2022-04-18

Wielkanocny królik pocieszenia (sama nie wiem, czy obok życzeń, czy zamiast)


W tym roku prawie dojrzałam do rewolucyjnej decyzji, żeby zarzucić składanie życzeń z okazji świąt, których nie świętuję i w sumie neguję ich sens (jestem agnostykiem, więc nie celebruję aspektu religijnego, argument "bo waga tradycji" też nie całkiem mnie przekonuje - zawsze uważałam, że tradycje to wdzięczny obiekt badań dla socjologów, antropologów i etnografów, a niekoniecznie coś, co faktycznie warto kultywować ręką własną). Ale każda okazja jest dobra, żeby życzyć sobie i otoczeniu, żeby wiosna 2022 wypadła w praktyce lepiej niż się zapowiada. Już mniejsza o pogodę (chociaż w Lublinie temperatura na dworze od trzech dni oscyluje w okolicach 7 stopni Celsjusza - tyle samo jest w mojej lodówce...), ale bardzo bym chciała przed końcem kwietnia przeczytać jakieś lepsze wieści ze świata. Na przykład żeby rosyjska gospodarka i rosyjski budżet wojenny podzieliły co rychlej los krążownika "Moskwa". Nie jestem optymistką w tej kwestii, ale hej, pomarzyć zawsze można.

Wielkanocny królik pocieszenia (zdjęcie ukradzione z internetów, a dokładniej stąd) dedykowany jest wszystkim, którzy - jak ja - nie zdążyli przez ostatnie dwa dni uczciwie odpocząć, ale nie mieli też siły nadganiać zaległej roboty, więc zaległości tylko się nawarstwiły, facepalm... Raczej nie dam rady naszykować corocznego wpisu o jakimś obrazie powiązanym z Wielkanocą, bo nawet nie zgrałam jeszcze zdjęć z dwóch wyjazdów, które udało mi się zaliczyć w ciągu ostatniego miesiąca. Moje życie to jedno wielkie #nieogarniam i stado tłustych Zaległosiów jak na jednym z obrazków nieocenionej Chaty Wuja Freda. Jeśli uda mi się przynajmniej napisać na dniach opowiadanie, które powinnam była oddać wczoraj, i uporać się z korespondencją, której nie zdążyłam ogarnąć przed świętami (a mogłam sobie darować piątkowo-sobotni fitness ze szmatą, miauż jak ten wąż z Raju podszeptywał szatańsko, żeby odpuścić i pokochać egzystencję w bałaganie), to w nagrodę spróbuję tu wrzucić minirelację z Euroconu w Luksemburgu. Tak, w drugim tygodniu kwietnia wywiało mnie aż tam!




2022-04-02

Kto się boi czarnego mola?

 

Przez ciągłe funkcjonowanie w niedoczasie nie zdążyłam w tym roku wymyślić primaaprilisowego wpisu blogowego. Na moje usprawiedliwienie - i tak nie przebiłabym psikusa, jakiego spłatała nam pogoda (nie wiem jak u Was, ale w Lublinie od wczorajszego ranka bez przerwy sypie śnieg, wszędzie jest biało, nic tylko lepić bałwany). Cóż, tymczasem zrobił się 2 kwietnia, na pomysłowe fejki już za późno (acz widziałam wczoraj kilka świetnych - najbardziej spodobała mi się informacja, że amerykański łazik Perseverance zderzył się na Marsie z chińskim łazikiem, co pociągnęło za sobą konsekwencje na szczeblu dyplomatycznym), więc tylko podzielę się z Wami czymś na rozweselenie, bo ten kwietniowy atak zimy załamał nawet moje koty.

Bardzo lubię w internetowym życiu towarzyskim takie sytuacje, gdzie jeden wpis (dawno temu na listach dyskusyjnych, później na forach, teraz na Facebooku) pociąga za sobą kaskadę spontanicznej głupawki. Ostatnio jedna znajoma, która nie przepada za owadami, wrzuciła na wallu zdjęcie wiadomości, którą zostawiła w kuchni ojcu:





W odpowiedzi posypały się komentarze, które postanowiłam spisać i podzielić się nimi z szerokim światem, bo są tego warte.

"W lodówce lata czarny mól i śmieje się, gdy dnieje. Nie zważa na rodziny ból, porzućcie więc nadzieję!"

"Czarny mól, lodówki król. Otwórzmy drzwi, sprawdźmy, czy śpi."

