij i jego ojciec szli leśną drogą ze Smereczki na przełęcz. Zmierzali do sąsiedniej doliny, na targ do Limnej. Stary Dmytro prowadził jałówkę, a Ołeksij niósł pęk lisich i kunich skórek.
Słońce jeszcze nie wzeszło, las spowijały mgły. Rosa srebrzyła trawę, a ptaki darły się tak, jakby po raz pierwszy dotarło do nich, że jest wiosna. Ołeksij rozmyślał o tym, że Marija, córka Ihora, uśmiechnęła się do niego w poprzednią niedzielę, gdy zamienili kilka słów przed cerkwią, i tydzień wcześniej też. Miała najczarniejsze włosy ze wszystkich dziewcząt w Smereczce, cudne rumieńce i błysk w oku, i od święta nie zakładała brunatnego sukiennego łajbika z czerwonym haftem, tylko gorset wyszywany w kolorowe kwiaty, jak dziewczęta z bogatszych wsi na zachód od Cisnej.
– No, żwawiej, bo i na południe nie zajdziem – rzucił niecierpliwie Dmytro, oglądając się na syna.
Zawstydzony Ołeksij przyśpieszył kroku, nadal rozmyślając o Marii.
Gdy dotarli na przełęcz, skąd było już widać w oddali dachy Limnej, zdjął czapkę, żeby otrzeć czoło. Raz i drugi pociągnął nosem, bo w powietrzu unosił się odór padliny. Gdzieś wśród drzew musiało gnić truchło sarny czy jelenia, z którym nie rozprawiły się jeszcze wilki i kruki.
– Tam do kata – wyszeptał naraz Dmytro, a jego ogorzała twarz pobladła.
– Co?
Ojciec wyciągnął rękę.
– Patrz.
Niebo było bezchmurne, a nad lesistymi wzniesieniami ścieliły się płasko mgły, zapowiedź pięknej pogody. Ołeksij zmrużył oczy. Coś się poruszało niżej, ponad doliną – słabo widoczny kształt na tle łąk, ni to kłąb dymu, ni nie wiedzieć co. Szybowało ociężale z wiatrem, oddalając się od nich.
Postać. Szara, półprzejrzysta, odziana jakby w powiewające strzępy szmat. Zdawało się, że sfruwając niżej ciemnieje, nabiera materialności. Teraz Ołeksij widział zarysy kościstych kończyn, trzepoczące łachmany czy bandaże. Wezbrała w nim mdląca zgroza, ścisnęła za gardło mimo świadomości, że wiatr – dzięki Bogu! – wieje w drugą stronę.
– Czy to…?
– Tak. – Dmytro przeżegnał się śpiesznie raz i drugi. – Morowica.
Patrzyli wstrzymując oddech, jak złowrogie widmo frunie na zachód, w stronę widocznych w oddali zabudowań Limnej. Potem zawrócili, by czym prędzej zejść z widoku.
kolejne opowiadanko do planowanego zbioru opowiadań
OdpowiedzUsuńO,świetnie!!!
Ty za dużo od siebie wymagasz.Wyluzuj trochę.Doba ma tylko 24 godziny...:)
Morowica fajna.
Chomik
Marija - Marii, tak jak żmija - żmii.
OdpowiedzUsuńHeil grammar!
Poprawione, dzięki!!
Usuń