"I tak go zostawiłaś? Biedaczek się pewnie przeziębił..."

"Kawał o molu - ale nie tym w lodówce.
Mąż przyszedł do domu za wcześnie, kiedy kochanek jeszcze w nim był. Kochanek schował się oczywiście do szafy w sypialni, ale już zrobił się wieczór, mąż położył się spać, a kochanek w tej szafie utknął. Po północy kochanek decyduje się na wyjście, nakłada na siebie futro, żeby tłumiło dźwięki i rusza do drzwi. Ale, niestety, mąż ma czujny sen.
- A ty kto?
- Ja? Mól.
- A futro?
- Futro? W domu zjem!"

Padła też propozycja, żeby zaśpiewać na melodię "Dumki na dwa serca" z "Ogniem i mieczem":

"Mój ty molu czarnooki, czy wypiłeś mleko, soki? Mój ty molu czarnogrzbiety, gdzie podziały się kotlety? Molu z czarną twą główeczką, czy zagryzłeś paróweczką? Skąd ta czerń żałobna, molu, czy nie było alkoholu?"

Tymczasem właścicielka walla podsumowała:

"Wy się śmiejecie, a ta piekielna stwora dalej jest w lodówce, bo ojciec nie znalazł i odmówił dalszego szukania, a ja się brzydzę. Nie dotknę tej lodówki, fu! Tak wyrzucę, w całości, z mrożonkami, prądem i hibernującym molem."

*

Z innej beczki - żeby tak kompletnie nie przegapić prima aprilisu, wrzuciłam wczoraj u siebie na fanpage'u kolejną iterację sprawdzonej zabawy "macie tu trzy informacje prawdziwe i trzy fejki, zgadujcie, które są które". Podałam, że mam w dorobku jedno opowiadanie kryminalne bez grama fantastyki, i zaskakująco dużo ludzi pomyślało, że to fejk. Opowiadanie jak najbardziej istnieje, nosi tytuł "Tajemnicze zniknięcie Bernadety" i ukazało się w antologii e-bookowej "Kryminalna 13" wydanej w 2014 r. przez Oficynę Wydawniczą RW2010. Rozbawiło mnie niedowierzanie, że mogłam napisać coś niefantastycznego - a swego czasu planowałam nawet powieść kryminalną! Wprawdzie ostatecznie odłożyłam ten pomysł do szuflady, ale notatki nadal mam, więc kto wie...




2022-03-29

Kwietniowa "Nowa Fantastyka" - trochę na wesoło, a trochę nie


Lubicie anegdoty? Opowiem Wam, jak ciężki bywa czasem los redaktora, i jak podczas montowania kwietniowego numeru "Nowej Fantastyki" do działu zagranicznego nieoczekiwanie uśmiechnęło się szczęście.

Tytułem wstępu: cykl wydawniczy "Nowej Fantastyki" wygląda tak, że numer kwietniowy (który trafił do szerokiej dystrybucji bodajże 24. marca, zaś część prenumeratorów dostała go ciut wcześniej) pofrunął do drukarni 8. marca, a materiały do niego były kompletowane w lutym. Ponieważ kwiecień = prima aprilis, leitmotivem numeru miał być humor. Długo szukaliśmy z Marcelim Szpakiem opowiadań zagranicznych, które byłyby zabawne w sposób błyskotliwy, oryginalny i nienachalny - żadne z nas nie przepada za ogranymi dowcipami i humorem na poziomie komika przewracającego się na skórce od banana. Zadanie okazało się  trudne, również dlatego, że z jakiegoś powodu fantastyka humorystyczna jest teraz chyba mniej popularna na Zachodzie niż kiedyś. Szukaliśmy, szukaliśmy i w końcu musieliśmy zadowolić się zestawem kompromisowym: dwa wesołe opowiadania o inwazjach kosmitów (Szpak ma słabość do kosmitów, więc tłumaczył oba), jedno ponure rosyjskie post-apo, które nie zmieściło się do marcowego numeru "ekologicznego", i jedno krótkie, dziwne opowiadanko z gatunku niepokojących (weird/horror?). Michał Cetnarowski dał do działu polskiego dwa humorystyczne teksty fantasy, w tym jeden mocno rubaszny o zapijaczonej wojowniczce, no i spoko. 23 lutego oddaliśmy do składu komplet opowiadań...

Dzień później Rosja najechała Ukrainę.

I nawet biorąc poprawkę na to, że jesteśmy czasopismem literackim, a nie Time'em czy innym Guardianem, kwietniowy numer humorystyczny w okamgnieniu się zdezaktualizował. 

Było już za mało czasu, żeby zupełnie zrezygnować z leitmotivu "humor", ale stonowaliśmy go, na ile się dało. Część zaplanowanej publicystyki wyleciała, zapijaczona wojowniczka została w trybie natychmiastowym wymieniona na posępny kryminał SF, JeRzy przygotował logo w wersji niebiesko-żółtej, a ja ekspresowo zasięgałam języka, czy rosyjskojęzyczna autorka Maria Galina nie jest przypadkiem proputinowska... (okazało się, że nie tylko nie jest, ale w dodatku mieszka w zagrożonej działaniami wojennymi Odessie).

Finalnie w części literackiej numeru mamy melanż tekstów delikatnie komediowych i ponurych. W dziale polskim - prześmiewcze fantasy Jacku Wróbla o mistrzu Haxerlinie (nie czytałam zbioru "Cuda i dziwy mistrza Haxerlina", ale po tym opowiadaniu poczułam się zachęcona) i wspomniany już mrooooczny kryminał SF Wiktora Orłowskiego o mieście, gdzie sprawująca władzę organizacja religijna kontroluje obywateli, implantując im wszczepy indukujące różne spersonalizowane fobie. Pomysł skojarzył mi się z twórczością Jacka Dukaja, natomiast gotycka estetyka trochę z filmem "Dark City", a trochę z "Wiekami światła" Iana McLeoda. W dziale zagranicznym zestaw otwiera posępne opowiadanie Marii Galiny o spustynniałej Ziemi skolonizowanej przez mordercze mandragory udające ludzi. Dalej mamy sympatyczny, przekorny tekst Sam Weiss o inwazji kosmitów oglądanej z perspektywy sfrustrowanego doktoranta (podwójnie zabawny dla każdego, kto ma w CV doktorat z nauk ścisłych) i równie optymistyczne opowiadanko Dantzel Cherry o emerytowanej primabalerinie, która musi przeprowadzić lekcję baletu dla dzieci przybyszy z kosmosu. Zestaw zamyka krótkie opowiadanie Laviego Tidhara, trudne do sklasyfikowania gatunkowo: przez Europę przetoczyła się bliżej niesprecyzowana wojna, część kontynentu jest skażona (nie wiadomo do końca, czym) i odizolowana, ale pewna firma wysyła tam lotników, żeby prowadzili z mieszkańcami (zainfekowanymi czy zatrutymi tym bliżej nieokreślonym czymś) handel wymienny. Tekst ma specyficzną budowaną z niedopowiedzeń atmosferę, trochę absurdalną, a trochę upiorną. Podziałał mi mocno na wyobraźnię.

W publicystyce znalazły się m.in. artykuł Kamila Śmiałkowskiego o komiksach, tekst Agnieszki Włoki o autorach fantastyki piszących kryminały i autorach kryminałów biorących się za fantastykę, a Kamil Muzyka obszernie i ciekawie opowiada o kosmicznym górnictwie. Mamy też wywiady z Piotrem Cholewą i z Kelly Barnhill - tu się pochwalę, że z autorką książki "Dziewczynka, która wypiła księżyc" rozmawiałam ja. Pytałam między innymi o podejście do procesu twórczego, o źródła inspiracji i preferencje czytelnicze. Kelly jest uroczą rozmówczynią, a jej twórczość serdecznie polecam (w kwietniowym numerze "NF" recenzujemy wspólnie z Marcelim Szpakiem jej zbiór opowiadań "Straszliwe młode damy i inne osobliwe historie", który miał premierę w lutym tego roku).

"Nową Fantastykę" znajdziecie w kioskach i empikach oraz w stacjonarnej księgarni wydawnictwa Prószyński i S-ka przy ul. Rzymowskiego 28 w Warszawie. Nieustannie zachęcamy do prenumeraty - wychodzi dużo taniej:

Możecie też skusić się na wersję mobilną, która właśnie obchodzi drugie urodziny:
https://onelink.to/nowafantastyka

Część tekstów znajdziecie także w aplikacji Lecton:
https://lectonapp.com/pl/podcast/nowa-audio-fantastyka

Swoją drogą - prawda, że w ostatnich miesiącach mamy piękne okładki? Bardzo mi się podobały lutowa i marcowa, a kwietniowa kontynuuje dobrą passę.






2022-03-19

Warszawskie Targi Fantastyki i antologia charytatywna "24.02.2022"


Kochani! W telegraficznym skrócie - czasy są złe, a perspektywy niepokojące, ale życie toczy się dalej i obok całego dramatu wojny, który media od trzech tygodni serwują nam 24/7 w formie relacji, zdjęć, reportaży, analiz i rozmów z ekspertami, przez cały czas mamy swoją normalność, w tym planowane od miesięcy imprezy kulturalne, które odbywają się zgodnie z planem. W najbliższą niedzielę - 20 marca - wybieram się na wiosenną edycję Warszawskich Targów Fantastyki (miejsce: Dom Towarowy Bracia Jabłkowscy, impreza zaczyna się w sobotę). Swoje spotkanie autorskie mam o 13:00, ale planuję przyjechać do Wawy porannym pociągiem, a wyjechać wczesnym wieczorem, więc będę się kręcić po terenie WTF-ów pewnie przez większość dnia. Liczę, że uda mi się spotkać z kilkoma znajomymi osobami i podpisać kilka książek.

Gdybyście potrzebowali więcej informacji na temat samej imprezy, zajrzyjcie na oficjalną stronę Warszawskich Targów Fantastyki - znajdziecie tam informacje o cenach biletów, zasadach akredytacji, mapkę, plan budynku itp. Poniżej harmonogram spotkań autorskich:




Mam też drugie ogłoszenie - literackie. Ci, którzy bywają na Facebooku, pewnie już wiedzą, że Wydawnictwo IX we współpracy z liczną grupą autorów, poetów i redaktorów szykuje dużą e-bookową antologię charytatywną zatytułowaną 24.02.2022, poświęconą w całości tematowi wojny w Ukrainie. Wśród zaproszonych autorów znaleźli się m.in. Łukasz Orbitowski, Radek Rak, Michał Cetnarowski, Magdalena Salik i Jakub Bielawski. Wstęp do zbioru napisał Wojciech Gunia. Cały dochód z antologii zostanie przeznaczony na wsparcie organizacji humanitarnej "Proliska" pomagającej cywilom na obszarach dotkniętych działaniami wojennymi.

I żeby uprzedzić ewentualne głosy krytyczne (bo już widziałam na Facebooku, że takowe się pojawiają). Słuchajcie - jest mnóstwo działań, w które można się zaangażować w ramach wspierania Ukrainy: od wolontariatu w różnych miejscach (kierowcy proponujący bezpłatny transport z przejść granicznych, pomoc w punktach recepcyjnych i informacyjnych oraz na dworcach, sortowanie darów w magazynach, telefoniczne udzielanie informacji...), poprzez oferowanie noclegów uchodźcom, po kupowanie darów na zbiórki, wystawianie fantów na bazarki pomocowe i wpłacanie twardej gotówki organizacjom, które pomagają uchodźcom (nasze lubelskie stowarzyszenie Homo Faber robi mnóstwo dobrej roboty w tym temacie i nieustająco poleca się uwadze) oraz nagłaśnianie akcji pomocowych w mediach społecznościowych. Jasne, napisanie opowiadania do charytatywnej antologii to drobny gest i zawiera ten odrobinę - nazwijmy to - mało szlachetny element, że przy okazji promujemy własne nazwisko. Ale skoro to kolejny sposób, żeby dorzucić swoją małą cegiełkę do ogromnej Sprawy, to czemu nie? Sądzę, że 90%, jeśli nie 95% autorów robi też równolegle inne rzeczy - na miarę swoich sił i możliwości finansowych.

No, tak czy inaczej - zarówno temat, jak i inicjatywa bardzo do mnie przemawiały, więc napisałam opowiadanie pt. "List do przyjaciółki", wysłałam je na otwarty nabór, zostało przyjęte i właśnie kończymy z redaktorem uzgadniać poprawki. Poniżej fragment ze środka, i mam nadzieję, że już niedługo będziecie mogli przeczytać całość!


"Czwartego dnia wojny, kiedy Zachód po wielu błaganiach objął sankcjami rosyjski bank centralny, a nasza armia odparła pierwszy atak na Charków, w jeden z bloków na moim osiedlu trafiła rakieta. Gdy wracaliśmy z metra, cały chodnik był zasypany gruzem, a Jana i Sasza koniecznie chcieli popatrzeć, jak strażacy gaszą pożar. Nakrzyczałam na nich, bo nie mogłam się pozbyć strachu, że za sekundę kolejny pocisk trafi prosto w nas. Postanowiłam, że zabierzemy z kuchni trochę jedzenia i wrócimy na stację, ale chwilę później na klatce schodowej zagadnął mnie sąsiad z góry, pan Kostenko. Powiedział, że właśnie pakują się z żoną, żeby jechać do Lwowa, mają duży samochód, i czy chcemy zabrać się z nimi? Nie zastanawiałam się ani minuty. Pobiegłam do mieszkania, wyciągnęłam z szafy torbę, plecaki i godzinę później byliśmy gotowi do drogi.

Nie wiem, co we mnie wtedy wstąpiło, może duch Ołeksija. Musiałam naprawdę działać jak w transie, żeby się spakować i opuścić mieszkanie, wiedząc, że wszystko, co zostawiliśmy w środku, przypuszczalnie przepadnie. Zawsze byłam przywiązana do przedmiotów. Ołeksij się z tego śmiał – on mógłby iść przez życie z jednym plecakiem. Mnie do dzisiaj boli, że musiałam zostawić książki, albumy ze zdjęciami (spakowałam jeden), pamiątki z wyjazdów, przedwojenny serwis po babci i całą szafę perełek ciuchowych wyszperanych na Vinted. Zabrałam dokumenty, świadectwa szkolne dzieci, trochę złotej biżuterii, medal przyznany Ołeksijowi pośmiertnie za służbę w Donbasie, laptop, najpotrzebniejsze ubrania, kosmetyczkę i kilka saszetek karmy dla kota. (Marik miał już traumę po dwóch nocach spędzonych na stacji metra, więc zadekował się za kanapą. Zanim wywlekłyśmy go stamtąd z Janą i załadowałyśmy z powrotem do transporterka, podrapał nas do krwi. Zastanawiałam się, czy go nie zostawić u sąsiadki z dołu, ale dzieci by mi tego nie wybaczyły i miałyby rację.)

Wyjechaliśmy jakoś tuż przed jedenastą. Sąsiad dla bezpieczeństwa kluczył bocznymi drogami, więc jazda trwała znacznie dłużej niż normalnie. Kilka razy mijaliśmy wojskowe pojazdy z niebiesko-żółtymi oznaczeniami. Marik darł się w transporterze, Sasza marudził, Jana próbowała go uspokajać, ja robiłam wszystko, żeby nie okazywać paniki, od której żołądek zaciskał mi się w supeł. Gdy dojechaliśmy do Lwowa, pożegnałam się z państwem Kostenko, oddałam im pieniądze za benzynę (nie chcieli, ale nalegałam) i życzyliśmy sobie wszystkiego dobrego, a Putinowi wszystkiego złego. Później nie miałam już od nich żadnych wieści.

Przenocowaliśmy u mojej ciotki (proponowała, żebyśmy zostali dłużej, ale nie chciałam robić kłopotu, bo lada dzień miała zjechać do niej rodzina z Charkowa), a nazajutrz ruszyliśmy busem do Hrebennego. Na trasie był już taki korek, że dwadzieścia kilometrów przed granicą kierowca kazał wszystkim wysiąść i iść dalej piechotą. Przewiesiłam torbę przez ramię, wzięłam w jedną rękę transporterek, drugą złapałam Saszkę, a Jana trzymała się tuż obok. Szliśmy wzdłuż sznura samochodów, po jednej i drugiej stronie rozciągały się przyprószone śniegiem pola. Po czterech kilometrach zatrzymałam się, żeby wyrzucić z torby i plecaka część rzeczy. Moje zapasowe dżinsy, nasze piżamy oraz kosmetyczka wylądowały w rowie. Potem Sasza zaczął płakać, więc oddałam Janie transporter i wzięłam małego na ręce. Sama byłam już na granicy płaczu. Na szczęście jakaś kobieta zauważyła, że tracę siły, wzięła ode mnie Saszę i zaproponowała, żebyśmy go niosły na zmianę. Idąc, rozmawiałyśmy, ale nie za wiele, bo byłyśmy przemarznięte i piekielnie zmęczone. Wiem tylko, że nazywała się Tetiana, pochodziła z Buczy i planowała jechać do Gdańska, bo miała tam przyjaciół.

Bałam się, że nie dojdziemy do tego Hrebennego, ale jakoś udało nam się dotrzeć na koniec kolejki pieszych, która przesuwała się w ślimaczym tempie. Przez granicę ostatecznie przeszliśmy dopiero nad ranem. Po drugiej stronie już od ośmiu godzin czekał Piotr, polski narzeczony mojej kuzynki – przyjechał samochodem, żeby nas zabrać do Lublina. Miał jedno wolne miejsce w aucie, więc zgodził się zabrać też Tetianę i podrzucić ją na lubelski dworzec autobusowy. Kawałek za przejściem granicznym ludzie grzali się przy ogniskach, w namiotach oferowano pomoc medyczną i prowiant. Serwowano ciepłą zupę z kuchni polowej, ale byliśmy zbyt zmęczeni, żeby jeść. Od wolontariuszy dostałam gorącą kawę i batoniki dla naszej trójki, a Sasza maskotkę."









2022-03-06

Marcowa "Nowa Fantastyka" - coś pozytywnego w trudnych czasach

 

Ostatnio wszyscy jesteśmy pochłonięci czym innym, sama w wolnym czasie oscyluję pomiędzy kompulsywnym śledzeniem doniesień o działaniach wojennych w Ukrainie, słuchaniem wypowiedzi specjalistów (bardzo polecam kanał Historia Realna, analizy Jarosława Wolskiego są rewelacyjne) i angażowaniem się w działania pomocowe na miarę swoich skromnych możliwości. Ale równolegle wciąż jeszcze toczy się u nas normalne życie, a marcowy numer "Nowej Fantastyki" był bardzo pieczołowicie szykowanym numerem tematycznym, ma też przecudną okładkę, więc w ramach odskoczni i pisania o czymś pozytywnym powiem o nim kilka słów.

Tematem wiodącym numeru była fantastyka ekologiczna. W dziale polskim przeczytacie bardzo dobre, choć cholernie ponure opowiadanie Błażeja Jaworowskiego "Rezerwat" (jedno z tych, po których czytelnik zaczyna się zastanawiać nad sensem swojego życia), pisany z lekkim przymrużeniem oka, ale finalnie też ponury "Powój" Bartka Świderskiego o pewnej inteligentnej roślinie, ocierający się o groteskę/body horror, oraz opowiadanie Przemka Hytrosia o "jeźdźcach tornad" na Marsie (bardzo podoba mi się w nim sposób przedstawienia sportowców uprawiających ekstremalny sport). 

W dziale zagranicznym mamy naprawdę mocny tercet: miniatura Johna Wiswella "Nie jesteśmy feniksami" (trigger warning: nieuleczalnie chorzy pacjenci objęci opieką hospicyjną); "Na łasce wiatru" Scotta Dorscha - dość surrealistyczna wizja katastrofy klimatycznej z niszczycielskimi wichurami, które zrównują wszystko z ziemią, a w tym kataklizmie usiłuje przetrwać samotny (no, do czasu) starszy pan; i cudowne "Rodzisz się eksplodując" Richa Larsona, którego nie będę spojlerzyć, powiem tylko, że to ponad 80 tys. znaków powolnego, cichego łamania czytelnikowi serca, dla mnie osobiście literackie 10/10. Marceli Szpak stwierdził, że mamy w tym numerze najsmutniejszy zestaw tekstów ever i jeśli ludzie nie będą płakać, to nie są ludźmi. (Tak, wiem, może nie jest to zestaw tekstów, który podniesie Was na duchu, ale hej, przynajmniej 1) są naprawdę świetne literacko, 2) nie są o wojnie!).

W publicystyce - między innymi artykuł przeglądowy Aleksandry Klęczar o fantastyce ekologicznej (to ja ją namówiłam, żeby go napisała!!!!), omówienia twórczości Paolo Bacigalupiego i Roberta McCammona, artykuł o tym, jak wraz ze zmianami społecznymi zmieniał się Batman, oraz wywiad z Magdaleną Kubasiewicz. Poza tym tradycyjnie: recenzje, felietony, komiks.

Nieodmiennie gorąco zachęcamy do prenumeraty. Do 20 marca trwa promocja - zamawiając roczną prenumeratę możecie wybrać jedną z trzech książek, którą dostaniecie w prezencie (chyba że wcześniej wyczerpią się zapasy w magazynie, więc lepiej nie zwlekajcie!). Do wyboru są: "Chąśba" Katarzyny Puzyńskiej, "Zostaw świat za sobą" Rumaana Alama i "Boskie równanie" Michio Kaku. Link do prenumeraty:
https://ksiegarnia.proszynski.pl/nf

Jeśli wolicie wydania elektroniczne, zachęcamy do subskrypcji "Nowej Fantastyki" w naszej aplikacji mobilnej na Androida i iOS:
https://onelink.to/nowafantastyka

albo do skorzystania z wersji dostępnej w e-Kiosku:
https://www.e-kiosk.pl/nowa_fantastyka

Wybrane teksty znajdziecie również w wersji audio w aplikacji Lecton:
https://lectonapp.com/pl/podcast/nowa-audio-fantastyka


P.S. Bardzo bym chciała napisać kilka słów o tym, co u mnie ostatnio słychać, bo słychać to i owo, ale desperacko przydusiły mnie obowiązki! Może do końca najbliższego tygodnia zdołam się ogarnąć!






2022-02-21

Wieści w drugiej połowie lutego

 

Czas biegnie, sprawy się nawarstwiają... Ewidentnie nadszedł moment, żebym po raz kolejny przemyślała taktykę prowadzenia bloga, bo nie ma nadziei, żebym w dającej się przewidzieć przyszłości znalazła energię na dłuższe wpisy (a trochę tematów się nazbierało, choćby podzielenie się wrażeniami z czytanych ostatnio książek). 

Z wieści bieżących:

- Piszę opowiadanie do kolejnego projektu realizowanego przez Hardą Hordę we współpracy z wydawnictwem SQN. Ten tekst (roboczo zatytułowany "Potwór i nić") ładnie ilustruje kręte i kapryśne ścieżki, jakimi chadza inspiracja. Bazą dla pomysłu miał być mit o Tezeuszu i minotaurze; wyjściowo chciałam na tym fundamencie osadzić opowiadanie dark fantasy z uniwersum Zmroczy, z udziałem Adriena de Vere. Miałam w notatkach szkic fabuły, ale rozwinięcie go szło mi wyjątkowo opornie, więc spróbowałam ten pomysł przełożyć na cyberpunkowe realia (turniej cybersportu w wirtualnej rzeczywistości, w grze fantasy), ale to nadal nie było "to". A potem, ponieważ czytałam akurat książkę dokumentalną "O północy w Czarnobylu" Adama Highbottoma, na podstawie której powstał słynny serial HBO z 2019 r., w mojej głowie nastąpiło gwałtowne iskrzenie neuronów (uwielbiam takie momenty nieco pijanego olśnienia twórczego na trzeźwo). Mój mózg wrzucił do generatora fabuł hasła "potwór w labiryncie" i "miasto Prypeć", dołożył realia tych tekstów Marka Huberatha, których akcja rozgrywa się w koloniach planetarnych, gdzie nastąpiło wtórne uwstecznienie cywilizacyjne ("Maika Ivanna", "Spokojne, słoneczne miejsce lęgowe", "Vatran Auraio")... i WYMYŚLIŁ. Wymyślił fabułę, która zaczęła się układać na papierze całkiem zgrabnie i bez większego oporu. Opko byłoby już gotowe, gdybym się ciut bardziej sprężyła w połowie lutego - musiałam je odłożyć na bok napisane w 80%, bo #życie. Dokończę je, kiedy tylko uda mi się znów wygospodarować dwa-trzy wolne dni.

- W niedzielę 20 marca zamierzam się pojawić na wiosennej edycji Warszawskich Targów Fantastyki. W grudniu musiałam odwołać zaplanowane tam spotkanie, bo nie zdążyłam doleczyć skręconej kostki; mam nadzieję, że tym razem żadne pechowe okoliczności nie staną na przeszkodzie, bo bardzo się już stęskniłam do ludzi i brakuje mi imprez okołofantastycznych.

- Po dwóch latach tej nieszczęsnej pandemii, teraz na początku lutego zaliczyłam w końcu bliskie spotkanie z chińskim wirusem. Bez oficjalnej diagnozy, bo zrobiliśmy z mężem zmyłę pt. "Mamy objawy przeziębieniowe, a w teście antygenowym wyszły dwie kreski? Ok, nigdzie tego nie zgłaszamy, izolujemy się w mieszkaniu i udajemy, że to nie nasz covid". Byliśmy miesiąc po trzecim szczepieniu i skończyło się zasadniczo na katarze. Miauż mój jeden dzień przeborsukował pod kocem z gorączką, po nocy gorączka mu spadła, więc usiadł do komputera i zajął się robieniem 70. (słownie: SIEDEMDZIESIĘCIU!) wzorów strukturalnych do artykułu, co mu zapewniło zajęcie na prawie cały okres izolacji. Z kolei ja heroicznie upiekłam po raz pierwszy w życiu domowy chleb na suchych drożdżach, kiedy po tygodniu tkwienia w zamknięciu zabrakło nam pieczywa. Wyszedł smaczny!

Tak czy inaczej jesteśmy już zdrowi, w niezłej formie i chyba udało nam się uniknąć jakichś przeciągających się przebojów z long covidem - bardzo nas to cieszy.

Z wiosną klują mi się różne perspektywy i plany, ale za wcześnie jeszcze, żeby o nich pisać. Na dniach będę reklamować marcowy numer "Nowej Fantastyki" - leitmotivem numeru jest tym razem fantastyka ekologiczna. 

Koty mają się dobrze, ale niestety ich rywalizacja o terytorium zaostrzyła się ostatnimi czasy - Sammet brzydko się zachowuje w stosunku do Ofelii, może dlatego, że rywalka się starzeje. Na zdjęciu walka psychologiczna o wiklinowe krzesło w salonie moich rodziców.







2022-02-04

Lutowa "Nowa Fantastyka": żeby łatwiej było doczekać wiosny


Z opóźnieniem, bo numer już od tygodnia jest w sprzedaży: kilka słów ode mnie na temat lutowej "Nowej Fantastyki" (znów w bardzo ładnej okładce).

W dziale prozy zagranicznej znajdziecie tym razem zestaw opowiadań pomyślany jako antidotum na depresję sezonową i syndrom lutego. "Ostatnie dni starej nocy" Michaela Swanwicka to bardzo dziwna opowieść luźno osnuta na motywach skandynawskich baśni. "Vici" Naomi Novik, tekst prequelowy w stosunku do cyklu Temeraire, opowiada o tym, jak młody Marek Antoniusz - utracjusz, opój i awanturnik - oswoił pierwszego smoka w historii (a dokładniej, smoczycę). Opowiadanie Kelly Barnhill "Elegia dla Gabrielle: patronki uzdrowicieli, dziewek nierządnych i szlachetnych złodziei" promujące jej zbiór "Straszliwe młode damy i inne osobliwe historie", który ukaże się na dniach nakładem Wydawnictwa Literackiego, to utwór, o którym wiele mówi jego tytuł: obłędnie barwna opowieść o dwóch cudotwórczyniach z Karaibów, z piratami, prostytutkami, mnichami i złym gubernatorem. Tłumaczyli, odpowiednio: Grzegorz Gajek, Aleksandra Klęczar (komuż innemu mielibyśmy zlecić tekst osadzony w starożytnym Rzymie?) i Katarzyna Makaruk. Sczytując tak dobre przekłady, widzi się dobitnie, ile niewidzialnej pracy musi włożyć tłumacz, żeby czytelnik docenił kunszt autora.

W pozostałych działach: opowiadania Piotra Jedlińskiego i Katarzyny Kraińskiej, psychoanaliza postaci Geralta, przegląd propozycji z festiwalu kina grozy Splat! Film Fest, wywiady z reżyserką Julie Ducournau i kostiumolożką Karoliną Żebrowską, recenzje, felietony, Lil i Put... A na marzec szykujemy numer tematyczny poświęcony fantastyce ekologicznej.

"Nową Fantastykę" w wersji papierowej można kupić w niektórych kioskach, empikach i księgarni stacjonarnej wydawnictwa Prószyński i S-ka przy ul. Rzymowskiego 28 w Warszawie.

Link do prenumeraty (nadal najtańsza opcja): 

https://ksiegarnia.proszynski.pl/nf


W wersji mobilnej, w aplikacji na Androida i iOS - tutaj również jest opcja subskrypcji:
https://onelink.to/nowafantastyka

Inną opcją jest wersja elektroniczna dostępna w e-Kiosku:
https://www.e-kiosk.pl/numer,378521,nowa_fantastyka

A wybrane teksty znajdziecie w aplikacji Lecton:
https://lectonapp.com/pl/podcast/nowa-audio-fantastyka

Kto już czytał? Które opowiadanie zagraniczne najbardziej Wam się podoba - Swanwick, Novik czy Barnhill? (Ja oczywiście mam swojego faworyta - ciekawe, czy zgadniecie, który to tekst?)